Redakcja olała mój artykuł więc wstawiam go na forum:):):):) jestem upierdliwy:) Chciałem się podzielić z wami drodzy wędkarze moimi śmiesznymi, nieraz bawiącymi do łez, a nieraz wręcz irytującymi przygodami nad wodą. Nie będą one dotyczyć mnie bezpośrednio a moich obserwacji. Jak każdy z nas nad wodą spotykam różnych ludzi z różnymi pomysłami ale niektóre obrazki pozostały mi do dziś w pamięci. Pewnego razu wybraliśmy się z bratem nad wodę aby poganiać wirówkę po zbiorniku. Był to niewielki powierzchniowo dołek ale za to bardzo głęboki. Dookoła porośnięty jak nie drzewami to trzciną. Na przeciwko nas pod starą wierzbą rozpoczął wędkowanie starszy człowiek. Zaszedł nad łowisko robiąc sporo hałasu, przystanął na brzegu i do dzieła. Pierwszy rzut i ogromna blacha ląduje na drzewie. W tempie natychmiastowym rozległo się pierwsze" Ku.wa". Człowiek szarpnął wędką i zestaw wrócił do niego. Po chwili kolejny rzut i brawo zestaw trafił do wody, jednak nie udało się zwabić zębatego. Jeszcze jedna próba, zamach i blacha jeszcze wyżej niż poprzednio ląduje w gałęziach. Wtedy zaczęła się jazda. Nasze uszy wzbogaciły się o różnorakie epitety. Leciało to mniej więcej tak. "Ty ku.wo, gdzieś ty polazła. Ja pierd.ole [ pi ]a.e drzewo a żeby cię ch.j strzelił. No złaź ty ku.wo." itd. Rozmawiając z przyrodą człowiek tak wściekle machał batem, że aż wiatr wytwarzał a ta "ku.wa" jak wisiała tak wisi. Niespokojny wędkarz podirytowany sytuacją machnął kijem tak, że zdołał urwać swoją 0.60 mm żyłkę, co przyznacie, jest nie lada wyczynem. Z Jakubem po prostu mieliśmy taki kabaret, że przez kilka minut grzeszyliśmy śmiejąc się do łez z cudzego nieszczęścia. Kolejna przygoda dotyczyła tego samego dołka tylko tym razem był sezon na lina. My po jednej stronie zaczajeni na profesora wśród ryb, bez najmniejszego efektu, a po drugiej stronie człowiek w odstępach mniej więcej co 20 minut do swojego podbieraka lądował konkretnego linka. Nie było by w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie gazy, które tak dokuczały naszemu sąsiadowi. Siedzieliśmy po południowej stronie a on po północnej naszego zbiornika i co jakiś czas rozlegało się w ciszy" Prrrrrrrrrrrrrr" a po chwili wiaterek aż na naszą stroną zabierał aromat, który wręcz z trudem dało się wytrzymać. Już byliśmy skłonni uwierzyć, z Kubą, że to jakiś cudowny sposób nęcenia. Przecież jemu brały a nam nie. Mieliśmy plan aby następnym razem wybrać się na lina po słusznym talerzu grochówki. Kolejna dość zabawną przygodą była zasiadka na suma. Z Kuba zarzuciliśmy swoje gruntówki i czekaliśmy na sukces. Niedaleko nas, może ok 100 metrów rozpoczął wędkowanie inny sumiarz. Rozstawił kilka swoich wędek różnego przeznaczenia, na grunt, pozakładał dzwonki i czekał. Puki było widno jemu nie brało nic a nam umiarkowanie. Nagle zaczęło się ściemniać i gdy już nie było prawie nic widać naszemu sąsiadowi zaczęły brać "sumy". Co jakiś czas dzwonił dzwonek jak nie na jednej wędce to na drugiej i trzeciej. Już go oczywiście nie widzieliśmy ale za to dobrze słyszeliśmy. Człowiek był mocno sfrustrowany dziesiątkami pustych zacięć i klął pod nosem jak szewc " Co jest? Co za licho?" Facet nie mógł się nadziwić tym tajemniczym braniom ale nie ignorował żadnego odzewu dzwonka natychmiastowo zacinając. Razem Z Kubą zrywaliśmy boki, bowiem dobrze wiedzieliśmy co jest odpowiedzialne za tak częste "brania". Były to nietoperze, które po zmierzchu wyruszyły na żer ganiając za komarami i innymi owadami. Biedne stworzonka trącając napiętą żyłkę gruntówek doprowadzały do szału nieświadomego wędkarza. Takie i inne przygody wywoływały uśmiech na mojej twarzy i mógł bym jeszcze długo przytaczać. Opisałem te przypadki aby uzmysłowić wszystkim, że wędkarstwo to nie tylko emocje, nie tylko odpoczynek, nie tylko miłe spędzanie czasu z kolegami. Czasem jest to także przedni kabaret:)
Ja w swojej ponad czterdziestoletniej przygodzie z wędką mam całe mnustwo różnych przygód wesołych i smutnych. Ale łatwiej jest je chyba opowiedzieć niż przelać na papier.Już też kiedyś myślałem,żeby coś naskrobać.Niestety na tym portalu trzeba pisac z szybkością karabinu maszynowego bo inaczej wyloguje.A nie zawsze mam ochotę grzebać się w komputerze,aby tekst napisany gdzie indziej wklejać!!!!!
Ja miałem podobnie z redakcją,nie chcieli zamieścić tekstu o kulinariach. Dopiero moj monit to zmienił ukazał się na krótko na foru mpo czym zniknął.Widać są równi i równiejsi.
uahaaa!!! za[ pi ]iste ...chyba laliście w gacie jak to oglądaliście, ale ja też kiedyś zrobiłem sobie zawad i wiecie co - też gadałem czułe słówka do haczyka. o dziwo pomogło ....
Co prawda historia jest z polowania ale wędkuję lat ok.40 a łowiectwo było tylko krótką przygodą.
Ta historia ma tyle wspólnego z wędkarstwem, ze wydarzyła się na wyspie jednego z jezior. W 1993 roku zdałem egzaminy uprawniające do polowań ( to było moje drugie podejście). Czuję się trochę usprawiedliwiony, gdyż - jak się okazało – za pierwszym razem egzaminu takiego nie zdaje nikt. Tak więc, razem ze swoim znajomym Kanadyjczykiem - oficerem RCMP (Royal Canadian Mountian Police) - po pierwszej porażce pomyślnie przeszliśmy powtórny egzamin, dzięki czemu znaleźliśmy się w trzydziestoprocentowej grupie szczęśliwców, którym, z ogółu zdających, ta sztuka się udała...
W połowie listopada zaczyna się w Kanadzie sezon na gęsi. Mój znajomy namówił mnie do wstąpienia do Kanadyjsko-Polskiego Klubu Myśliwskiego. Jednak, zanim zgłosiłem swój akces do tego stowarzyszenia, postanowiłem spróbować swoich sił w praktyce. W rezultacie zostało rzucone hasło: jedziemy na gęsi. Rejon operacji został dobrany na podstawie poprzednich wyjazdów dwóch moich znajomych: Marka i Tomka.
Wyjeżdżamy w niedzielę przed południem. Zgodnie z planem czeka nas prawie 800 km jazdy. Mamy zamiar przenocować w motelu przy autostradzie, po czym zostaje nam już tylko trzydziestokilometrowy odcinek drogi, po przebyciu którego mamy znaleźć się na wyspie.
Przez całą drogę słucham opowieści moich kompanów o polowaniach. To doświadczeni myśliwi, polują już parę lat i mają na rozkładzie po kilka jeleni, po łosiu; Tomek zaliczył nawet jednego miśka a Marek dwa. Podoba mi się to, ale raczej do ssaków bym nie strzelał - tak myślałem wtedy. Jak się okazało, pojechałem na niedźwiedzia. Na moje nieszczęście bądź szczęście nie spotkałem wtedy żadnego misia, chociaż podczas wyjazdów na ryby miałem czasem wrażenie, że niedźwiedzie łażą za mną stadami. Ale to temat na inną opowieść
Podczas jazdy dowiaduję się o zwyczajach towarzyszących myśliwskiemu debiutowi. Po ustrzeleniu pierwszej zwierzyny smaruje się takiemu szczęśliwcowi twarz krwią ubitego zwierza, po czym musi nieborak (myśliwy, nie zwierzę) wypić co najmniej setkę wódki wlewanej do szklanki przez nieczyszczoną lufę broni, z której zwierzyna została ubita. W klimacie tego typu historyjek docieramy do hotelu, w którym kończymy wieczór opowieściami o rybach i polowaniach a naszą fantazję wspomagamy wysokoprocentowymi napojami.
Na drugi dzień po śniadaniu, na które pałaszujemy nieśmiertelną, kanadyjską jajecznicę z dużymi plastrami smażonego boczku, zasmażanymi ziemniakami, tostami i plackami z syropem klonowym, wyjeżdżamy na polowanie. Dwie godziny przed świtem mijamy zaspaną mieścinę i kierujemy się szutrową drogą w stronę jeziora. Co parę kilometrów widać w oddaleniu od drogi zewnętrzne światła przed farmami. Ostatnia z nich jest jakieś 3 – 4 km od jeziora. Trafiamy bezbłędnie i na miejscu jesteśmy około 1,5 godziny przed wschodem słońca.
Przy świetle jednej latarki przeprawiamy się na wyspę. Trudno to w zasadzie nazwać wyspą: od lądu dzieli ją nie woda a bagno. Na szczęście w tym trzęsawisku nie jest tam głębiej niż do bioder. Sama wyspa jest szeroka na 60 - 70m a wychodzi w wodę na prawie kilometr. Porośnięta jest trzciną, wysoką na 2-2,5 m. Żeby rozpocząć polowanie musimy dotrzeć na sam koniec wyspy i czekać. Gęsi, nocujące na wodzie z drugiej strony jeziora, codziennie 30 - 40min po wschodzie słońca przelatują nad tą wyspą i udają się w stronę okolicznych farm.
Siadamy na końcu wyspy. Marek z lornetką na czubie, my po jego obu stronach, 10 - 15m od niego. Rozmawiamy półgłosem, palimy ostatnie papierosy - po wschodzie słońca już palić nie będzie wolno. Odzywać można się tylko szeptem i to też w wyjątkowych przypadkach. Nadchodzi pora gęsich przelotów. Marek lornetujący jezioro rzuca teatralnym szeptem: kaczki lecą. Szlag jasny!!! Teraz orientujemy się, że trzeba przeładować bron, bo śrut na gęsi rozniósłby kaczkę w puch. Kaczki siadają na wodzie 200 m od nas. Mija parę minut i znó słychać Marka: gęsi lecą. Co robić? Znowu przeładowujemy broń. W tym momencie słyszymy półgłos zdenerwowanego Tomka: cholera, naboje mi wpadły do błota. I w tym momencie słyszymy za sobą głos, który mówi najczystszą polszczyzną: kolbą je, k..., kolbą".
Eksplozja naszego śmiechu, który poniósł się echem po tafli jeziora, spowodowała gwałtowną ucieczkę ptactwa. Oczywiście, o polowaniu można było zapomnieć. Okazało się, że ten tajemniczy głos należał do pewnego amatora gęsich piórek, który przyjechał tu z Toronto na tydzień do swojego stryja, na polowanie. Samochodu nie słyszeliśmy i nie widzieliśmy, bo jego stryj był właścicielem ostatniej, mijanej przez nas farmy, dzięki czemu nasz nowy znajomy przyjechał na polowanie na rowerze.
Tę nietypowo zapoczątkowaną znajomość zakończyliśmy na stryjowej farmie. Pojedliśmy tam gęsiny, pogościliśmy się. A na koniec dostaliśmy po kaczce i ruszyliśmy z powrotem do domu. No cóż, ominęły mnie więc atrakcje pierwszego polowania. Nie oddałem nawet strzału. Za to popróbowałem pysznych, gęsich udek. To też ważne.
Teraz już wędkarska
Wracając w niedzielne popołudnie z Łomży postanowiłem wstąpić do znajomego w Miastkowie. Jest on właścicielem hotelu i restauracji, więc była równocześnie okazja na wczesny obiad.
Marek na szczęście był na miejscu i w towarzystwie dwóch innych osób przeprowadziliśmy rozmowę na temat nowych dzierżawców Narwi. Na tyłach całej posesji jest ok. 0,5 ha ogrodzony teren, który prawie cały wypełnia staw. Reszta to trawka, drzewa, krzaki, mały domek nad samą wodą i niski stół przy grillu. Jest też mały, ogrodzony wybieg z czterema nastawionymi bardzo przyjaźnie warchlakami, trzema królikami i kucem szetlandzkim. Jest też Leon - samiec sarny, wychowany od małego przez Marka.
Marek zaproponował, bym sobie złowił szczupaka z jego stawu, a że zwykle tam łowić nie pozwala, więc się chętnie na to zgodziłem. Co prawda jeden leżał w lodówce turystycznej ale pomyślałem, że co on tam może mieć za szczupaki? Pewnie takie po 30-40 cm, więc się wypuści. Wytarmosiłem warchlaki, kuca pogłaskałem i poszedłem z gratami na wychodzący w staw cypelek. Montuję spinna i widzę kątem oka, jak z krzaków wychodzi Leon, idzie dziwnie - na sztywnych nogach, kręci koła, zawraca, podchodzi i znowu się cofa.
Zaczynam mieć wątpliwości, czy da się pogłaskać. Jak zaczął grzebać przednią nogą w trawie byłem pewien, że z głaskania nic nie wyjdzie. Ledwo zdążyłem rzucić wędką w trzciny, Leon zaatakował. Dobrze, że miałem na nogach kalosze, bo atakował na nogi, ale i tak jak zdążał trafić, to bolało. Na szczęście dostałem 2 czy 3 razy - a tak łapałem go za rogi i trzymałem to bydlę przy ziemi.
Trzeba przyznać, że siłę zwierzę posiada. Waży pewnie ze 2 razy mniej ode mnie (ja ponad 100 kg), a jak się dobrze nie zapierałem, to mnie cofało. Gdy lewą ręką trzymałem go za rogi, prawą przyciskałem jego szyję do ziemi, pod skórą czuć było same mięśnie. Próbowałem mu wyjaśnić, że ja tylko na ryby. Prosiłem, groziłem, w końcu kazałem mu wyp... - nie pomogło. Po mniej więcej kwadransie byłem zmęczony, mokry od potu, ale Leon też ledwo zipał. Nie ustępował jednak. Cofnął się na chwilę, którą wykorzystałem, żeby złapać podbierak. Przy kolejnych atakach starałem się trafić sztycą między rogi i tak go przytrzymywałem, choć obydwaj jednak traciliśmy siły. Udało mi się dotrzeć do stołu przy grillu, tyle że wysokość tego mebla to było może 30 – 40 cm, co Leonowi wcale nie przeszkadzało.
Po kilku kolejnych minutach walki na stole moja cierpliwość się wyczerpała. W sumie to było pewnie dobrze ponad 20 minut i naprawdę obaj byliśmy zmęczeni. A jak się cierpliwość skończyła, to nastąpiło radykalne rozwiązanie. Leon zaliczył woleja na szczękę i 2 razy sztycą na grzbiet i zrezygnował z dalszych ataków. Kilka minut później nadszedł Marek ze spininngiem. Gdy mu o tym opowiedziałem przeprosił, że mnie nie uprzedził. Leonowi podczas pierwszego ataku "sypie" się 2-3 razy po grzbiecie i rezygnuje. Dawno się tak nie zmęczyłem (zresztą za biurkiem trudno się zmęczyć) i wyszedłem z tego z ranami na piszczelach powyżej miejsca, gdzie kalosze się kończyły, ale jakoś to przeżyję. Leona zęby chyba nie bolą bo widziałem, jak skubał trawę po drugiej stronie stawu. Może trochę cierpieć na ból grzbietu ale mu się należało.
Mnie chęć na łowienie trochę przeszła, ale Marek postanowił pokazać mi jakie ma szczupaki. Za pierwszym rzutem wyjął takiego ok. 30 – 35 cm, ale za drugim miał piękne branie i szczupak zrobił świecę. Prawda jest taka, że Marek nie specjalnie umie łowić i bardzo rzadko to robi, więc popełnił wszystkie możliwe błędy i szczupak - chyba dobrze ponad 60 cm - spadł. Jeśli o mnie chodzi już nie łowiłem. Skorzystałem z uprzejmości Marka i oblałem sobie piszczele wodą utlenioną.
I jeszcze opis snu kolegi na "Nocy Traperów"
W nocy z piątku na sobotę Dociowego chrapania
nie słyszałem,zapewne powodem były degustacje
którym poddałem kilka rodzajów trunków.
Za to noc z soboty na niedziele,spróbuję opisać.
Ok. 23:00 Docio poszedł do namiotu,ja postanowiłem licząc na branie posiedzieć jeszcze
z godzinę i wstać o 4:00.Po paru minutach usłyszałem Dociowe "dobranoc",grzecznie odpowiedziałem.
Minutę może dwie później usłyszałem daleki pomruk grzmotu który sie za chwilę powtórzył.
I chwilę później się zaczeło,to nie były grzmoty
to Docio najpierw nieśmiało a później coraz wyraźniej zaczął chrapać.Poniosło dzwięk po resztkach puszczy nadbużańskiej,wiekowe dęby
i olchy zadrżały sypiąc liścimi a pnie pochyliły się ku ziemi w przerażeniu że nadciągająca burza może zakoniczyć ich wiekowe żywoty.Zwierz wszelaki
który w promieniu kilku kilometrów do bużańskich
wodopojów się zbliżał rzucił sie w panice do ucieczki
mniemając że nieznane stworzenie na ich terenach
się objawiło i dybać na ich życie będzie.Sarny,
jelenie i dziki pędziły na oślep łamiąc krzaki a na polach niszcząc zboża okolicznych włościan.Dzielne borsuki które nawet wilkowi potrafią nie ustąpić
rzuciły się do swych nor by je jeszcze o kilkanaście metrów pogłębić.Bobry które poszukiwały pożywienia zawróciły w panice do swych żeremi
ale że pędziły na oślep nie zawsze trafiały w wejścia
i wbijały się nosami w bużańskie iły.Obudzone ptaki podniosły okrutny rwetes nie wiedząc czy wtulać się w gniazda czy po ciemku uciekać.
Stworzenia nie wiedziały że nic im nie grozi,to tylko
Docio spał.
byliśmy w kilku nad wartą,teren odludny,rzeka szeroka,nurt wartki. rybki coś słabo,więc wieczorkiem ku pokrzepieniu serc trochę wypiwszy. w nocy obudził mnie głos "mundek,mundek"-taki bardziej żałosny. mundek to był mój wójek, a po głosie poznałem,że woła kolega wójka nie łowił -był więcej taki zabawowy.poszedłem sprawdzić o co chodzi.z 20 metrów za namiotem pan waldek utrudzony wielce siedział na ziemi, "o młody(było to dawno dosyć)dobrze,że jesteś-przewież mnie pontonem na drugi brzeg" pytam po co chce tam płynąć- a on ,że do namiotu,bo spać mu się chce i zmarzł bardzo. okazało się potem,że panowi rozstali się pużnawo a p. waldek spędził noc 20-30m. od namiotu będąc przekonany,że jest po drugiej stronie rzeki
Ja kiedyś z Kubą ruszyliśmy na jedną z pierwszych naszych wypraw sumowych na nockę. Kolega polecił świetne miejsce więc chętnie skorzystaliśmy, zabierając właśnie w to miejsce wszystkie niezbędniki na nocną wyprawę. Łowienie rozpoczęliśmy po zachodzie słońca, w tak zwanym półmroku, Obaj z wielką nadzieją słuchamy czy dzwonek nie dzwoni ale niestety cisza. Zmieniamy zarzuty, przynęty, ulepszamy doskonalimy ale nadal cisza i tak nastała północ. Zatem czas na drzemkę no i nie pozostaje nam nic jak odbić sobie rano z nawiązką, przecież miejsce świetne. Na godzinę przed wschodem już moczymy robaki i pijawki w wodzie. Nadal nic nie bierze. Już jesteśmy trochę podirytowani całym tym zajściem ale działamy nadal z nadzieją. I stało się wzeszło słońce a oczom naszym ukazał się piach na 30 cm pod wodą na który to z uporem maniaka przez wiele godzin posyłaliśmy zestawy. Kopary opadły nam na palce u stóp. Świetne miejsce no nie!! O czym ten sylwek myślał wysyłając nas tutaj?
Pomyśleliśmy że albo nie ma chłop zielonego pojęcia o sumach albo teraz tak z nas zalewa że oddechu złapać nie może. Zdenerwowani życzyliśmy mu tego pierwszego jak wpadnie nam w ręce:)
Było to dość dawno. Wybrałem się z kilkoma kolegami na rybną wtedy jeszcze Wartę,na brzany.Znałem to miejsce z kilku uprzednich wypraw. Wyruszyliśmy bardzo wcześnie rano,jeszcze przed świtem we wrześniowy poranek. Na miejsce trafiliśmy z dużym trudem z powodu bardzo silnej mgły. Szybko montujemy zestawy i do wody,uważając aby nie wpaść do rzeki z dość wysokiej burty brzegowej.Kije na podpórki dzwoneczki na szczytówkę. Zasieliśmy w oczekiwaniu na brania.Nic się nie dzieje.Gdy opdadła mgła widzimy na przeciwnym brzegu nie wielką plażę, a na niej nasze cztery zestawy z wijącymi się smakowicie rosówkami!Wtedy zrozumieliśmy dlaczego nie było drań. Smiechu co niemiara było.
mialem identyczna sytuacje na niezdarze tez przyjechalismy w nocy i rzucalismy na pamiec co prawda nie na brzeg ale prawie a finalem bylo jedno branie -??? łabedzia
Redakcja olała mój artykuł więc wstawiam go na forum:):):):) jestem upierdliwy:) Chciałem się podzielić z wami drodzy wędkarze moimi śmiesznymi, nieraz bawiącymi do łez, a nieraz wręcz irytującymi przygodami nad wodą. Nie będą one dotyczyć mnie bezpośrednio a moich obserwacji. Jak każdy z nas nad wodą spotykam różnych ludzi z różnymi pomysłami ale niektóre obrazki pozostały mi do dziś w pamięci. Pewnego razu wybraliśmy się z bratem nad wodę aby poganiać wirówkę po zbiorniku. Był to niewielki powierzchniowo dołek ale za to bardzo głęboki. Dookoła porośnięty jak nie drzewami to trzciną. Na przeciwko nas pod starą wierzbą rozpoczął wędkowanie starszy człowiek. Zaszedł nad łowisko robiąc sporo hałasu, przystanął na brzegu i do dzieła. Pierwszy rzut i ogromna blacha ląduje na drzewie. W tempie natychmiastowym rozległo się pierwsze" Ku.wa". Człowiek szarpnął wędką i zestaw wrócił do niego. Po chwili kolejny rzut i brawo zestaw trafił do wody, jednak nie udało się zwabić zębatego. Jeszcze jedna próba, zamach i blacha jeszcze wyżej niż poprzednio ląduje w gałęziach. Wtedy zaczęła się jazda. Nasze uszy wzbogaciły się o różnorakie epitety. Leciało to mniej więcej tak. "Ty ku.wo, gdzieś ty polazła. Ja pierd.ole [ pi ]a.e drzewo a żeby cię ch.j strzelił. No złaź ty ku.wo." itd. Rozmawiając z przyrodą człowiek tak wściekle machał batem, że aż wiatr wytwarzał a ta "ku.wa" jak wisiała tak wisi. Niespokojny wędkarz podirytowany sytuacją machnął kijem tak, że zdołał urwać swoją 0.60 mm żyłkę, co przyznacie, jest nie lada wyczynem. Z Jakubem po prostu mieliśmy taki kabaret, że przez kilka minut grzeszyliśmy śmiejąc się do łez z cudzego nieszczęścia. Kolejna przygoda dotyczyła tego samego dołka tylko tym razem był sezon na lina. My po jednej stronie zaczajeni na profesora wśród ryb, bez najmniejszego efektu, a po drugiej stronie człowiek w odstępach mniej więcej co 20 minut do swojego podbieraka lądował konkretnego linka. Nie było by w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie gazy, które tak dokuczały naszemu sąsiadowi. Siedzieliśmy po południowej stronie a on po północnej naszego zbiornika i co jakiś czas rozlegało się w ciszy" Prrrrrrrrrrrrrr" a po chwili wiaterek aż na naszą stroną zabierał aromat, który wręcz z trudem dało się wytrzymać. Już byliśmy skłonni uwierzyć, z Kubą, że to jakiś cudowny sposób nęcenia. Przecież jemu brały a nam nie. Mieliśmy plan aby następnym razem wybrać się na lina po słusznym talerzu grochówki. Kolejna dość zabawną przygodą była zasiadka na suma. Z Kuba zarzuciliśmy swoje gruntówki i czekaliśmy na sukces. Niedaleko nas, może ok 100 metrów rozpoczął wędkowanie inny sumiarz. Rozstawił kilka swoich wędek różnego przeznaczenia, na grunt, pozakładał dzwonki i czekał. Puki było widno jemu nie brało nic a nam umiarkowanie. Nagle zaczęło się ściemniać i gdy już nie było prawie nic widać naszemu sąsiadowi zaczęły brać "sumy". Co jakiś czas dzwonił dzwonek jak nie na jednej wędce to na drugiej i trzeciej. Już go oczywiście nie widzieliśmy ale za to dobrze słyszeliśmy. Człowiek był mocno sfrustrowany dziesiątkami pustych zacięć i klął pod nosem jak szewc " Co jest? Co za licho?" Facet nie mógł się nadziwić tym tajemniczym braniom ale nie ignorował żadnego odzewu dzwonka natychmiastowo zacinając. Razem Z Kubą zrywaliśmy boki, bowiem dobrze wiedzieliśmy co jest odpowiedzialne za tak częste "brania". Były to nietoperze, które po zmierzchu wyruszyły na żer ganiając za komarami i innymi owadami. Biedne stworzonka trącając napiętą żyłkę gruntówek doprowadzały do szału nieświadomego wędkarza. Takie i inne przygody wywoływały uśmiech na mojej twarzy i mógł bym jeszcze długo przytaczać. Opisałem te przypadki aby uzmysłowić wszystkim, że wędkarstwo to nie tylko emocje, nie tylko odpoczynek, nie tylko miłe spędzanie czasu z kolegami. Czasem jest to także przedni kabaret:)
Ja w swojej ponad czterdziestoletniej przygodzie z wędką mam całe mnustwo różnych przygód wesołych i smutnych. Ale łatwiej jest je chyba opowiedzieć niż przelać na papier.Już też kiedyś myślałem,żeby coś naskrobać.Niestety na tym portalu trzeba pisac z szybkością karabinu maszynowego bo inaczej wyloguje.A nie zawsze mam ochotę grzebać się w komputerze,aby tekst napisany gdzie indziej wklejać!!!!!
można pisać powoli tylko trzeba w innym oknie od nowa się zalogować przed opublikowaniem i wszystko gra:D
mateusz co ty gadasz jest przecierz twoj wpis na blogu- wlasnie sprawdzilem i to nawet z fotka ,pewnie go skomentuje
Mateuszku to trzeba jeszcze wiedzieć jak to zrobic i być oblatany z tym piekielnym urządzeniem jakim jest komputer.Ja ledwo co kumam!
Wygląda na to że Rysiu ma rację. Jest na Twoim blogu!
Ja miałem podobnie z redakcją,nie chcieli zamieścić tekstu o kulinariach. Dopiero moj monit to zmienił ukazał się na krótko na foru mpo czym zniknął.Widać są równi i równiejsi.
o w końcu się doczekałem:) ależ jestem niecierpliwy:)
To jakoś nie w parze z Twoim HOBBY!!!!????
nad wodą się zmieniam. kij który dzierżę dumnie w dłoni działa jak magiczna różdżka zamieniając mnie w najcierpliwszą istotę pod słońcem:):):)
To coś masz ze mnie.Ja jestem ogolnie uważany za nerwusa i bardzo energicznego faceta. A na rybach mogę godzinami siedzieć i nic.Nawet nie myślę.
Mateusz rozbawiłeś mnie do łez :)), świetny artykuł! Pozdrawiam
to wyobraź sobie loli jak ja się śmiałem gdy widziałem to na żywo
Musieliście mieć naprawde niezły ubaw! :)) Ja też miałem wiele takich śmiesznych sytuacji nad wodą.
to pisz poniżej będzi więcej zabawnych opowieści
Ja nie umiem tak smiesznie tego opisać jak ty ale naprawde troche tego było :)
na moim blogu sa dwa podobne wpisy : moj niecodziennu polow i smutny niecodzienny polow - zapraszam wszystkich !
uahaaa!!! za[ pi ]iste ...chyba laliście w gacie jak to oglądaliście, ale ja też kiedyś zrobiłem sobie zawad i wiecie co - też gadałem czułe słówka do haczyka. o dziwo pomogło ....
Co prawda historia jest z polowania ale wędkuję lat ok.40 a łowiectwo było tylko krótką przygodą. Ta historia ma tyle wspólnego z wędkarstwem, ze wydarzyła się na wyspie jednego z jezior. W 1993 roku zdałem egzaminy uprawniające do polowań ( to było moje drugie podejście). Czuję się trochę usprawiedliwiony, gdyż - jak się okazało – za pierwszym razem egzaminu takiego nie zdaje nikt. Tak więc, razem ze swoim znajomym Kanadyjczykiem - oficerem RCMP (Royal Canadian Mountian Police) - po pierwszej porażce pomyślnie przeszliśmy powtórny egzamin, dzięki czemu znaleźliśmy się w trzydziestoprocentowej grupie szczęśliwców, którym, z ogółu zdających, ta sztuka się udała... W połowie listopada zaczyna się w Kanadzie sezon na gęsi. Mój znajomy namówił mnie do wstąpienia do Kanadyjsko-Polskiego Klubu Myśliwskiego. Jednak, zanim zgłosiłem swój akces do tego stowarzyszenia, postanowiłem spróbować swoich sił w praktyce. W rezultacie zostało rzucone hasło: jedziemy na gęsi. Rejon operacji został dobrany na podstawie poprzednich wyjazdów dwóch moich znajomych: Marka i Tomka. Wyjeżdżamy w niedzielę przed południem. Zgodnie z planem czeka nas prawie 800 km jazdy. Mamy zamiar przenocować w motelu przy autostradzie, po czym zostaje nam już tylko trzydziestokilometrowy odcinek drogi, po przebyciu którego mamy znaleźć się na wyspie. Przez całą drogę słucham opowieści moich kompanów o polowaniach. To doświadczeni myśliwi, polują już parę lat i mają na rozkładzie po kilka jeleni, po łosiu; Tomek zaliczył nawet jednego miśka a Marek dwa. Podoba mi się to, ale raczej do ssaków bym nie strzelał - tak myślałem wtedy. Jak się okazało, pojechałem na niedźwiedzia. Na moje nieszczęście bądź szczęście nie spotkałem wtedy żadnego misia, chociaż podczas wyjazdów na ryby miałem czasem wrażenie, że niedźwiedzie łażą za mną stadami. Ale to temat na inną opowieść Podczas jazdy dowiaduję się o zwyczajach towarzyszących myśliwskiemu debiutowi. Po ustrzeleniu pierwszej zwierzyny smaruje się takiemu szczęśliwcowi twarz krwią ubitego zwierza, po czym musi nieborak (myśliwy, nie zwierzę) wypić co najmniej setkę wódki wlewanej do szklanki przez nieczyszczoną lufę broni, z której zwierzyna została ubita. W klimacie tego typu historyjek docieramy do hotelu, w którym kończymy wieczór opowieściami o rybach i polowaniach a naszą fantazję wspomagamy wysokoprocentowymi napojami. Na drugi dzień po śniadaniu, na które pałaszujemy nieśmiertelną, kanadyjską jajecznicę z dużymi plastrami smażonego boczku, zasmażanymi ziemniakami, tostami i plackami z syropem klonowym, wyjeżdżamy na polowanie. Dwie godziny przed świtem mijamy zaspaną mieścinę i kierujemy się szutrową drogą w stronę jeziora. Co parę kilometrów widać w oddaleniu od drogi zewnętrzne światła przed farmami. Ostatnia z nich jest jakieś 3 – 4 km od jeziora. Trafiamy bezbłędnie i na miejscu jesteśmy około 1,5 godziny przed wschodem słońca. Przy świetle jednej latarki przeprawiamy się na wyspę. Trudno to w zasadzie nazwać wyspą: od lądu dzieli ją nie woda a bagno. Na szczęście w tym trzęsawisku nie jest tam głębiej niż do bioder. Sama wyspa jest szeroka na 60 - 70m a wychodzi w wodę na prawie kilometr. Porośnięta jest trzciną, wysoką na 2-2,5 m. Żeby rozpocząć polowanie musimy dotrzeć na sam koniec wyspy i czekać. Gęsi, nocujące na wodzie z drugiej strony jeziora, codziennie 30 - 40min po wschodzie słońca przelatują nad tą wyspą i udają się w stronę okolicznych farm. Siadamy na końcu wyspy. Marek z lornetką na czubie, my po jego obu stronach, 10 - 15m od niego. Rozmawiamy półgłosem, palimy ostatnie papierosy - po wschodzie słońca już palić nie będzie wolno. Odzywać można się tylko szeptem i to też w wyjątkowych przypadkach. Nadchodzi pora gęsich przelotów. Marek lornetujący jezioro rzuca teatralnym szeptem: kaczki lecą. Szlag jasny!!! Teraz orientujemy się, że trzeba przeładować bron, bo śrut na gęsi rozniósłby kaczkę w puch. Kaczki siadają na wodzie 200 m od nas. Mija parę minut i znó słychać Marka: gęsi lecą. Co robić? Znowu przeładowujemy broń. W tym momencie słyszymy półgłos zdenerwowanego Tomka: cholera, naboje mi wpadły do błota. I w tym momencie słyszymy za sobą głos, który mówi najczystszą polszczyzną: kolbą je, k..., kolbą". Eksplozja naszego śmiechu, który poniósł się echem po tafli jeziora, spowodowała gwałtowną ucieczkę ptactwa. Oczywiście, o polowaniu można było zapomnieć. Okazało się, że ten tajemniczy głos należał do pewnego amatora gęsich piórek, który przyjechał tu z Toronto na tydzień do swojego stryja, na polowanie. Samochodu nie słyszeliśmy i nie widzieliśmy, bo jego stryj był właścicielem ostatniej, mijanej przez nas farmy, dzięki czemu nasz nowy znajomy przyjechał na polowanie na rowerze. Tę nietypowo zapoczątkowaną znajomość zakończyliśmy na stryjowej farmie. Pojedliśmy tam gęsiny, pogościliśmy się. A na koniec dostaliśmy po kaczce i ruszyliśmy z powrotem do domu. No cóż, ominęły mnie więc atrakcje pierwszego polowania. Nie oddałem nawet strzału. Za to popróbowałem pysznych, gęsich udek. To też ważne.
Teraz już wędkarska Wracając w niedzielne popołudnie z Łomży postanowiłem wstąpić do znajomego w Miastkowie. Jest on właścicielem hotelu i restauracji, więc była równocześnie okazja na wczesny obiad. Marek na szczęście był na miejscu i w towarzystwie dwóch innych osób przeprowadziliśmy rozmowę na temat nowych dzierżawców Narwi. Na tyłach całej posesji jest ok. 0,5 ha ogrodzony teren, który prawie cały wypełnia staw. Reszta to trawka, drzewa, krzaki, mały domek nad samą wodą i niski stół przy grillu. Jest też mały, ogrodzony wybieg z czterema nastawionymi bardzo przyjaźnie warchlakami, trzema królikami i kucem szetlandzkim. Jest też Leon - samiec sarny, wychowany od małego przez Marka. Marek zaproponował, bym sobie złowił szczupaka z jego stawu, a że zwykle tam łowić nie pozwala, więc się chętnie na to zgodziłem. Co prawda jeden leżał w lodówce turystycznej ale pomyślałem, że co on tam może mieć za szczupaki? Pewnie takie po 30-40 cm, więc się wypuści. Wytarmosiłem warchlaki, kuca pogłaskałem i poszedłem z gratami na wychodzący w staw cypelek. Montuję spinna i widzę kątem oka, jak z krzaków wychodzi Leon, idzie dziwnie - na sztywnych nogach, kręci koła, zawraca, podchodzi i znowu się cofa. Zaczynam mieć wątpliwości, czy da się pogłaskać. Jak zaczął grzebać przednią nogą w trawie byłem pewien, że z głaskania nic nie wyjdzie. Ledwo zdążyłem rzucić wędką w trzciny, Leon zaatakował. Dobrze, że miałem na nogach kalosze, bo atakował na nogi, ale i tak jak zdążał trafić, to bolało. Na szczęście dostałem 2 czy 3 razy - a tak łapałem go za rogi i trzymałem to bydlę przy ziemi. Trzeba przyznać, że siłę zwierzę posiada. Waży pewnie ze 2 razy mniej ode mnie (ja ponad 100 kg), a jak się dobrze nie zapierałem, to mnie cofało. Gdy lewą ręką trzymałem go za rogi, prawą przyciskałem jego szyję do ziemi, pod skórą czuć było same mięśnie. Próbowałem mu wyjaśnić, że ja tylko na ryby. Prosiłem, groziłem, w końcu kazałem mu wyp... - nie pomogło. Po mniej więcej kwadransie byłem zmęczony, mokry od potu, ale Leon też ledwo zipał. Nie ustępował jednak. Cofnął się na chwilę, którą wykorzystałem, żeby złapać podbierak. Przy kolejnych atakach starałem się trafić sztycą między rogi i tak go przytrzymywałem, choć obydwaj jednak traciliśmy siły. Udało mi się dotrzeć do stołu przy grillu, tyle że wysokość tego mebla to było może 30 – 40 cm, co Leonowi wcale nie przeszkadzało. Po kilku kolejnych minutach walki na stole moja cierpliwość się wyczerpała. W sumie to było pewnie dobrze ponad 20 minut i naprawdę obaj byliśmy zmęczeni. A jak się cierpliwość skończyła, to nastąpiło radykalne rozwiązanie. Leon zaliczył woleja na szczękę i 2 razy sztycą na grzbiet i zrezygnował z dalszych ataków. Kilka minut później nadszedł Marek ze spininngiem. Gdy mu o tym opowiedziałem przeprosił, że mnie nie uprzedził. Leonowi podczas pierwszego ataku "sypie" się 2-3 razy po grzbiecie i rezygnuje. Dawno się tak nie zmęczyłem (zresztą za biurkiem trudno się zmęczyć) i wyszedłem z tego z ranami na piszczelach powyżej miejsca, gdzie kalosze się kończyły, ale jakoś to przeżyję. Leona zęby chyba nie bolą bo widziałem, jak skubał trawę po drugiej stronie stawu. Może trochę cierpieć na ból grzbietu ale mu się należało. Mnie chęć na łowienie trochę przeszła, ale Marek postanowił pokazać mi jakie ma szczupaki. Za pierwszym rzutem wyjął takiego ok. 30 – 35 cm, ale za drugim miał piękne branie i szczupak zrobił świecę. Prawda jest taka, że Marek nie specjalnie umie łowić i bardzo rzadko to robi, więc popełnił wszystkie możliwe błędy i szczupak - chyba dobrze ponad 60 cm - spadł. Jeśli o mnie chodzi już nie łowiłem. Skorzystałem z uprzejmości Marka i oblałem sobie piszczele wodą utlenioną.
nie ma to jak uparte bydlę:)
I jeszcze opis snu kolegi na "Nocy Traperów" W nocy z piątku na sobotę Dociowego chrapania nie słyszałem,zapewne powodem były degustacje którym poddałem kilka rodzajów trunków. Za to noc z soboty na niedziele,spróbuję opisać. Ok. 23:00 Docio poszedł do namiotu,ja postanowiłem licząc na branie posiedzieć jeszcze z godzinę i wstać o 4:00.Po paru minutach usłyszałem Dociowe "dobranoc",grzecznie odpowiedziałem. Minutę może dwie później usłyszałem daleki pomruk grzmotu który sie za chwilę powtórzył. I chwilę później się zaczeło,to nie były grzmoty to Docio najpierw nieśmiało a później coraz wyraźniej zaczął chrapać.Poniosło dzwięk po resztkach puszczy nadbużańskiej,wiekowe dęby i olchy zadrżały sypiąc liścimi a pnie pochyliły się ku ziemi w przerażeniu że nadciągająca burza może zakoniczyć ich wiekowe żywoty.Zwierz wszelaki który w promieniu kilku kilometrów do bużańskich wodopojów się zbliżał rzucił sie w panice do ucieczki mniemając że nieznane stworzenie na ich terenach się objawiło i dybać na ich życie będzie.Sarny, jelenie i dziki pędziły na oślep łamiąc krzaki a na polach niszcząc zboża okolicznych włościan.Dzielne borsuki które nawet wilkowi potrafią nie ustąpić rzuciły się do swych nor by je jeszcze o kilkanaście metrów pogłębić.Bobry które poszukiwały pożywienia zawróciły w panice do swych żeremi ale że pędziły na oślep nie zawsze trafiały w wejścia i wbijały się nosami w bużańskie iły.Obudzone ptaki podniosły okrutny rwetes nie wiedząc czy wtulać się w gniazda czy po ciemku uciekać. Stworzenia nie wiedziały że nic im nie grozi,to tylko Docio spał.
Jakiś czas później Leon mocno poturbował jedną osobę zaproszoną na grilla i kilka dni później został podany.
albo kolega sacha popuścił wodze fantazji:) albo kolega Docio wziął coś na sen:)
Eeeee tam,trzeba było to usłyszeć ;-))))
pewnie bym gnał razem z dzikami:)
byliśmy w kilku nad wartą,teren odludny,rzeka szeroka,nurt wartki.
rybki coś słabo,więc wieczorkiem ku pokrzepieniu serc trochę wypiwszy.
w nocy obudził mnie głos "mundek,mundek"-taki bardziej żałosny.
mundek to był mój wójek, a po głosie poznałem,że woła kolega wójka
nie łowił -był więcej taki zabawowy.poszedłem sprawdzić o co chodzi.z 20 metrów za namiotem pan waldek utrudzony wielce siedział na ziemi,
"o młody(było to dawno dosyć)dobrze,że jesteś-przewież mnie pontonem
na drugi brzeg" pytam po co chce tam płynąć- a on ,że do namiotu,bo spać mu się chce i zmarzł bardzo.
okazało się potem,że panowi rozstali się pużnawo a p. waldek spędził noc
20-30m. od namiotu będąc przekonany,że jest po drugiej stronie rzeki
tak to czasem bywa:) metry zamieniają się w kilometry:)
Ja kiedyś z Kubą ruszyliśmy na jedną z pierwszych naszych wypraw sumowych na nockę. Kolega polecił świetne miejsce więc chętnie skorzystaliśmy, zabierając właśnie w to miejsce wszystkie niezbędniki na nocną wyprawę. Łowienie rozpoczęliśmy po zachodzie słońca, w tak zwanym półmroku, Obaj z wielką nadzieją słuchamy czy dzwonek nie dzwoni ale niestety cisza. Zmieniamy zarzuty, przynęty, ulepszamy doskonalimy ale nadal cisza i tak nastała północ. Zatem czas na drzemkę no i nie pozostaje nam nic jak odbić sobie rano z nawiązką, przecież miejsce świetne. Na godzinę przed wschodem już moczymy robaki i pijawki w wodzie. Nadal nic nie bierze. Już jesteśmy trochę podirytowani całym tym zajściem ale działamy nadal z nadzieją. I stało się wzeszło słońce a oczom naszym ukazał się piach na 30 cm pod wodą na który to z uporem maniaka przez wiele godzin posyłaliśmy zestawy. Kopary opadły nam na palce u stóp. Świetne miejsce no nie!! O czym ten sylwek myślał wysyłając nas tutaj? Pomyśleliśmy że albo nie ma chłop zielonego pojęcia o sumach albo teraz tak z nas zalewa że oddechu złapać nie może. Zdenerwowani życzyliśmy mu tego pierwszego jak wpadnie nam w ręce:)
Było to dość dawno. Wybrałem się z kilkoma kolegami na rybną wtedy jeszcze Wartę,na brzany.Znałem to miejsce z kilku uprzednich wypraw. Wyruszyliśmy bardzo wcześnie rano,jeszcze przed świtem we wrześniowy poranek. Na miejsce trafiliśmy z dużym trudem z powodu bardzo silnej mgły. Szybko montujemy zestawy i do wody,uważając aby nie wpaść do rzeki z dość wysokiej burty brzegowej.Kije na podpórki dzwoneczki na szczytówkę. Zasieliśmy w oczekiwaniu na brania.Nic się nie dzieje.Gdy opdadła mgła widzimy na przeciwnym brzegu nie wielką plażę, a na niej nasze cztery zestawy z wijącymi się smakowicie rosówkami!Wtedy zrozumieliśmy dlaczego nie było drań. Smiechu co niemiara było.
dość podobna sytuacja:)
mialem identyczna sytuacje na niezdarze tez przyjechalismy w nocy i rzucalismy na pamiec co prawda nie na brzeg ale prawie a finalem bylo jedno branie -??? łabedzia
hehe to nieźle rysiu połowiliscie:)