Reklama
  • MASTINO2012-09-10 11:41:21

    IVONA Webreader. Wciśnij Enter by rozpocząć odtwarzanie Tajemniczy akwen. Mamy swoje własne Loch Ness? 6 wrz, 10:52 Rekordowy sum złowiony w Zalewie Rybnickim, fot. Tomasz Więsyk

    Krokodyle, piranie, żółwie i olbrzymich rozmiarów ryby. Co chwilę, nie tylko wędkarską, Polskę elektryzują coraz to bardziej spektakularne rekordy złowionych okazów. To wszystko na niespełna 500 hektarach Jeziora Rybnickiego. Co jeszcze kryją głębiny spokojnej na pierwszy rzut oka wody polskiego Loch Ness?

    Na pozór spokojna, ale potrafi zakręcić

    Zalew Rybnicki to obszar o powierzchni ponad 450 ha i objętości 22 mln metrów sześciennych wody powstały w 1972 roku w wyniku spiętrzenia rzek Rudy i Nacyny na terenie dzielnic Rybnika – Rybnickiej Kuźni, Orzepowic, Chwałęcic i Stodół, a na potrzeby Elektrowni Rybnik. Tamtejsze wody w naturalny sposób chłodzą jej turbiny. Dzięki ciepłej wodzie sezon żeglarski na Jeziorze Rybnickim jest najdłuższy w Polsce, trwa bowiem od kwietnia do października. Temperatura wody w zbiorniku nie spada w tym czasie poniżej 15 stopni Celsjusza. Zimą akwen nie zamarza. Wtedy temperatura oscyluje w granicach 5 stopni.- Minionej zimy część Zalewu nawet zamarzła – mówi pan Roman, który początki wędkowania datuje na okres stanu wojennego. – To nie pierwszy raz. Pamiętam, jak w 1986 roku były ogromne mrozy. Temperatura dochodziła nawet do -35 stopni Celsjusza. Wtedy wszystko tutaj całkowicie zamarzło.

    W rybnickich wodach występują m.in. sumy, leszcze, sandacze, szczupaki, okonie, karpie, wzdręgi, płocie, tołpygi, czy amury. – Szczególnie dwa ostatnie rodzaje sprowadzone do Rybnika z Rosji oczyszczają akwen z glonów – twierdzi pan Mariusz, który przyjeżdża nad Zalew łowić ryby od ponad 20 lat. Jego rekord to dziesięciokilogramowy karp. Wędkarz dodaje, że ryby żerują głównie między 4 a 7 rano i od 19 do 22 wieczorem, sporadycznie po południu. - Ryba bierze jak ma dużo tlenu, a ma go, gdy są duże fale. Wtedy się  woda natlenia. Wiatr przygania ławice.

    Wędkarze są zgodni. Te hobby uspokaja. Pozwala pozbyć się stresu związanego z codziennymi obowiązkami.  - A jak mom inaczyj? Pójdziesz chopie do szynku, zalejesz się, to w doma zaro bydzie haja! (A jak mam inaczej? Pójdziesz chłopie do knajpy, napijesz się, to w domu zaraz będzie kłótnia – tłum. autor) – mówi dziarsko gwarą śląską pan Roman. – Jedni kochają  motoryzację, inni lubią wędkowanie. A wszystkich nas łączy miłość do kobiet! Nie masz hobby, to znaczy, że coś z tobą nie tak! – śmieje się pan Henryk.

    - Jest dobrze, bo zaczyna wiać. Ma to wpływ na pojawienie się fal. Wraz z nimi przypłynie ławica ryb – przerywa miłą pogawędkę pan Mariusz.

    Czy rybnicki akwen jest niebezpieczny? – Są tu wiry, potrafi nieźle zakręcić – twierdzi pan Mariusz. Nie zgadza się z tym Mateusz, który wiele czasu spędza nad Zalewem będąc jednym z bardziej doświadczonych harcerzy wodnych w Rybniku.  Z uśmiechem na ustach twierdzi, że wiele razy wpadł do wody i nic mu się nie stało. – Nie ma tu wirów. Przynajmniej ja się z żadnymi nie spotkałem. One same z siebie się nie tworzą. Muszą powstać sprzyjające ku temu warunki. A wędkarze może mają na myśli wlot, a może bardziej wylot wody z elektrowni. Woda ma wysoką temperaturę i lubią tam mieszkać gigantyczne ryby. Do tego stopnia, że nurkowie pracujący przy czyszczeniu krat mają dość swojej roboty po tym, jak coś dużego się o nich otarło…

    Zwykle w Amazonce. Skąd tu się wzięła pirania?

    Ciepła woda Zalewu sprzyja rozwojowi ryb i innym gatunkom zwierząt. - Na pewno są tu żółwie i piranie, bo sam widziałem – twierdzi otwarcie pan Mariusz. - Ludzie wyrzucają egzotyczne okazy. To tak jak mama kupuje dziecku królika, który po jakimś czasie się znudzi. Przykładem są żółwie, które pływają blisko brzegu, czasem widać jak się wynurzają - dodaje.

    Jest połowa roku 2010. Wszystkie media obiega  informacja o piranii, która została złowiona w Zalewie Rybnickim.  - Była to Pacu, bo każdy słysząc pirania jedno ma na myśli.  Gatunek Pacu to roślinożerna ryba rzeczna.  Szczęki ma tak zbudowane żeby rozłupywać orzechy, owoce itp. – studzi emocje Zbigniew Merkel, który złowił kilkudziesięciocentymetrowy  okaz . – Wbrew wypowiedziom osób z PZW (Polski Związek Wędkarski) w Zalewie Rybnickim jest ich dużo więcej i są to okazy naprawdę duże. W tamtym roku, stojąc w wodzie, udało mi się zaobserwować jak pływają sztuki  w okolicach 60 cm. Z tego co wiem, pojawiają się przy brzegu każdego roku na początku sezonu, gdy zaczyna rosnąć roślinność. W tym roku chciałem nastawić się na ich połów, ale z braku czasu musiałem odpuścić. Mam nadzieję, że w przyszłym znajdę go trochę więcej – dodaje Zbigniew Merkel.

    To drugi w ostatnich latach przypadek piranii w Zalewie Rybnickim. W 2006 roku mięsożerną rybę złowił Paweł Jamróz. Wówczas Polski Związek Wędkarski zarządził odłowy, które miały na celu sprawdzić, czy okazów tego gatunku nie jest w zbiorniku więcej.Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie. W poszukiwaniu „forfitera”

    Jakby tego było mało, głębiny Zalewu Rybnickiego znów dały o sobie znać na początku maja tego roku. Jest poranek 4-ego maja. Wśród wypoczywających nad Zalewem błyskawicznie rozeszła się informacja, że jednego z wędkarzy ranił… półtorametrowy krokodyl. Nikomu nie udało się go jednak złapać. Pamiątka, która miała po nim pozostać to zdjęcie… którego już nie ma.

    - To nierealne. Wydaje mi się, że to był fotomontaż, by zrobić szum, zwrócić uwagę opinii publicznej na Zalew - mówi pan Henryk, który pierwszą rybę złowi w Zalewie jeszcze za czasów stanu wojennego. - Ktoś się pod tym przecież musiał podpisać, że go złapał - zastanawia się głośno. - Nie - odpowiada stanowczo na pytanie o krokodyla pan Mariusz. - Ktoś zrobił kawał, by było głośno i by ściągnąć tutaj turystów, być może innych wędkarzy. Rozmowie przysłuchuje się dwójka jego podopiecznych. Paweł i Łukasz również nie wierzą w pojawienie się gada.

    Sprawa krokodyla przycichła. Żadnego sygnału wówczas nie otrzymało Powiatowe Centrum Zarządzania Kryzysowego. Władzom  Elektrowni Rybnik, która zarządza Zalewem również nie została przekazana żadna informacja o tym, że nad wodą pojawił się groźny gad.

    - Opowieści o krokodylu zapewne są sezonowym doniesieniem, choć jakieś ziarenko prawdy być może w tym tkwić, biorąc pod uwagę pojawiające się od czasu do czasu w różnych miejscach egzotyczne węże dusiciele, czy legwany i gekkony. W przypadku zbiornika rybnickiego raczej nie zachodzi okoliczność przedostania się do misy zbiornika uciekinierów z hodowli. Raczej mamy do czynienia z intencjonalnym działaniem, zatem pozostaje apelować, kształcić i oświecać. Sprawców zaś złapanych na gorącym  uczynku - karać stosownie do winy i określonej prawem kary (o ile istnieje). Edukacja jest narzędziem chyba najbardziej właściwym, tak w zakresie skutków wypuszczania zwierząt do środowiska naturalnego, jak i w zakresie nieśmiecenia w tymże środowisku, czy też generalnie, pozostawiania miejsca w stanie takim, w jakim się je zastało. To elementy kultury osobistej i kultury społecznej – apeluje dr Mirosław Kuczyński, dyrektor Zakładu Doświadczalnego Gospodarki Stawowej Polskiej Akademii Nauk.

    Takiej ryby jeszcze tu nie widzieli!

    Kilka miesięcy po incydencie z rzekomym krokodylem, kolejna informacja zelektryzowała nie tylko wędkarską Polskę. To miał być dzień jak co dzień. W niedzielę 22 lipca pan Tomasz Więsyk wstał o świcie. Jest górnikiem w Kopalni Węgla Kamiennego Chwałowice w Rybniku. Nad Zalewem piękny poranek, było ciepło, a nad  wodą unosiła się delikatna mgiełka. Wszędzie cisza, fali nie było. Około godz. 6.30 po walce z wędką, zmęczona ryba znalazła się na brzegu. Olbrzym! Oczom zgromadzonych ukazał się mierzący 254 cm sum ważący 105 kg.

    - Sprzęt był już odpowiednio przygotowany. Z racji tego, że sum „bierze” kilka razy w miesiącu, przeczuwałem, że mogę złapać wielki okaz. Wcześniej udało się złowić suma ważącego 42 kg - mówi mieszkający w Książenicach obok Rybnika 34-letni wędkarz i dodaje, że na początku na pomoc ruszyły trzy osoby. - Wiadomość wśród innych wędkarzy rozeszła się bardzo szybko i wkrótce wielu z nich przybyło na miejsce połowu. Później kolega przywiózł jeszcze matę do ważenia. Co najważniejsze, po wszystkim sum wrócił do wody w dobrej kondycji.

    Przedostatni rekord, należący do Mariana Sokołowskiego, został ustanowiony w 2010 roku. Ryba, która miała 103 kilogramy i 245 cm również została wyłowiona w Zalewie Rybnickim. Oficjalny rekord świata to połów 135-kilogramowego suma. Taki okaz został złapany we włoskiej rzece Pad.

    Czy jest tu morski potwór?

    - "Pojawianie się" gatunków obcych wobec rodzimej flory i fauny bywa najczęściej skutkiem jednego z dwóch zjawisk: samoistnego zwiększania zasięgu występowania (przykładem może być pospolity dziś w Europie gołąb - synogarlica turecka), jak również nieprzemyślanych działań ludzkich, polegających na sprowadzaniu przedstawicieli "egzotycznych" gatunków roślin i zwierząt, które czasem znajdują dogodne warunki dla przetrwania. Tutaj lista jest dłuższa, bowiem oprócz szeregu przedstawicieli świata roślinnego (np. nawłoć kanadyjska, żółtlica drobnokwiatowa, niecierpek gruczołkowaty i wiele innych), znajdujemy także przedstawicieli fauny (np. szop pracz, czebaczek amurski) – tłumaczy dr Mirosław Kuczyński.

    - Niektóre z tych gatunków zostały sprowadzone jako pożądany gatunek uprawowy lub hodowlany (ziemniak, pomidor, kukurydza, karp, pstrąg tęczowy itd.), inne zaś, utrzymywane w kolekcjach domowych, z upływem czasu przestają być atrakcyjne, bądź też osiągają zbyt duże rozmiary i wówczas ich posiadacze usiłują w jakiś sposób je "zagospodarować". Pół biedy, jeśli trafiają z powrotem do sklepów, gdzie zostały zakupione lub do kolekcji ogrodu zoologicznego, gdzie znajdą właściwe warunki i opiekę. Niestety, w ostatnich latach coraz częściej stwierdzamy obecność obcych gatunków w środowisku naturalnym. Przykładem może być chociażby pirania w zbiorniku rybnickim, czy też żółwie, najprawdopodobniej żółwie czerwonolice, jakie co roku odławiamy i w stawach karpiowych. Założenie "sprawcy" przebiega zapewne przez linię prostych skojarzeń, typu: ryba- woda lub tropikalny żółw błotny - zbiornik wód pochłodniczych. Osoby takie zakładają jako jedyne dobro, stworzenie jak najlepszych warunków siedliskowych dla swego dotychczasowego pupila. Nie biorą natomiast pod uwagę ewentualnych negatywnych interakcji między gatunkiem wprowadzanym, a gatunkami rodzimymi. Przykłady wśród ichtiofauny pokazują, jak bardzo negatywny wpływ mogą wywierać obce gatunki na rodzimą ichtiofaunę: czebaczek amurski, sumik karłowaty spośród gatunków słodkowodnych, czy babka bycza – gatunek słonowodny. Istnieją prawne ograniczenia i restrykcje, dotyczące wprowadzania obcych gatunków do środowiska naturalnego, jednakże sprawcy takich "przypadkowych" wsiedleń najczęściej nie zdają sobie sprawy z istnienia i obowiązywania zapisów prawa. W swoim przekonaniu "czynią dobro". Z pewnością nie należy wpadać w panikę wobec pojedynczych egzemplarzy piranii łowionej w zbiorniku rybnickim, żółwie również nie mają (póki co oczywiście) zwyczaju rzucać się człowiekowi do gardła. - twierdzi dr Kuczyński.

    Co jeszcze znajduje się w głębinach Jeziora Rybnickiego? Patrząc na częstotliwość różnych doniesień, na kolejne rewelacje być może wcale nie przyjdzie długo czekać. Tym bardziej, że zdaniem dr Kuczyńskiego, nie można wykluczyć, że w ciepłych wodach zbiornika mogą znaleźć się także gatunki obce rodzimej florze.  Mogły one zostać tam umieszczone wraz z tropikalnymi rybami i żółwiami przez osoby, które je do akwenu celowo wpuściły.  Nic więc dziwnego, że do Rybnika przyjeżdżają wędkarze z całej Polski. Może któryś z nich złowi coś, czego nikt się nie spodziewał…? Może Zalew Rybnicki stanie się miejscem, do którego będą zjeżdżać ludzie, by być tymi pierwszymi, którzy przejdą do historii regionu, bo złowili coś niesamowitego? A to nie jest wykluczone! Zalew może mieć swoje tajemnice…

    Autor: Kamil Turecki Źródło: Onet Share on facebook   Share on twitter Share on naszaklasa

  • kaban 2012-09-10 11:57:32

    Podejrzewam ,że to miał być wpis na blogu.

  • Forum wedkuje.pl 2012-09-10 12:06:32

    Zresztą żywcem skopiowany z głównej strony Onetu

  • MASTINO 2012-09-10 12:24:53

    Zresztą żywcem skopiowany z głównej strony Onetu

    Ameryki nie odkryłeś. Celowo pozostawiłem pod tekstem autora i źródło.
    Autor: Kamil Turecki
    Źródło: Onet


  • Reklama
  • Forum wedkuje.pl 2012-09-10 12:25:58

    Zresztą żywcem skopiowany z głównej strony Onetu


    Przecież jest napisany Autor  źródło   artykułu     Autor: Kamil Turecki   Źródło: Onet  więc o co chodzi??

  • MASTINO 2012-09-10 12:29:17

    Podejrzewam ,że to miał być wpis na blogu.


    Nie, nie miał to być wpis na blogu, bo nie jest jak widać to mój tekst i zdjęcie. Autoryzacja jest pod tekstem. Umieściłem to na pokoju ŁOWISKA jak ciekawostkę o łowisku. M.in. po to jest ten pokój. Na dowód wklejam opis pokoju na tym forum:

    "Forum wędkarskie, to miejsce na wymianę poglądów pomiędzy wędkarzami. Forum wedkuje.pl, to kompleksowa baza informacji na najróżniejsze tematy związane z Waszym hobby. Znajdziecie tu zarówno dyskusje na temat metod, sprzętu wędkarskiego, technik połowu, opinie na wszelkie tematy. Dla niestrudzonych odkrywców nowych akwenów przygotowaliśmy dział łowiska forum, czyli opinie i dyskusje na temat zbiorników wodnych z różnych stron Polski. Forum ryby - wędkarstwo na wedkuje.pl - dołącz do dyskusji i dowiedz się więcej."



  • jurek 2012-09-10 12:39:31



    Ernest42 Zresztą żywcem skopiowany z głównej strony Onetu
    Ernest42 , czego ty znów nie rozumiesz , czyżby zazdrość ?.

  • perwer 2012-09-10 12:55:59

    Maciek bardzo dobrze że przypomniałeś o tym pieknym i tajemniczym akwenie.
    Ci którzy mieszkają blisko wykupują za 2 stówki na rok pozwolenie i na 3 akwenach ciągną ładne ryby .
    Ludzie zewnątrz albo raz na Ruski rok przyjeżdżają na karpia ,albo na suma -lecz taka przyjemność kosztuje ich stówkę na dobe - jak chcą połowić tam gdzie ta ryba siedzi -czyli na zrzucie ciepłej wody.
    Ja i większość kolegów jeździ tam zimą (stycznień ,luty ) praktycznie tylko na leszcza,bo nic innego za bardzo złapać nie idzie . Płacimy za dniówkę chyba 14 zeta -inne strefy niż zrzut ciepłej wody.
    Niestety złapać nawet tam leszcza zimą ,to już nie jest tak dobrze jak parę lat temu ,a nawet niemożliwe ostatnim czasem ...było. Zbiornik mimo potworów traci ostatnio na atrakcyjności ,a ciepłych prądów obecnie zimą jak na lekarstwo .

  • Reklama
  • MASTINO 2012-09-10 13:25:54

    Zazdroszczę Wam tego łowiska. Z tego co przeczytałem, to fajna woda cały rok. Ceny rzeczywiście kosmos, ale jak jest za co, to zgoda. No i te okazy..........

  • Jędrula 2012-09-10 13:58:48

     

    Wiele razy tam byłem aczkolwiek nigdy nie z wędką . Zwiedziłem kilka pomostów na tym jeziorze ( ciekawe czy jeszcze istnieją ? ) i aż mi dech zapierało jak widziałem stada potężnych leszczy czy płoci pływających sobie swobodnie właśnie przy tychże pomostach .

    Z opowiadań wiem , że zimą gdzieś przy wypływie ciepłej wody wielu spragnionych wędkarzy łamie przepisy , skacze przez płoty na teren elektrowni aby złowić rekordowe okazy .

    O ile dobrze pamiętam to te eskapady ktoś przypłacił życiem i to chyba całkiem niedawno ? Skądinąd również wiem , że w okresie zimowym i w tamtych miejscach jest sporo szarpakowców oraz innych kłusowników , ryby tłoczą się w ciepłej wodzie i jest je łatwo wyjąć .

    Woda ta ma wielki potencjał i można tam złowić naprawdę wielką rybę co słychać często w telewizji . Z tego co gdzieś przeczytałem to chodzą pogłoski , iż elektrownia ma przechodzić na inne paliwo a to może spowodować zaprzestanie zrzutów ciepłej wody do zbiornika co niejako z automatu zwolni tam życie i wzrosty ryb . Nie wiem na ile to jest prawdą ale coś musi w tym być gdyż czytałem już kilka artykułów na ten temat .

  • Forum wedkuje.pl 2012-09-10 14:08:01

    Ameryki nie odkryłeś. Celowo pozostawiłem pod tekstem autora i źródło.
    Autor: Kamil Turecki
    Źródło: Onet

    Takich artykułów i opisów w przeróżnych czasopismach i przewodnikach są dziesiątki , jak nie setki - jakby każdy z forumowiczów chciałby je kopiować i zamieszczać na portalu zmusiło by to do jeszcze większej aktywności redaktorków w usuwaniu wątków i kont w celu zapewnienia dla nich miejsca      

  • Jędrula 2012-09-10 14:16:47

    Ameryki nie odkryłeś. Celowo pozostawiłem pod tekstem autora i źródło.
    Autor: Kamil Turecki
    Źródło: Onet

    Takich artykułów i opisów w przeróżnych czasopismach i przewodnikach są dziesiątki , jak nie setki - jakby każdy z forumowiczów chciałby je kopiować i zamieszczać na portalu zmusiło by to do jeszcze większej aktywności redaktorków w usuwaniu wątków i kont w celu zapewnienia dla nich miejsca      

     


     

     

     

    A tobie o co biega ? Interesujący artykuł postawiony w odpowiednim dziale i miejscu a ty zachowujesz się jakbyś był przynajmniej moderatorem . O co masz pretensje , myślałeś , że wykręcisz wojenkę pod tytułem "" Plagiat "" ? No proszę cię !? Jak to słyszałem w jednym kabaretowym skeczu "" zluzuj majtyyyy !!! "" i najlepiej jedz na ryby . Może do Rybnika ?



  • Reklama
  • Forum wedkuje.pl 2012-09-10 14:43:24

    Ameryki nie odkryłeś. Celowo pozostawiłem pod tekstem autora i źródło.
    Autor: Kamil Turecki
    Źródło: Onet

    Takich artykułów i opisów w przeróżnych czasopismach i przewodnikach są dziesiątki , jak nie setki - jakby każdy z forumowiczów chciałby je kopiować i zamieszczać na portalu zmusiło by to do jeszcze większej aktywności redaktorków w usuwaniu wątków i kont w celu zapewnienia dla nich miejsca      

     


     

     

     

    A tobie o co biega ? Interesujący artykuł postawiony w odpowiednim dziale i miejscu a ty zachowujesz się jakbyś był przynajmniej moderatorem . O co masz pretensje , myślałeś , że wykręcisz wojenkę pod tytułem "" Plagiat "" ? No proszę cię !? Jak to słyszałem w jednym kabaretowym skeczu "" zluzuj majtyyyy !!! "" i najlepiej jedz na ryby . Może do Rybnika ?


    Biega mnie o nic ! Jak też gdzieś szłyszałem w jednym kabaretowym skeczu " wal się " !

    A na ryby właśnie płynę nie idąc jednak na łatwiznę związaną z łowiskami komercyjnymi ( np. Rybnik ) , lecz na Odrę .





  • Forum wedkuje.pl 2012-09-10 14:53:33

    Tylko się nie śmiejcie

    Jak to jest z tymi rekordami? Podziwiamy, zazdrościmy, kwestionujemy. Zastanawiałem się, czy jest sens pokazania jakie złowiłem największe ryby, bo takie wielkie to one nie są, ale chyba zaświadczy to o mojej wiarygodności. Przy okazji, chcę zwrócić uwagę na trzy aspekty związane z okazowymi rybami. Po pierwsze, kwestia rekordu jest bardzo względna – wszystko zależy od zapatrywania. Czym innym jest złowienie ryby na spinning, a zupełnie czymś innym złowienie takiej samej ryby na muchę. Pół metrowy jaź złowiony sandaczowym sprzętem to nie ta sama ryba, co jaź tej długości „trafiony” smużakiem na żyłce 12-ce. Wszystko zależy też od miejsca. Regularne łowienie na spinning kilowych kleni w stojącej wodzie jest moim zdaniem znacznie trudniejsze niż łowienie takich ryb w dużej rzece, bo w malutkiej już niekoniecznie. Prawda jest jednak taka, że te powyższe niuanse rozumieją tylko pasjonaci, maniacy uważający wędkarstwo za rodzaj sztuki, czy wręcz czegoś mistycznego. Teraz rzecz druga – gdzie łowimy. Większość z nas jest amatorami. Łowimy gdy mamy czas, a że mamy go nie za wiele to nasze wypady kierujemy tam gdzie jest najbliżej. A nie każdy ma pod nosem Wisłę, Odrę czy zaporówkę, gdzie chyba najłatwiej o rekord, no może nie pstrąga ale ryb „nizinnych” na pewno. Więc nie ma co lekceważyć 30cm okoni, które ktoś wyciąga [i wpuszcza] z małego bajorka, bo inny wędkarz nie mający z taką wodą do czynienia, polegnie na niej z kretesem. I trzecia rzecz: nie znam osobiście osób, które są multirekordzistami – mającymi na rozkładzie okazy kilku największych ryb żyjących w naszych wodach [np. szczupak, sandacz, boleń, sum] – biorąc pod uwagę  powszechnie przyjęte normy dla danego gatunku. Najczęściej, ludzie mają na rozkładzie pojedynczą dużą rybę jednego, czasem dwóch gatunków, złowione na ogół totalnie przypadkowo. Jeszcze mniej znam ludzi, którzy rekordowe ryby łowią regularnie. To jest rzeczywiście sztuka. Na zakończenie zwrócę uwagę jeszcze na aspekt czasu. Bywa, że nie jeden „rekordzista” lekceważy złowiony „nasz” okaz i odwołuje się jakie on to nie ciągnął sztuki…20 lat temu. Trzeba więc mieć świadomość, że wszystkie oficjalne rekordy kraju w danym gatunku, są niejako w kategorii „open”.

    Wspaniałe jest to, że każdy z nas może mieć swój rekord, z którym emocjonalnie jest związany, bo ryba była wielka, albo pierwsza danego gatunku. Tak czy inaczej to piękne wspomnienia. Poniżej prezentuję kolejne, coraz większe ryby jakie udawało mi się złowić z danego gatunku.


    Inne

    Poniżej będą przedstawiane moje największe ryby, które na ogół nie są celem spinningistów. Większość takich trofeów, to ewidentne przypadki, choć pewne gatunki [leszcz, jazgarz] dają się poławiać celowo i regularnie na konwencjonalne przynęty, a zastosowanie mikrojigów powoduje, że nie ma chyba gatunku niemożliwego do złowienia na spinning, choć to sport dość ekstremalny i zarówno sposób jak i ryby nie dla każdego. Wśród ryb będących amatorami tak niewielkich wabików także możemy wyróżnić te, na które w określonych warunkach można się nastawić [przykładowo płocie są takimi rybkami], oraz te, będące nadal przypadkową zdobyczą. Mnie zawsze bardzo cieszą takie niespodzianki po drugiej stronie linki.

    Ten fragment mojej strony nie ma na celu lansować na siłę łowienia ryb spokojnego żeru. To, co poniżej potraktujcie jako ciekawostkę. Dlatego nie będzie tu kolejnych rekordów kiełbi [naprawdę spore łowiłem w Sanie na wirówki jedynki i zapewniam – nie były to małe brzany], uklei, które w okresie tarła są całkiem żarłoczne, jelców, które akurat moim zdaniem spokojnie można zaliczyć do rybek spinningowych – niestety w moich okolicach jest to rzadki gatunek; podobnie niewielkie jak na razie łowię krąpie, płocie czy ciut większe jazgarze. Przy tych ostatnich się na chwilę zatrzymam. W Wiśle można liczyć na brania całkiem pokaźnych sztuk, nawet pod 20cm. Są fenomenalną szkołą łowienia na najlżejsze twisterki, choć łowiłem je również na najmniejsze cykady. Biorą nieźle od września do końca października.

    (Fot:A.K.)

    Jeżeli ktoś radzi sobie z nimi, z ich bardzo delikatnymi braniami, to poradzi sobie z najbardziej zmrożonym, późnojesiennym okoniem. Rybka warta godzinki na wyprawie, pod warunkiem, że wiemy gdzie przebywa w większym skupisku.

    Nie znajdziecie tu nic o tęczaku. Największy, jakiego wyjąłem, miał 33cm. Ryb tych miałem na kiju masę, lecz małych – kiedyś od rzeczki u źródeł, której była hodowla tych ryb, dzieliło mnie 5km. Jako licealista podjeżdżałem tam na rowerze. Mimo marnego sprzętu i niewielkiej wiedzy, zawsze łowiłem kilkanaście maluchów. Obecnie nie wpuszcza się ich do rzek, więc nawet o nich nie myślę, a „rekordy” z komercyjnych łowisk zupełnie mnie nie interesują, podobnie jak takie łowiska.

    Dodam na zakończenie, że nigdy nie złowiłem na spinning węgorza, choć ponoć się to zdarza, oraz miętusa, co jest podobnie rzadkie, ale jednak nie niemożliwe. Tego ostatniego, to nawet nie widziałem na żywo…Z ryb prawdziwie spinningowych, jak dotąd nie miałem nigdy możliwości złowić troci i łososia oraz głowacicy. Z tym, że na salmonidy, nad morze mam kawał drogi, a za głowatką jak na razie nie próbowałem chodzić – fakt, że też nie mam takiej wody pod nosem. Z ryb, za którymi warto uganiać się ze spinningiem pozostał lipień. Niestety w mojej pobliskiej rzeczce ostatnie dwa, chyba podczas tarła – widziałem w maju 2002r… No, ale w tym gatunku jeszcze wszystko przede mną i z pewnością w końcu go gdzieś zaliczę.

    Lin

    To była sensacja. Naprawdę trochę mnie wgięło. Wprawdzie już wtedy liczyłem się, że w zasadzie każda tego rodzaju niespodzianka jest możliwa, ale tego gatunku w rzece nie brałem pod uwagę. Sierpień 2005r był dość deszczowy. Pojedyncze, słoneczne dni nie pozwalały całkowicie opaść leciutko trąconej i niestety bardzo zimnej jak na lato Wiśle. 17 Sierpnia, to był chyba trzeci z rzędu dzień z pięknym słońcem i wszystko wskazywało na to, że nareszcie nie ostatni. Ryby przez ostatnie dwa dni brały fatalnie, poza okoniami, które łowiłem w bardzo mało ekscytujący sposób. Otóż ryby zmęczone zimną i dużą wodą, „kotwiczyły się” na zalanych lekko wypukłych mieliznach blisko brzegu z wielkimi kępami soczystej zieleni. Trawy zalane tylko do połowy wysokości, dzielnie stroszyły swoje pióropusze. I tak brodząc cicho do pół łydki, wkładałem pionowo, między trawy i tuż przy kępach małego paprocha na odwiniętym 1,5m kawałku żyłki. W ogóle nie czułem brań. Osowiałe pasiaki tak jakoś łapały twisterek. Po prostu, po 2-3 sekundach unosiłem kijem przynętę z dna. Jak okoń zjadł gumkę, to pokazywał się nad wodą. Kontakty były umiarkowanie częste, ale ryby jak na rzekę nie najgorsze. Sporo takich tuż powyżej 25cm. Kolejna próba podniesienia przynęty spotkała się ze zdecydowanym oporem, a jakiś duży, jak myślałem okoń, robił slalom między kępami, aż popuszczał hamulec. Lekkim kijem ostro targało i byłem pewien, że mam sporego garbusa. Po długiej walce w porównaniu z niemrawymi tego dnia okoniami, wyjąłem ślicznego, [bo wszystkie są piękne] linka. Miał 31cm, a haczyk z 2g główką był wbity głęboko w pyszczek ryby. Nie wiem, chyba z ekscytacji zrobiłem strasznie kiepską fotkę. Można rzec z przymrużeniem oka, że tamto miejsce było bardzo „linodajne”, bo trzy tygodnie po mnie, w tym samym rejonie, tylko prawie w środku koryta, na płytkiej i kamienistej rafce [woda była już niska], mój kumpel złowił drugiego ciut mniejszego. Ryby z Wisły potrafią robić niespodzianki. Lin jest chyba jedyną rybą dla której mógłbym zdradzić spinning na rzecz spławika.

    (Fot:A.K.)

    Świnka

    Celowo łowiłem te wspaniałe ryby tylko dwa razy. Myślę oczywiście o spinningu. Potem podobne zdarzenia były zawsze przypadkiem. Najczęściej miało to miejsce na Skawie w okresie koniec sierpnia – koniec października. Pewnie byłbym bardziej wytrwały, ale by łowić te ryby skutecznie, trzeba namierzyć je w większej ilości i w odpowiednim miejscu. Nie może być bardzo głębokie. Metrowa woda to optimum, jeśli myślimy o tym gatunku i spinningu. Największą jak na razie złowiłem 31 sierpnia 2008r. Dzień był typowy dla schyłku polskiego lata: rześki z rana z bardzo upalnym południem i chłodnym wieczorem. Cóż może począć spinningista nad Skawą, dosłownie oblężoną przez setki ludzi i dziesiątki aut? Mnóstwo kąpiących się, czy brodzących po wodzie, wielu wędkarzy, hałas. Liczyłem, że chłodny ranek nie zachęci takiej rzeszy, ale piękne słońce zrobiło swoje. Nawet nie spojrzałem na pierwsze, głębsze miejscówki. W jednej było więcej ludzi niż wody, a drugą obsiadło pokaźne stadko spławikowców. Do tego wszystkiego panowała późno letnia niżówka w swoim najbardziej jaskrawym wydaniu. Zmontowałem, więc najlżejszy kij jaki miałem przy sobie z żyłką 16-ką i calowym paprochem na 2g. Szybko okazało się, że ryby są mocno przestraszone z tym, że żerują bardzo dobrze. Znajdowałem je na fragmentach, którym bym normalnie nie poświęcił minuty – płytkim, prostym nieciekawym odcinkom. Tam ludzi było mało albo wcale i tam ukryły się przestraszone stadka. Spacerując w dół rzeki, wyjmowałem raz za razem, spod jednego, to spod drugiego brzegu niewielkie klenie i całkiem fajne okonie. Do tego trafiały się sympatyczne kiełbie i mały pstrąg. W ochronionej potężną ścianą krzewów nad samym brzegiem, małej rynnie z gliniastym, na tym fragmencie dnie, dojrzałem kilkanaście zdecydowanie większych ryb. Świnki. Spędziłem w tym miejscu chyba ze dwie godziny. Miałem z 20 pewnych brań. Wszystko działo się jak na dłoni. Co kilka minut, któraś ze świnek nie wytrzymywała i ruszała zdecydowanie do wleczonej pod prąd gumki albo spławianej z nurtem wzdłuż stada. Niestety, ryby łapały sam koniec ogonka, co nie zawsze było nawet wyczuwalne. Przez pierwsze kilkanaście minut nie zrażałem się, tym bardziej, że akurat jedna z pierwszych prób ataku zakończyła się sukcesem. No, ryba chyba by tak tego nie oceniła. Nie mniej 41cm świnka była rybą dnia pośród całego drobiazgu. Z dzisiejszej perspektywy myślę sobie, że gdyby tak reagowały na mikrojigi, których wtedy nie miałem, to o ile by się nie spłoszyły, to mógłbym pokusić się o wysoki ilościowo wynik.

    (Fot:A.K.)

    Karaś

    Najbardziej utkwił mi w pamięci „okaz” długości może 17cm, który zjadł ¾ 5cm kopytka na 4g główce w lodowaty, grudniowy dzień. Jak widać – chcą to potrafią. Dużo karasi złowiłem, podobnie jak płotek na najmniejsze mikrojigi. Te nieznacznie większe skusiły się jednak na „normalne“ przynęty.

    Pierwsze karasie złowiłem w dużym zalanym przez Rabę dole i było to 12 lat temu. Wybrałem się z jednym z ówczesnych moich „podopiecznych“ na pstrągi poniżej Dobczyc. Był początek kwietnia i woda poza tym, że podniesiona mocno, to miała typowy, pośniegowy kolor. Łowiliśmy mizernie – tak dziś bym nas ocenił, ale i tak myślę, że ktoś bardziej doświadczony nie miałby łatwo tamtego dnia. Zniechęceni po paru godzinach, już ładnych kilka kilometrów niżej, znaleźliśmy podłużny dół pokaźnych rozmiarów, całkowicie zalany wodą. Pod powierzchnia dostrzegliśmy nieliczne i niewielkie klonki. Założyłem 4cm woblerek. Coś jakby imitacja krąpika: patrząc z boku – prawie okrągły i bardzo chudy, przyglądając mu się „od głowy“. Kilka rzutów i klenie natychmiast dały nogę. Nie zrażony postanowiłem, spróbować prowadzić wabik głębiej [był powoli tonący]. Rzut jak wcześniej, obok wystających, bardzo nielicznych trzcin i na lekko napiętej żyłce czekam. A tu dość zdecydowane branie. Wtedy kosmicznie się zdziwiłem – karaś około 20cm. Po chwili złowiłem drugiego. Tamten miał 24cm. Niestety nie zrobiłem im zdjęć.

    Drugiego, długości 27cm złowiłem 3 października w Wiśle, podczas zabawy z okoniami.

    (Fot:A.K.)

    Trzeci, największy jak do tej pory, był zupełną niespodzianką. Na napływie potężnego wlewu klenie regularnie atakowały mały twisterek spływający z nurtem tuż nad dnem. Zazwyczaj branie miało miejsce, gdzie nurt ostatecznie przyspieszał, nie pozostawiając złudzenia, że kąsek bezpowrotnie odpłynie w dal. Raz na czas, już na samym przemiale, gumką interesowały się niewielkie brzany. Półmetrowe ryby i lekkie zestawy dawały wiele emocji. I w tym największym uciągu miałem branie. Ryba z początku zatrzepotała pod powierzchnią, po czym od razu dała się unieść nurtowi. Ze zdziwieniem zidentyfikowałem karasia. Miał 33cm. Rzecz miała miejsce pod koniec maja nad Wisłą.

    (Fot:A.K.)

    Leszcz

    Gdyby nie to, że na jednego uczciwie zapiętego leszcza, przypada 20 podciętych, mogłaby to być jedna z „rasowych” ryb spinningowych. Niestety, ryby te najczęściej są podhaczane i co tu dużo mówić, walczą wtedy o dwie klasy mocniej niż zapięte za trąbkowaty pysk. Tylko napawa mnie obecnie niesmakiem, darcie ryby za bety. Piszę, „obecnie”, gdyż przez dwa –trzy sezony, przeżywałem niezdrową fascynację wiosennych „pobić” leszczy płetwą grzbietową, piersiową i czym jeszcze się da. Nie łowiłem na szarpaka, ale jak los sprawił, że przynęta najechała rybę…Cóż z tego, że wszystkie wypuszczałem. Nie będę się wypierał – tak jednak było. W tej chwili, nie dość, że mnie to nie bawi, to nawet irytują takie wypadki. I moja zmiana nie jest wynikiem snobizmu, mody, tylko zwyczajnie dorosłem, dojrzałem… Nie wiem jak to nazwać. Piszę to, bo jak widać nikt nie rodzi się doskonały, za to każdy z nas ma wybór zachowań.

    Nie mniej, przypadkowe „czyste” pobicia tych ryb, są zawsze miłym akcentem, dodającym smaczku danej wyprawie, szczególnie, gdy naszym celem jest drobna ryba, a leszcz, szczególnie ten wiślany, rzadko jest mniejszy w takich sytuacjach niż 40cm, a z reguły ma pod 5 dych. Tu pojawia się drugi, już mniej oczywisty, bo rekompensowany wielkością zdobyczy mankament: otóż nawet duży leszcz, lecz złapany w typowej dla niego miejscówce[ myślę o spokojnej, jak na rzekę wodzie], nawet na żyłce 16-ce, nie jest szczególnie mocnym zawodnikiem. Trzecim problemem jest kwestia, polegająca na tym, iż gatunek tych ryb jest agresywny w stopniu wystarczającym, by myśleć o nim jako o rybie spinningowej tylko przed i w czasie tarła, oraz pod koniec jesieni. Oczywiście, co podkreślam, wypuszczanie ryb w jakimś stopniu, moim zdaniem dużym stopniu –  załatwiałoby problem, gdyby nie to, że właśnie wtedy ryby kotłują się w większych grupach i jak napisałem, na początku, zanim, któryś zaatakuje wabik, to wcześniej przynęta „atakuje” pierwsza.

    Próbowałem łowić je na mikrojigi, ale w Wiśle tak maleńkie przynęty nie są możliwe do poprawnej prezentacji, nie na tyle wolnej, by leszcz zdążył zobaczyć i zareagować. W mniejszych, czystych rzekach sztuka ta udawała się z tym, że trofea nie przekraczały 30cm.

    Tak naprawdę, poza jednym wypadkiem, nigdy nie łowiłem tych ryb celowo na bardziej konwencjonalne przynęty. Było to w 2009r na dość żwawym odcinku Wisły, który leszcze stadnie przekraczały, idąc w górę rzeki. Mniej więcej w środku koryta był mały uskok z wodą głębszą – około 1,5m i wyraźnie spowalniającą, na obszarze około 10-15m kwadratowych. Tam ryby się zatrzymywały i w jasne dni realnie zasysały z dna typowe, okoniowe paprochy. Nie trzeba było podszarpywać kijem i wolniutki nurt nie ściągał za szybko żyłki, na grzbiety leszczy. O ile mnie nie myli pamięć, to w ciągu kilku godzin, w tym miejscu złowiłem z kolegą, poza sporą ilością okoni i pojedynczymi małymi płotkami, leszcze od 40 paru do 58cm. Uczciwie, za pysk. Podcinki były rzadkie i na lekko napiętej żyłce, ryby szybko uwalniały się same. Na dłuższą metę taka zabawa nie jest jednak dla mnie.

    1999r. Upalny lipiec nad zalewem utworzonym na niewielkiej nizinnej rzeczce. Zalew płytki i z zakwitem. Uczę się od nowa, czym jest spinning. Łowię maleńką wiróweczką. Rzucam z brzegu po 10-15 metrów, bo dalej, na żyłce 16-ce, przynęty nie jestem w stanie podać na sztywnym kiju. Już dotarło do mnie, że prawie ugotowane gorącem okonie, nie reagują, chyba, że trafię między czubki dochodzących do powierzchni rogatków, poczekam, aż wabik opadnie na dno i wtedy mam szansę. Ryby niewielkie i niewiele. W którymś momencie nieco mocniejsze przytrzymanie i wyjmuję leszczyka. Nie mierzyłem, ale miał z 25cm. Nie wprawiło mnie to w osłupienie [już oczytałem się, o drapieżnych leszczach czy krąpiach], ale było to sympatyczne. Z powodu dzikiego upału i marnych gabarytów leszcza, rybkę puściłem bez zdjęcia.

    2000r. Otwarcie sezonu nizinnego. 1 kwietnia. Woda w Wiśle podniesiona jak diabli, ale czysta. No i temperatura iście wiosenna. Lekko zamglone słonko. Fajnie. Wprawdzie grunciarze, których siedzi z 12-u, jeden obok drugiego, twierdzą, że nie ma brań. Fakt, nie mają rozłożonych żadnych siatek. Łowię dość głęboko nurkującym woblerem wzdłuż, a w zasadzie na zalanych burtach. Co chwilę łapię zeschłe trawy. Uparcie nie zmieniam przynęty. Powielając tylko wkurzającą sytuację: kolejne duże źdźbło trawy. Ale wymusza to na mnie jeszcze wolniejsze prowadzenie. No i dość szybko mam pobicie. Ryba targa mi potężnie [tak to czułem wtedy] pierwszą w życiu węglówką. Wyjmuję szczupaka. Ma 58cm. Jaka radocha! Już wierzę, że węglówki same łowią ryby. Ściągają je jakąś tajemną mocą. Zbój wraca do wody. Niestety, parę metrów dalej mam kontakt z grubymi konarami, do których nijak nie mogę podejść mimo woderów. Burta jest za stroma i normalnie się przewracam. Zrywam wobler, zupełnie bez żalu. Dziś, tak jakoś mi się wydaje, że poza paliwem, przynęty też były chyba sporo tańsze…

    Kolejne, małe wcięcie w linii brzegowej. Powiedzieć, że zatoczka, to już nadużycie, ale woda minimalnie zwalnia i nawet jest mini wsteczny prąd. Zakładam wściekłą, pomarańczową 6cm baryłę z białym brzuchem, którą, ze względu na kształt uznałem, za odpowiednią na klenie, co było błędem, bo mimo ówczesnego zatrzęsienia grubymi kleniami, te akurat miały zupełnie inne zdanie na temat mojego wyboru. Wobler w wodzie. Sztywny kij i tak niemiłosiernie ugina się pod naciskiem szalonej w silnym nurcie pracy baryłki. Ale nagle mam jednak ostre pobicie. Coś mocno wierzga pod brzegiem. Dość szybko wyjmuję sporą rybę. Jestem dumny. Leszcz ma 46cm i kotwiczkę w pyszczku. Pozostało tylko zdjęcie z końcówki holu.

    (Fot:A.K.)

    2000r. Ostatnie dni maja. Już rzeczywiście bardzo ciepło. Mam pierwsze w życiu cykady. Kupowałem z resztą każdą nowość „pod spinning”, jaka się pokazała. Kupiłbym nawet statuetkę wieży Eiffla, jakby uznany wędkarski periodyk napisał, że jest skuteczna. Taki wtedy byłem. Nawet, jak nie wierzyłem, to i tak kupowałem, by się samemu przekonać. No, a wiadomo: cykada to nie statuetka. Walczę, więc już któryś dzień. Na razie szału nie ma. To znaczy boleni, które wg faceta w sklepie, miały je uwielbiać. Dziś wiem, że sprzedawca łowił karpie z gruntu i to sporadycznie… Woda zasuwa, piana na powierzchni. Nie zrażam się. Jest pięknie. I ten smrodek Wisły. Dziś już nieobecny, ale może dobrze. Czuję dno, cykada od czasu do czasu obija się o nieczęste na piaszczystym dnie, duże kamienie. Czas leci, woda płynie, ryby nie biorą. Kolejny, daleki rzut nieznacznie pod prąd. Ku miłemu zaskoczeniu, zaraz po kontakcie z wodą coś nareszcie atakuje wabik. Zacięcie, Wisła szybko znosi rybę, ale zatrzymuję ją i z oporami, bo pod prąd holuję do siebie. I tu jestem zaskoczony. Mam leszcza, który całą kotwicę 12g cykady obejmuje swoim ryjkiem. 47cm. Rybę prezentuje jeden z moich ówczesnych podopiecznych.

    (Fot:A.K.)

    2005r. Znów maj. Tym razem zimna połowa miesiąca. Chłodna aura nie przeszkadza jednak boleniom. Buszują jak zwariowane po całej szerokości, płytkiej w tym miejscu Wisły. Dziś oceniam, że to były około 50cm ryby, lecz ich ilość [równocześnie obserwowałem po 15 ataków w obszarze, który ogarniało oko] mogła zachwycać. Co z tego! Moja super guma – knight nie ma w ogóle zainteresowania. Chyba nie jest aż tak dobra jak sądzę.

    Patrząc z perspektywy ostatnich lat, jestem przekonany, że wtedy źle podawałem przynętę. I nieco za blisko rzucałem. Przy takiej intensywności żerowania nie było siły, by nie skusić kilkunastu ryb. Trzeba było tylko wiedzieć jak. No, ale nie wiedziałem. A i dziś nie wiem wszystkiego… Sterczę już z godzinę. Jak tym rybom się nie nudzi? Tak łomocą i łomocą. Alleluja! Jakiś się ulitował. Piękne pobicie. Szesnastka jękła przez sekundę, a ultralight przygiął się nie byle jak. Ryba wariuje. Jak znów słodko! Rapka ma 51cm. Szybko ją odhaczam. Czuję, że to ten dzień, złapałem wiatr w żagle. Parę rzutów, kręcę szybko bez ceregieli i znów. Buch! Już po cichu śpiewam sobie peany pochwalne, ale ryba jakoś tak niemrawo kręci się w wodzie. Widzę ją i jestem naprawdę i zły, i zdziwiony. Leszcz ma 51cm. Zawiedziony jestem, bo leszcz to nie boleń. Zastanawiam się jak dogonił tak szybko ściąganą gumę… Wtedy było to dziwne. Obecnie nie budzi to żadnych sensacji, po tym jak znajomy i to na moich oczach wyjął na sporego, szybko ściąganego tarnusa, krąpia. Ryba zjadła całą kotwicę. Krąp miał z …25cm. Wracając do leszcza, był kolejnym do mojego leszczowego panteonu., lecz z rozgoryczenia, że to nie boleń, obeszło się bez fotki.

    2005r. Zaledwie 2 tygodnie później. Rzucam gnomem  nr 0. To jedyna wahadłówka do której wtedy byłem przekonany, bo ma swoją wyczuwalną pracę. I to bez kombinowania. Prawie jak z wirówką. Dzień wcześniej złowiłem na niego fajnego okonia na 30cm i kilka małych sandaczy się przyplątało. Więc ufając przynęcie, rzucam z wiarą, którą straciłem dwie-trzy godziny wcześniej, używając twistera. Cudów nie było, ale pod koniec dnia, w zakolu potężnej, jak na ten odcinek Wisły zatoki, wahadło zaatakował leszcz. Uczciwie zapięty, miał 57cm. Przyznam, że pod prąd było już, co pociągnąć. Ryba godna. Nie mam zdjęcia. Niestety.

    2006r. Znów połowa kwietnia. Aura typowa. Miło. Tylko woda jeszcze spora. W zasadzie, to wyprawiliśmy się z Dominikiem na pobliską żwirownię.  Dzień wcześniej w deszczu i przy ponurej pogodzie, na troczek brały okonie, trafił się nawet sandacz. 60-ka bez jednego centymetra. Dzisiaj, niestety nie biorą. Po kilku godzinach poddajemy się. Tylko jak tu nie zaliczyć, choć godzinki nad Królową. Na płaskim, piaszczystym brzegu dosłownie tłumy grunciarzy. Niektórzy mają po dwie siaty ryb. Leszczy muszą być setki. Co chwilę ktoś podbiega do kija i podcina zamaszyście. I holuje. Najczęściej za płetwę grzbietową. No, ale jak mus to mus. „Lekarz wnuczce kazał jeść dużo ryb.” Jest ponoć ciężko chora. Tak się jeden matoł tłumaczy. Schodzimy nieco poniżej tych oszołomów. Założyłem [zupełny przypadek], około 7-8cm twister w kolorze zgniłozielonym z dużą ilością czerwonego brokatu. Główka 5g. Rzucam ile się da pod prąd. Wiem, że dno jest równe jak stół. Same nieznaczne, piaskowe muldy. Kolega próbuje strącić kolejną podcinkę. Ja mam dwia króciutkie zatrzymania, ale mała gramatura i wolny uciąg na szczęście nie powodują podcięcia. W godzinę mam kilka pewnych brań. Wyjmuję trzy leszcze: 53, 52 i ten największy 58cm. Kolejny rekordzik. Cieszy mnie to, że ryby mają głęboko zassany twister. Żadne tam na zewnątrz głowy czy coś w ten deseń. Jakby tak było zawsze, to byłby sens czasem na nie się nastawić…

    (Fot:A.K.)

    2007r. Dopiero 10 listopada, lecz jak początek zimy. Rano przed oknami mam śnieżną zadymkę, temperatura ledwo 3-4 stopnie. Siedzę godzinę i się zastanawiam. Wydaje mi się, że nad odległymi około 20km wzgórzami, które widzę przez południowe okno świeci słońce. A za wzgórzami płynie Wisła…Więc? Szybko pakuję wszystko w auto. Nastawiam się na okonie. Z resztą jest to najbezpieczniejsza dla psychiki opcja pod koniec sezonu. Żyłka szesnastka, 3m miękkiego kijka. Jestem nad wodą . Nie pomyliłem się. Zaledwie 25km, a ani śladu śniegu, sucha droga, wielkie białe chmury i słońce. Termometr pokazuje 6 stopni. Wiatru brak – znośnie, jak na późną jesień. Woda podniesiona około metra po ostatnich opadach. Płynie niezbyt przyjaźnie. Zdecydowanie za szybko. Do tego lekko trącona. Idę w miejsce, gdzie zderzają się dwa potężne nurty: jeden płynie z ogólnym kierunkiem rzeki, a drugi odbity od dużej wyspy, przecina ten pierwszy, tworząc zastoisko pod brzegiem w miejscu, gdzie się zderzają. Normalnie byłoby tam z pół metra bystrej wody, ale teraz jest z półtora metra spokojnego nurtu. Ta w miarę statyczna plama wody ma około 50m długości i około 10 szerokości. To będzie moje łowisko. Dno opada w stronę stromej burty, na której stoję. Gruby żwir, a pod brzegiem kamienisko z całkiem dużych głazów. Zakładam najmniejszego Mans`a na 5g. Perłowa gumka z 5 minut była w wodzie i znalazła adoratora. Mocne walnięcie. Trochę szarpaniny, i nieudane podebranie – palec wślizną mi się pod skrzela i szczupak rozwalił mi go. Ryba ma 58cm. Jest chudy jak na jesień. Ale dzień i tak już nie będzie zły. Pełen otuchy działam dalej. Mam około 20cm okonia. Zaraz potem podcięty leszcz ściągnął mnie ze 100m z prądem zanim go wytaszczyłem. Wypuszczam go i mozolnie idę w górę rzeki po śliskich trawach. Znów dwa okonie i potem długa przerwa. W międzyczasie tuż obok mnie staje jakiś facet. Na oko ma niezły sprzęt. Usuwam się jakieś 10 m w dół, zakładając, że złowiłem tu wszystko, cokolwiek chciało współpracować. Wędkarz rzuca sporą gumę i ma zaraz branie. Wyjmuje szczupaka. Taki chudy. Zgaduję na głos, że ma 58cm. Gość ciut zaskoczony potwierdza, ale ryba dostaje w czachę. Minęła może godzina od czasu jak ją złowiłem. Jest mi przykro. Kolejne minuty bez brań. Sąsiad już się zniechęcił i gdzieś poszedł. Zakładam, więc troczek z 10g ciężarkiem. No i działa. Dużo wolniej prowadzona przynęta jest zauważana i ryba ma czas się zastanowić. Biorą chyba same samice – bardzo pękate 25-28cm rybki. Jest ich dość dużo. Mam wiele brań nie zaciętych.  Przez chwilę budzą się emocje, lecz okazuje się, że to 40cm sandacz. Dochodzi 16.00. Robi się szaro. Wydaje mi się, że ryby już nie widzą małego, fioletowego paprocha. Zakładam na troczku identycznego Mans`a jak ten pierwszy, na początku wędkowania. Prawie zupełnie ciemno. Już dużo poniżej mnie, gumka przestaje spływać. Zacinam intuicyjnie. Ryba stawia się mocno, korzystając z rozpędzającego się na nowo nurtu. Nie ma szans. Pod prąd go nie wyjmę, cokolwiek to jest. Schodzę ostrożnie w dół rzeki. Trochę się obawiam, czy nie wjadę do Wisły.  W ciemnościach pod brzegiem, coś się chlapie srebrzyście i to całkiem mocno. Za kark nie udaje mi się podjąć ryby. Już wiem, że to spory leszcz. Schodzę jeszcze niżej. Tu się udaje. Wracam już wałem szybko jak mogę. Ryba na szczęście się nie rzuca. Calutka gumka została połknięta. Musiałem użyć szczypiec, by złapać haczyk. Mierzenie w świetle latarki. 62cm. Super zakończenie. Wracam bardzo zadowolony. Żeby tak zawsze kończyć wędkarską dniówkę.

    (Fot:A.K.)


    Żródło : wędkarskiewakacje.pl

    Autor : Adam Kozłowski

  • Jędrula 2012-09-10 15:02:51

     

    Fajny artykuł , super fotki ale po co tu to wstawiłeś ? Tu rozmawiamy o zbiorniku rybnickim .

    Coś Ci się pomyliło ? Łamiesz w ten sposób regulamin forum .

  • Fix 2012-09-10 15:32:53

     

    Fajny artykuł , super fotki ale po co tu to wstawiłeś ? Tu rozmawiamy o zbiorniku rybnickim .

    Coś Ci się pomyliło ? Łamiesz w ten sposób regulamin forum .


    On wszystkim robi na złośc jeszcze tego nie wiesz? :)a jemu i tak nic nie zrobią bo i tak założy nowe konto.

  • MASTINO 2012-09-10 16:46:45

    Wiem, ze niektórzy koledzy na forum mają fotki SWOJE z wędkowania na tym łowisku. Czy możecie innym przybliżyć jego realia na zdjęciach? Miejscówki, ryby itp. Czy to jest woda ze strefą ciszy? Da się tam nurkować?

  • Reklama


Reklama
Reklama