Reklama

Białoryb w przyrzeczu

09/12/2013 16:17

Razem te słowa brzmią dziwnie, ale to dlatego, że każde jest pozlepiane z dwóch wyrazów i jeszcze trzy wklejone razem do zdania. Podejrzewam, że żadna inna kombinacja nie opisze tego specyficznego momentu roku wędkarza, a jednak spróbuję wytłumaczyć: Zanim lód skuje zbiorniki stojącej wody, stykające się z rzeką (czyli wszystkie porty, kanałki, starorzecza i martwe odnogi) ryby spokojnego żeru tłumnie ciągną tu na zimowiska i oczywiście intensywnie żerują.
Przejeżdżając pod koniec listopada Mostem Łazienkowskim jak zwykle gapiłem się na Wisłę, a chwilę później na Kanał Czerniakowski zakończony sporym jeziorkiem Maristo. Nad rzeką nie było nikogo, natomiast wzdłuż kanałku co kilka metrów przycupnęli wędkarze. Była godzina 16 i robiło się ciemno, więc nie widziałem dokładnie, ale na jednym tylko brzegu naliczyłem około 20 postaci. Oho! Musi ryba bierze. I po chwili olśnienie – przecież kanał został w tym roku oddany po remoncie i pogłębieniu jako wypasiona marina. Każdy chciałby zwiedzić tę nowiuteńką infrastrukturę dla żeglarzy, a już w szczególności dorodne płocie, wielkie wiślane krąpie i strach myśleć co jeszcze. Z głową pełną karasi i leszczy przejechałem (celowo) swój przystanek i wysiadłem dopiero pod sklepem wędkarskim. Doskonale wiedziałem co kupić. Ćwierć litra kolorowych pinków, pudełko ochotek i paczka zanęty na płocie powinny wystarczyć. W domu miałem do tego przesianą ziemię z kretowiska i płatki owsiane. Byłem gotowy.
Następnego dnia stawiłem się na łowisku o godzinie czternastej. Wybrałem miejsce na chybił trafił przy połączeniu kanału z jeziorkiem. Wędkarze byli. Teraz mogłem spokojnie ich policzyć. Największy tłumek zebrał się w rogu jeziorka na wymurowanym, jakby specjalnie dla nich fragmencie brzegu. Nie patrząc na konkurencję spokojnie zanęciłem kilkoma kulami mojej czarnej mieszanki, rozłożyłem teleskopową odległościówkę i zaczęło się. Niekoniecznie łowienie. Zanim pierwszy tłusty krąp wylądował w siatce, już miałem pierwszego rozmówcę.


– Oo widzę, że panu bierze, u mnie słabo, zwijam się, ale dwa tygodnie temu co to się tutaj działo! To lina takiego miałem, że na patelnię mi nie wszedł!
A po chwili następny pan: - Ja to nad Bug wie pan, jeżdżę, to i nawet szczupaka takiego trzy kila żeśmy wyjęli w tym roku.
I tak w koło Macieju. Ja łowię (próbuję) a oni nawijają; pięć osób po kolei. Okazało się, że trafiłem akurat na swoistą zmianę turnusu nad wodą. Ci, co siedzieli w dzień, właśnie się zwijali i nadrabiali braki towarzyskie z kilku godzin łowienia a ci inni zakładali świetliki i po cichu liczyli na ciekawe brania. Ja byłem dzisiaj świetlikowcem. Zdecydowanie. Tak więc, kiedy słońce schowało się za budynkami straży miejskiej, zostałem sam w ciszy i spokoju ( jeśli tak można nazwać szumiąco-trąbiącą z Wisłostrady rzekę samochodów). W każdym razie około 16:30 zaczęły się brania. I to jakie! Antenka ze świetlikiem nie miała okazji dobrze się ustawić, a już całość odjeżdżała w bok. Zacięcie, chwila szamotaniny i w dłoni lądował piękny krąp lub niewielki leszczyk. Trafił się nawet taki lesio około 60dag. Im robiło się później, tym częściej moje pinki były zasysane do dziwnej paszczy sapy. Sapa to ryba szybkiego nurtu przystosowana do zerowania z dna dzięki ryjkowi skierowanemu w dół. Poza tym jest srebrna, wysmukła i niezwykle waleczna. W ciągu godziny wyholowałem około 20 sztuk tych rybek, największa miała około 40cm. Było fajnie, ale przyszedł taki ziąb, że postanowiłem się zwinąć, zresztą sapy przejęły monopol i robiło się to już monotonne.
Przez pięć godzin łowienia zgromadziłem w siatce około 6 kg ryb. Uważam, że warto zapolować na przedzimowy białoryb w przyrzeczu bo nie dość, że połowy będą gwarantowane to jeszcze jest szansa na niespodziankę typu ławica sap. Jeśli lód nie skuje za szybko jeziorka, niedługo będę tam znowu.

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama