Kiedy rozmawiamy o oszczędzeniu lub uratowaniu życia jakiemuś stworzeniu wzbudzamy u siebie i tych, którzy nas słuchają lawinę pozytywnych emocji towarzyszących nam jeszcze dość długo od chwili zaistnienia danego uczynku. Czy tak samo dzieje się w odwrotnym przypadku, czy powinniśmy mieć wyrzuty sumienia oraz złe skojarzenia z powodu uśmiercenia stworzenia, któro jest jednym z elementów naszego łańcucha pokarmowego? Bardzo trafnym stwierdzeniem były artykuły wędakrskie na naszym portalu, że to nie my jesteśmy dla ryb a ryby dla nas. Jest to poniekąd prawdą z zaznaczeniem, że to od nas wiele zależy by one jednak istniały i dobrze się miały tak by móc nieść nam wiele radości oraz niepowtarzalnych i niezastąpionych chwil.
Niegdyś zagłębiając się w historię, ryba była nieodzownym składnikiem pokarmowym człowieka zaraz obok chleba. Nie rozumiem „szoku” doznawanego przez niektórych czytelników na wieść, że ktoś najnaturalniej w świecie skonsumował rybkę. Jasnym jest fakt istnienia obrońców zwierząt i sympatyków jeszcze innych gatunków oraz stworzeń i chwała im za to, że trzymają rękę na „pulsie” ale jeśli będziemy przesadnie wszystkiego tak bronić to świat i owszem będzie istniał ze wszelkimi dobrami ale niestety bez nas.
Myślę, że słowa krytyki oraz GŁOŚNY apel o ZDROWY ROZSĄDEK wystarczy skierować do osób zajmujących się szeroko pojętym masowym przetwórstwem danych gatunków a nie do pojedynczego obywatela od którego zapewne też wiele zależy. Wędkarz łowiący okazy z głębiny posiada (powinien posiadać) przygotowane wcześniej: zasób niezbędnej wiedzy co może łowić, kiedy i w jakiej ilości oraz to czym może to sprawdzić. Ciekaw jestem czy w przypadku masowych odłowów ktoś rozpieszcza nasze CÓDEŃKA darując im życie wpuszczając z powrotem do wody niewymiarowe i te w okresie ochronnym.
Biorąc pod uwagę raporty o zarybieniach i skalę wpuszczonych ryb do statystyk sporządzanych z rejestrów połowu pojedynczego wędkarza w danym roku można by zrobić rachunek sumienia ale tym, którzy jednak czerpią z tego korzyści a nie samą przyjemność. W końcu ryby z opowieści starszych wędkarzy z dużym bagażem doświadczeń raczej nie potopiły się lub nie odleciały do ciepłych krajów wraz z bocianami a to co przyducha zniszczyła to „kropla w morzu” z tym co zostało wyciągnięte sieciami przez cały rok i kilka poprzednich.
Tak dla porównania zastanówmy się jaką składkę musiałby a raczej POWINIEN zapłacić rybak by zrekompensować i odnowić populację gatunków skoro czerpiąc korzyści majątkowe odławia NASZYM KOSZTEM rocznie ryby w tonach kiedy to wędkarz rekreacyjnie uprawiający sportowy połów często z zasadą NO KILL lub zawody na żywej rybie nie czerpie z tego żadnych korzyści poza miłym spędzeniem czasu a mimo to składki ma pokaźne.
Komentarze