Sobota- po raz kolejny jedziemy z kol. Markiem na ryby. Gdyby było cieplej byłby to wyjazd 2-3 dniowy lecz z uwagi na to, że od 15 października obowiązuje na naszym łowisku zakaz połowu białej ryby a spinningować nie sposób po dość szybko zapadającym zmierzchu, decydujemy się na wyjazd „za jasnego”.
Około godziny 8.00 jesteśmy na miejscu- typowo wschodni, umiarkowanie mocny wiatr, zachmurzenie, spadek ciśnienia w stosunku do dnia poprzedniego nie wróżył nic dobrego.
No i faktycznie- po przyjeździe na miejsce zaczęło się- na Stanicy odkryliśmy ślady włamań do naszych domków- policja, obliczanie strat, zabezpieczenie mienia, trochę czasu poszło na marne…
Z niezłym poślizgiem czasowym, obciążeni sprzętem wsiadamy do katamaranu i w drogę. Spinningowanie zaczynamy od zatoczki pod wschodnim krańcem jeziora- blaszki, paproszki, gumki małe i duże, woblerki i jedno wielkie nic. Przemieszczamy się powoli wzdłuż północnego brzegu- może rejon plaży będzie dla nas bardziej wyrozumiały, piaszczyste dno, coś tam się zawsze działo- ale nie tym razem. Płyniemy dalej, w zachodnią część jeziora- po którejś setce rzutów łapię zaczep pięknej, miedzianej blaszki którą oczywiście tracę- w tym momencie zabrakło cierpliwości, wysiadam na brzeg i resztę wyprawy spędzam na spinningowaniu z pomostów ale przy brzegu również ryby jak zaklęte- nic. Kol. Marek płynie dalej katamaranem, jak się później okazało zapiął ładnego „półkilowca”. Tym razem woda się poddała.
Piękne pół kilo ryby, kol. Marek zadowolony jak nigdy....
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze