Reklama

Armia i ryby

13/10/2013 20:11
-------------------------------------------------------------------------------- ARMIA I RYBY
Hmm co by tu o Armi poza tym że był to okres dokładnie pótorarocznego wyrwania z życia czyli straty w życiorysie no i przede wszystkim częściowo ograniczony kontakt z przyroda ale tu dodam ze częściowo bo jakby nie patrzec to właśnie w armi dane mi było zobaczyc zimorodka,zlowic pierwsza brzanę i bardziej poznac kobiecą naturę..

mimo zrytej psychy nie do odrobienia ale wbrew pozorom mam z tego czasu tez trochę pozytywnych wspomnień i zawartych ciekawych znajomosci jak i tych nieciekawych o których wolał bym zapomnieć.
wybaczcie ale wymienie tylko pozytywne postacie (no może z paroma wyjątkami) z tego okresu bo reszte bym chetnie odstrzelił ale niestety z natury jestem pacyfista i wypada tym szują wybaczyc co wcale nie jest łatwe bo co po niektóre gnidy śnia mi sie po nocach i czuje ze nawet teraz po tylu latach w razie kontaktu wywiały by ze mnie pacyfistyczne podejście do swiata i pewnie dalej pisał bym z pierdla.

Wszystko zaczęło sie 24-go kwietnia 1990-tego roku w Dębicy i to od razu z przygodami w momencie wyjscia z domu ok godz 1-szej w nocy,wspomnę tu że moje POŻEGNANIE z sukcesem celebrowałem już od ok tygodnia z kumplami i rodzinką co było bardzo miłe ale męczące zarazem bo jak pewnie się można domyślić to raczej szukano by krwi w alkocholu he he.wyszliśmi jak wspomniałem po północy z całą ekipą i gitarką czyli ok 10 osób.
wiadomo że o tej porze komunikacja miejska nie działa więc było trzeba coś wykombinować a że ogólnie cała moja Ekipa to rozrywkowe towarzystwo to pomysł na rozwiązanie problemu nadszedł szybciej niż myślenie nad nim.
Czyli my zczajeni a kuzynki -sztuk cztery- zatrzymały taryfę (Wartburg kombi)my w tym momencie doskok no i jakimś cudem cała ekipa zmieściła się w wozie i szofer zaznajomionym z faktem dokąd zmierzam bez większych oporów zawiózł nas na Katowicki dworzec.
Na miejscu na peronie pobrzmiewała jeszcze gitarka i śpiew (jeżeli można to tak nazwać) no ale nieubłagalnie nadszedł ten moment że trzeba się rozstać z ekipą i wpakować się do cuga czyli pociągu,powiem szczerze ze nawet mnie to ucieszyło bo uznałem że parę godzin abstynencji jest nad wyraz wskazany.
Zająłem miejsce w przedziale razem z dwójką podobnych mi wiekiem-po chwili pytanie dokąd a ja że do armi a oni my tez i dalej a gdzie-ja Debica -oni my też no i natychmiast wyciągneli zero siedem czyli szansa na abstynęcje upadła i tak oto oprózniając flaszke dotarliśmy gdzieś za Kraków gdzie pociąg nawalił i poinformowano nas że za jakiś czas (pojęcie bardzo względne)będzie komunikacja zastępcza.chłopaki stwierdzili że pewnie to potrwa więc idą poszukać jakiegoś sklepu rozejrzeć się za jakimś żarciem,wrócili po ok pół godzinie ze skrzynką piwa.
Po przesiadce oczywiście sącząc browar ruszyliśmy dalej.
W pewnym momencie dosiadł się do nas jakiś facet i poprosił o odstąpienie jednego browarka dalismy oczywiście, wiedział już dokąad zmierzamy i tak dotarliśmy do Tarnowa gdzie nieznojomy poprosił nas by wysiąść z nim tu muszę dodać że z pociagu zauważyłem dwie ciekawe moim zdaniem rzeki a mianowicie dunajec i białą niestety nie było mi dane łowić na nich ale niewiedziałem jeszcze wtedy że czeka na mnie wisłoka.
W Tarnowie wysiadka...nieznajomy zaprosił nas do knajpy na obiad i piwo jak stwierdził to za to piwko w pociągu,po sowitym obiedzie no i sznapsie powiedział że do dębicy lata co chwile pks. a szkoda marnować ostatniego dnia wolności i tym oto sposobem odwiedziłem chyba większość knajp Tarnowskich.
Tak gdzieś około 18-tej dotarliśmy na autobus i po ok godzince przekroczyliśmy bramy jednostki.
tam natychmiast zdanie cywilnych ciuchów ,kąpiel no i mundur-mój okazałsię do kolan na co zwróciłem uwagę porucznikowi obecnemu na miejscu po czym zaraz dostałem w morde razem z uwagą "Jesteś w armi to sobie kur-a poradz "no i tak oto rozpoczął się moj nowy rozdział w życiu.
Pierwse tygodnie za płotem jednostki było typowym jak to nazywano W PIZ-E I NA GAZ ze średnio co drugą nieprzespaną noca no ale w końcu nadszedł dzien że opuścłem bramę i zobaczyłem świat,był to coprawda tylko marsz w szyku na przyjednostkowy poligon ale jednak.
W drodze przechodziliśmy przez most nad Wisłoką jeden rzut oka i wniosek;czysta,piękna i rybna-poczułem się lepiej bo coś mi podpowiadało że niebawem poznam tę wode z kijem.nie miałem nawet pojęcia że nastąpi to aż tak szybko a wyglądało to tak.
W czasie jakiś zajeć dowódzca wyczaił że mam smykałke do mechaniki i wylądowałem tzn znalazłem w miare stałe zajęcie w inż-sapie czyli czymś co mozna by nazwać warsztatem całego sprzętu ,mój chrzest to uruchomienie paru pił spalinowych i remont kaszlaka{fiat 126}dowódcy,przy okazji okazało się że jest on zapalonym wedkarzem.
no i tak wypad na ryby stał się kwestią dni a precyzyjniej mówiąc godzin.
Tu muszęe to podkreślić że uw człek w czasie zajęć był ostry i twardy ale po godzinach był CZŁOWIEKIEM i KUMPLEM a takich w armi poznałem zaledwie dwóch i jestem wdzięczny losowi że miałem okazję go poznac ,Dzieki niemu nie miałem problemu ze stałką no ioczywiście pierwsze kroki to w strone wisłoki-popatrzyłem i byłem ugotowany.
Na szczęście po paru dniach Przysiega i CAŁE 72godziny wolności a tam wiadomo impreza na całego no ale znalazłem też chwilę by odwiedzić kumpli na Brysiu no i napatoczyłem sie na Janusza który właśnie opanował przeróbkę ruskich teleskopów na kijek który po złożeniu miał około 30 cm no i z takim oto prezentem wróciłem na jednostkę
Oczywiście oprócz tego wziołem z sobą niezbędną reszte do kompletu tak że pozostało tylko czekać na zaproszenie sił wyższych no i to nastało w najbliższą niedziele,zaopatrzeni w grubo mieloną kięlbase i żółty ser udaliśmy się z rana nad wode a dokładnie pod ten most który tak utkwł mi w pamieci.
po chwili przepływankowy zestaw poszedł w górę rzeki czyli zabawa się zaczeła,już po drugiej próbie spławik stop a ja zacięcie no i zaczęła się jazda,porucznik z lekkim uśmiechem zapytał retorycznie; i co -pierwsza brzanka? odparłem niewiem ale to cos jakoś niema najwyrazniej ochoty dac się wyciągnąć no ale po paru chwilach wygrałem pojedynek z pierwszą moją brzaną w zyciu,była średnia ok pół metrowa ale doznanie niesamowite jak na kogoś kto na rzece łowił okazjonalnie.
Do pory powrotu na obiad dopadłem jeszcze dwie i parę kleni ale te juz niesprawiały takiej radochy,porucznik też troszkę zkilał i tak oto z uśmiechem na mordach wróciliśmy na jednostkę oczywiście po drodze zaliczajac sklepik w celu spożycia browarka i o ile pamiętam to był to okocim zagłoba-nie powiem ale przyznam że mało kiedy celebrowałem tak ten szlachetny trunek.
Po powrocie do jednostki ryby wylądowały u dyżurnego z poleceniem wylądowania na kuchni u kogos kompetentnego a w przypadku porażki pewnie zaliczyłby nocke na szachu (dla niewtajemniczonych to czyszczenie kafelek np.zapałką) no ale kucharz stanął na wysokości zadania i wieczorem każdy z ekipy dostał po kawalku rybki doceniajac róznice od surowego śledzia którego serwowano nam w kuchni no i właśnie wtedy poznałem pewnego kaprala-też cichego wariata odpowiedzialnego za drugi pluton ,co prawda niemiał nic do naszej ekipy ale był ten plus dodatni jak mawiał nasaz były prezydent że stażem był pół roku starszy od naszych tasiemek(czytaj kaprali).
W następną niedziele załatwił mi wolne i zaprosił na ryby,przepustke do mnie miał ju.z wypisaną wiec w minutę przeszczęśliwy byłem gotów.
Było mniej więcej jak poprzednio ,ja dwie brzany i kilka kleni a partner znacznie lepiej no ale wiadomo że miejscowy i wychowany na Wisłoce jednak tym razem olaliśmy porę obiadu i ściągnołem na jednostkę wieczorem,na miejscu stwierdziłem ze jak na niedziele to coś nie tak bo cała ekipa z pokoju ma jawnie przesrane będąc ścigana przez naszego KOTA kaprala,okazało się że gnoił nas za to że mnie nie było,co prawda mnie nawet nie tknął nawet nie sprawdził naciągu koca bo wiem ze liczył na to że jak ekipa pojmie że przeze mnie zapieprza to mnie zgnoja ale niestety stało się inaczej.widząc co jest grane poszedłem do już od wtedy kumpla starego kaprala i powiedziałem co i jak,usłyszałem-daj spalić fajkę do końca i się załatwi no i kapral sadysta mając tyylko poduszke spędził całą noc w kiblu sukcesywnie polewany zimną wodą zresztą jak my rozjeżdżaliśmy się na nowe jednostki to profilaktycznie spiepszył na urlop tylko nie zdał sobie sprawy że znamy jego adres no i facet się zdziwił jak STANEŁA U DRZWI ZAŁOGA DŻI (co prawda niebyło tam misia kolabora-kto kumaty ten zajarzy) skąd ten cytat.
Tu warto by wspomnieć jak wyglądało nasze przekwaterowanie w wiekszosci do brygady saperów w Brzegu zreszta niewiem czemu zwaną Pierwszą Warszawską.
Na dworcu w Katowicach do naszego cuga -czytaj pociągu wpakowali się żandarmi ale w ilości widocznie niewystarczającej bo jak włazili jednymi drzwiami to tak wylecieli następnymi czyli był niezły ubaw,niewiem i nie pamiętam teraz ile nas było ale przypuszczam że w setkach a tych biedaków było może z pięć dych więc szanse na obławę mieli raczej marne.
W każdym razie na następnej stacji pociąg był już w miarę czysty z przeszkadzaczy no i tak w dobrym humorze kontynuowaliśmi tę turystyczno pijacką wyprawę.
Do jednostki dotarliśmy - rozparcelowali nas po kompaniach ,my dumni podoficeriowie zajęliśmy swoje miejsca w salach i tam dopierom wielu znas dowiedziało się gdzie raki zimuja bo okazało się że nasze dwie belki na nikogo nie działają a tym bardziej nie uprawniają nas nawet do położenia się na swoim łóżku bez zgody starszyzny.
Jednak w brzegu okazało sie że mimo to że do Odry miałem rzut beretem to szansa na wędkowanie byla bliska zeru,kontakt z wędką miałem jedynie na przepustach u siebie i własnie podczas jednej z nich przeżyłem tę przygodę z chyba moim największym karpiem na brysiu przy udziale Św pamięci Grzesia Ciury-byłego olimpijczyka w podnoszeniu ciężarów {niestety z karpiem przegrał przy podebraniu} a ja miałem humor zwalony przez parę dni.
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama