Zwyczajne wczesnojesienne popołudnie, wędkujemy ze szwagrem już kilka ładnych godzin, obławiając z łódki, wszystkie znane nam miejscówki na Zalewie Sulejowskim. Nasza wyprawa zbliża się ku końcowi, w czym upewnia nas pierwszy telefon kontrolny od naszych żon. Brak pomysłów gdzie popłynąć mając już niewiele czasu przerywa głośno wypowiedziana myśl szwagra - płyniemy na Pieńki. O Pieńkach szwagier dowiedział się dosłownie kilkadziesiąt minut wcześniej ode mnie i bardzo go to miejsce zaintrygowało, szczególnie, że w ciągu dwóch ostatnich tygodni łowiono tam prawdziwe okazy suma i sandacza. Pomyślałem co mamy do stracenia - w sumie w wracając mamy nawet po drodze, więc płyniemy. Z daleka widać już żerujący biało ryb z czego wynika, że nie ma na co czekać i trzeba rzucać. Kilka pierwszych rzutów bez efektu i myślimy już o zawijaniu się gdy nagle czuje na wędce lekkie branie. Jest siedzi! - krzyknąłem. Szwagier natychmiast naszykował podbierak i wyciągnęliśmy pierwszego szczupaczka ok 50 cm (takich ryb nie mierzymy i nie ważymy żeby ich dodatkowo nie męczyć). Ryba po odhaczeniu wraca do wody. Następny rzut i kolejny szczupak zacięty, wyciągnięty i wrócił do wody. Najbardziej niewiarygodne jest to, że wykonuje trzeci rzut i kolejny szczupak bierze na moją przynętę. Trzy rzuty i trzy wymiarowe ryby coś takiego zdarza się chyba raz w życiu. Po chwili, która widać, że dla szwagra była wiecznością, szwagier łowi swojego szczupaka i zaraz kolejnego. Na koniec doławiam jeszcze jednego. Cała sytuacja trwa 20 minut gdzie praktycznie każdy rzut kończy się braniem, holem, odhaczaniem oraz wypuszczaniem ryby. Teraz puenta mojej historii. Wszystkie ryby złowiłem na blachę, otrzymaną od szwagra, który stwierdził, że jest beznadziejna i mogę ją sobie zabrać.
Komentarze