Reklama

A to desperat

28/08/2011 07:46
Kolejna wyprawa za nami , piątek popołudnie , sprzęt spakowany chęci na wypoczynek nad wodą jak najbardziej są wiec w drogę. Jedziemy naszym " czołgiem " bo to jedyny środek transportu, którym możemy się dostać w mało dostępne miejsca. Po 20 minutach jesteśmy na miejscu i zaczynamy swoją kolejną wyprawę. Tym razem zasiadamy na nowym dla mnie miejscu ale ze słów kolegi Mirka wynika, że miejsce powinno być super. Rzeka Odra , miejscowość Bizanowice. Szybkie wypakowanie pojazdu i już zanęta się robi ( rekami Mirka ) ja w tym czasie wybieram się do pobliskiego lasu po drewno na ognisko. Wracam po 40 minutach i do wędki , hurrrrra kolejna wyprawa to już fakt.
Zanęta ( nadal nie znam jej składu ) już w wodzie która leniwie przepływa przed nami. Stanowisko mam przygotowane i wędki zarzucone. Na haczyku tym razem wylądował biały robak. 1-2-3 godziny i nic. Siedzimy z Mirkiem i gadamy jak to faceci a to o tym a to o tamtym :) . W końcu zmieniłem przynętę mam nadzieję, że to coś da i czerwona dendrobena Nr. 2 na haczyk pac... a jak się to coś wije , a jak wykręca no masz ci babo placek no takie to małe a żywotne jak by nie wiem jakie było. haczyki uzbrojone w koszykach zanętowych 5 i 10 gram zapakowane zanętą no to w wodę. 10 minut czekania i po raz pierwszy dziś widzę jak moja ładna i powabna bombeczka podskakuje delikatnie ku górze. To już jakiś znak, że coś może z tego będzie ale nie ma co się podniecać , "ryba też człowiek" i swoje humorki ma... . Minęło kolejnych leniwych 30 minut i nic no chyba że wezmę po uwagę fakt iż coś wielkiego i drapieżnego zaczęło ganiać wszystko co żywe w okolicach naszych stanowisk. No to skoro już sobie bije no to mu zapodamy coś na ząb pomyślałem i podszedłem do Mirka by mi zapodał żywcówkę ( bo ja jeszcze się nie dorobiłem ). Po chwili już w wodzie szczupakówka z ukleją na końcu na wodzie spławik i on tam gdzieś w wodzie nienażarty , groźny i czekający na swoją okazję by trafić coś na ząb albo i zębów ze 100 :). Poszedłem szykować ognisko bo brań nie ma kiedy dzwonek na wędce Mirka zaczął sympatycznie oznajmiać , że ma branie. Podbiegł do wędki i zacięcie i co ? pytam z zaciekawieniem. I nic , pewnie jakieś małe coś bo nawet robaka nie zjadło. Czekamy dalej , pogoda śliczna , na niebie nie ma ani jednej chmurki , słonko świeci i one , ehhh jest ich całe mnóstwo mowa tu o tych wstrętnych bzykających i do tego kąsających komarzycach które nie dają nam spokoju nawet przez chwilę ale z uśmiechem na twarzy mówię do Mirka " że jedynie co na mnie leci to komarzyce " , trochę uśmiechu na twarzach i nadal czekamy. Drapieżnik bije , ryby nie biorą to odpoczywamy. Jeszcze raz nęcimy i spokojnie oddajemy się relaksowi jaki daje nam kontakt z przyrodą. No chyba że weźmiemy pod uwagę te wstrętne i uparte do przesady komary. Szczupakówka nic , woda płynie komaty gryzą a raczej kąsają. Około 20:00 kolejne wielkie pobicie naszego drapieżnika, woda aż się zagotowała, Mirek mówi że to albo sum albo boleń no ja tam nie wiem nie znam się tak bardzo na tym ale wiem jedno to coś jest ogromne przynajmniej w moim mniemaniu. Cała noc to tylko ognisko i spokojny sen bo brania żadnego nie było. Nad ranem już miałem się zabrać za sprzątanie i szykowanie śniadania kiedy to znów nasz "kolega" drapieżnik zabrał się za jedzonko a raczej szukanie sobie śniadania. Zmieniłem na swoich wędkach robaczki i do wody. Składana w ciemnościach szczupakówka powędrowała na miejsce koło Mirka. Powiedziałem Mirkowi że śniadanie już gotowe jak tu nagle nie przywali jak nie wyskoczą ryby nad wodę no powiedziałem sobie no nie to jakaś paranoja ale cóż.Mirek leniwie wytoczył się ze swej kryjówki na śniadanie kiedy nagle jak nie wygnie mi kija jak nie podskoczy bombeczka ku górze , tnę !!!! Jest coś jest na haczyku czuję jak podskakuje jak walczy o życie. Niesiony doświadczeniem i lekką adrenaliną holuję lekko i spokojnie nie spieszę się lecz wraz z hamulcem pracuję nad rybką ( choć tą jedną jedyną ). 10 minut holu i jest , mam hurra mam 1 rybę i to jaką ? Leszcz ale jaki ? pogryziony no normalnie odrazu na moich ustach pojawił się uśmiech i nazwałem go DESPERAT ... bo wolał wskoczyć mi na haczyk jak dać się zjeść przez to coś co tak biło tuż koło nas. Po zbadaniu "pacjenta" i oględzinach jego obrażeń stwierdziliśmy że musiało to być wielkie drapieżne rybsko ale nie wiemy co i niech to pozostanie nadal zagadką do kolejnej wyprawy którą opiszę z przyjemnością niebawem. A może w końcu się uda ... może weźmie , hmmm CDN .

Pozdrawiam Marek
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama