Reklama

Biały szkwał - Jednym zabrał innym dał

17/03/2011 00:59

Gdyby nie te komary i niezmierny żar pewnie już bym spał i śnił o morderczej walce z olbrzymim wąsatym łobuzem. Siedziałem bowiem tak wygodnie w cieniu rzędu olbrzymich wierzb nisko zwieszających swe zielone ramiona. Wyglądało to tak jakbym siedział w dziwacznym tunelu. Za plecami mając rząd grubych wierzbowych pni a nad głową i przed sobą wygięte w łuk, długie i giętkie gałęzie wierzby płaczącej. Oczy robiły mi się jakieś ciężkie i musiałem siłować się aby utrzymać je na wodzy. W tej trudnej walce pomagały mi komary, które raz po praz nieznośnym, piskliwym brzękiem budziły mnie z półsnu. Nawet wrzaski dochodzące z rozległej plaży znajdującej się o jakieś 400 metrów w górę rzeki nie przeszkadzały mi nazbyt. To co mnie jednak irytowało to przekleństwa smarkatych nastolatków raczących się trunkami alkoholowymi, biesiadująch wokół dymiącego grilla.
Chyba byłem zmęczony burzliwym tygodniem i daremnymi staraniami w pracy mającymi na celu załagodzenie wiecznie naburmuszonej kierowniczki. Nie chciało mi się nawet podnieść aby poprawić zarzuconą wędkę, pulsującą od płynącego kija, który oplątał się o plecionkę.

- No nic. Trzeba oderwać cztery litery, które płasko przylegały do gruntu od ponad dwóch godzin. - pomyślałem.

Jak pomyślałem tak zrobiłem. Ciężkim i chwiejnym krokiem podszedłem do wędki. Teraz należało się skoncentrować bo operowanie kijem pod wiszącymi gałęziami nie należało do prostych czynności a wizja rozplątywania plecionki przez usypiającego gościa jakoś pomogła mi wziąć się w garść. Zestaw z dość dużym hakiem i wątrobą jako przynęta nie pozostawiał złudzeń i jasno zdradzał co jest obiektem mojej niemrawej zasiadki. Posłałem go dość szczęśliwie, rzut wykonując niemal spod siebie na odległość ok. 15 metrów w poprzek rzeki. Resztę pracy miał wykonać silny nurt spychając zestaw w dół rzeki i nieco bliżej brzegu do głębokiej rynny. Czy działo się tak w rzeczywistości nie wiem ale z obserwacji powierzchni wydawało się to wielce prawdopodobne. Usiadłem w tym samym wygodnym miejscu i obserwowałem plażę i jej nienaturalnych mieszkańców. Zauważyłem, że namiotów przybyło a dym nie z jednego a z trzech grillów niósł w moją stronę zapach pieczonej kiełbaski.

Nie wiem jak wy ale ja jakoś w dymie nie mam przyjemności drzemać więc rozbudziłem się już całkowicie i obserwowałem przyrodę zgadując w myślach, w którym to miejscu rapa narobi hałasu. Ta zabawa tak mnie wciągnęła, że upłynęło może 20 minut bo częstotliwość pobić żerujących boleni była imponująca. Co jakiś czas zdawało się słyszeć głuche pomruki, które ignorowali wszyscy obecni wraz ze mną i rybami na czele. Młodzieńcy od trunków i suto zakrapianej imprezy wykonywali coraz mniej skoordynowane ruchy a liczne rodzinki z dziećmi spacerowały po złocistym piasku a także w Wiślanej wodzie sięgającej kolan. Tylko nieliczni kusili się na całkowite pląsy w wodzie bo Wisła zdradliwą jest rzeką i umiejętność pływania była do tego wymagana.

Pomruki stawały się coraz głośniejsze i zacząłem wyglądać cumulonimbusa odpowiedzialnego za te dźwięki basem słane po okolicy. Niebo nie zdradzało niczego spektakularnego poza nielicznymi kalafiorami wolno płynącymi na wschód. Gdyby nie moje wprawne oko meteorologiczne pomyślałbym, że jakieś dziwy mają miejsce bo burzowej chmury nigdzie widać nie było. Jednak po drugiej stronie rzeki pod zachodzącym słońcem niebo było jakieś takie pomarańczowo siwe.

- No tak to tam niebawem ukaże się Cumulonimbus - pomyślałem.

W momencie gdy słońce docierało już do krawędzi widnokręgu, zaczynało znikać nie za horyzontem a za ciemną chmurą. Niektórzy z plażowiczów dostrzegli kłębiącą się chmurę ukazującą swoje ogromne rozmiary i ciemną barwę. Z minuty na minutę Cumulonimbus rozrastał się i ciemniał a ponadto zbliżał w naszą stronę. Zapomniałem o tym ze przyszedłem wędkować i tylko wpatrywałem się w potężny ośrodek burzowy licząc czas pomiędzy błyskawicą a grzmotem. Dla niewtajemniczonych dodam, że 3 sekundy potrzeba aby dźwięk pokonał odległość jednego kilometra. W ten sposób na bieżąco kontrolowałem prędkość zbliżającego się spektaklu. Ludzie na plaży skupili się bliżej namiotów w grupki i rozprawiali już znacznie ciszej na tyle ciszej, że ich nie słyszałem. Jedynie moja ulubiona grupa pijanych młodzików we wzajemnych objęciach udali się w głąb brzegu pozostawiając dymiącego grilla.

Z lewej strony ciemnej jak smoła chmury zaczął tworzyć się lej i z położenia poziomego przybierał pozycję pionową. Natomiast czoło chmury zbliżało się szeroką ławą co zgodnie z moimi obawami mogło zwiastować szkwał.

- O kurde! Tam są dzieci w namiotach! Czemu Ci ludzie nie opuszczają plaży?! -wy mamrotałem podenerwowany. Wstałem na równe nogi i wartko udałem się w stronę biwakowiczów machając rekami. Zrobiłem chyba ze 300 metrów sprintem i zziajany wyksztusiłem
- Nie widzicie co się dzieje po drugiej stronie Wisły?
- Widzimy i co z tego? Mamy namioty i samochody więc się skryjemy. Co się pan tak gorączkujesz? - odpowiedział jeden z panów.
- Namioty? Namioty to zwijajcie jak chcecie je jeszcze użyć kiedyś.
- Weź pan nie panikuj tylko znikaj tak jak żeś się pojawił. Jesteśmy dorośli
-Już się zabieram ale żeby nie było, że nie ostrzegałem. Jeszcze raz radzę się zwijać. Jak przyjdzie wichura to śledzie z piachu w mig powyciąga i wam spadochrony z namiotów porobi.

Odwróciłem się i truchtem wróciłem na miejsce bo przecież przykładny wędkarz zgodny z RAPR nie pozostawia zarzuconej wędki bez opieki. Usiadłem na wygniecionym miejscu i rozejrzałem się dokoła. Spostrzegłem, że dwa spośród pięciu namiotów są pośpiesznie zwijane. Grzmoty coraz głośniej rozlegały się po okolicy i zrywały się pierwsze podmuchy wiatru. Czoło chmury przedzierało się właśnie przez Wisłę a świat ciemniał tak nagle, że aż budziło to we mnie przerażenie.

- No to zobaczycie twardziele co się stanie jak czoło dotrze na ten brzeg. Daję wam 30 sekund i się
zesracie w gatki. - pomyślałem.

Na szczęście, lej który wcześniej zdawał się już momentami sięgać ziemi zniknął ale grzmoty biły coraz głośniej a wiatr już mocno targał wierzbami. Po drugiej stronie Wisły ściana deszczu i huraganowego wiatru zdawały się połykać drzewa i jakby ogromną kurtyną zasłoniły cały zachodni brzeg. Spostrzegłem, że plażowicze mieli konkretnego pietra i biegiem udali się do samochodów zostawiając 3 namioty i inne przedmioty na piachu. Niewyobrażalny szum przerywany piekielnie głośnymi grzmotami i targane wiatrem drzewa napędziły mi już konkretnego stracha. Postanowiłem wędkę obłożyć kamieniami i schować się pomiędzy pniami drzew. Wiem, że to nie najlepszy pomysł ale do domu miałem około 2 godziny marszu więc ewentualny powrót był jeszcze bardziej nie na miejscu. Przytuliłem się to grubego pnia i czekałem na główne uderzenie żywiołu. Ściana deszczu w sekundzie pokonała szerokość Wisły i z impetem uderzyła o wierzby, pod którymi siedziałem. Schowałem głowę między kolana i przytuliłem się do pnia. Słyszałem trzask łamanych gałęzi i nieprawdopodobny szum. Byłem już w panice a na domiar złego pień do którego się przytulałem zaczęło bujać na boki.

- No ładnie, zaraz odlecę z tym drzewem - mamrotałem.

Deszcz spływał mi strugami po plecach i chyba nie było już na mnie suchej nitki, jednak nie deszcz a ten niesamowity szkwał nie dawał mi chwili wytchnienia. Poczułem jak na plecy zaczęły spadać mi gradziny i gałązki wierzb, najpierw rzadko, potem gęściej je „masując”. W mgnieniu oka w około zrobiło się biało jak w zimie. Nie myślałem o niczym tylko modliłem się aby nadszedł koniec tego żywiołu. Chyba zostałem wysłuchany bo wiatr zelżał i grad ustąpił. Deszcz jednak lał wciąż obficie ograniczając widoczność do kilkudziesięciu metrów. Po około pięciu minutach ulewy wiatr ustał niemal całkowicie a deszcz padał już spokojnie. Spostrzegłem, że na plaży nie ma żadnego namiotu. „Tunel”, w którym siedziałem był mocno pofatygowany, w koło leżało mnóstwo gałęzi a jedna z wierzb wystąpiła z szeregu. Podczas burzy huk był tak ogromny, że nawet nie słyszałem jak gruchnęła o ziemię. Gradziny szybko od nagrzanej ziemi topniały i po chwili nie było po nich śladu. Nie topniały za to gałęzie gęsto ścielające ziemię.

Zacząłem się rozglądać za wędką i gdy ją dojrzałem upłynęło kilka minut nim wygrzebałem ją spod kamieni i gałęzi.
Wtem niemal osłupiałem z wrażenia. - Co za licho szarpie moją wędką? - myślałem. W końcu oprzytomniałem i doszedłem do wniosku, że to musi być ryba. Ledwo nogi przestały mi drżeć ze strachu a już zaczęły na powrót z wrażenia. Ryba walczyła z niesamowitą siłą pobierając plecionkę z kołowrotka. Gdy spostrzegłem, że na szpuli kończy się zapas linki znów mnie wryło. Zarzuciłem zestaw maksymalnie na 20 metrów a na szpuli ze 150 metrów plecionki zostało kilka metrów. Szybko dokręciłem hamulec i skorzystałem z zaproszenia na spacerek. Po kamieniach szedłem w dół rzeki robiąc co kilka metrów przystanek i pompując wędką. Przeciwnik jakby słabł powoli robiąc rzadsze i krótsze odjazdy. Systematycznie ale wolno zacząłem odzyskiwać linkę. Odjazdy zamieniły się w przytrzymania i murowanie do dna. Serducho łomotało mi niezmiernie a nogi uginały z wrażenia. Walka przeciągała się w czasie a ręce bolały mnie coraz bardziej. Niedawno ściskałem ogromny pień drzewa w obawie przed pierwszym lotem a teraz kolejne minuty pompowania dawały się we znaki. Przeciwnik też już słabł a to dodawało mi wiary w wygraną. Zatrzymałem się, zaparłem dolnik wędki o kolano i przykucnąłem aby odsapnąć. Sum, bo to jego spodziewałem się na końcu zestawu trwał w bezruchu jakieś 40 metrów niżej.

- No kolego już nie świruj tylko daj się doholować do brzegu. - przekonywałem przeciwnika.

Wstałem i zacząłem skręcać żyłkę. Sum jakby poddał się i pozwolił na spokojny hol. Był już przy powierzchni i wykonywał tylko leniwe ruchy wyczerpany walką. Wszedłem po kolana w wodę i podciągnąłem rybę do siebie. Byłem tak zmęczony i mokry jak podniecony i szczęśliwy. Zmierzyłem wzrokiem zdobycz, miał jakieś 150 cm długości. Powoli wyjąłem hak z gardzieli. Łatwo nie było bo zażarł się głęboko ale pysk miał tak wielki, że można było wygodnie operować. Żałowałem, że nie miałem ze sobą aparatu bo wizja tachania tego byka do domu mnie przytłaczała. Zwróciłem więc mu wolność wyszedłem z wody i powoli składałem wędkę. Sum leżał wciąż przy powierzchni w bezruchu. Pewnie się nieźle namordował podczas szkwału skoro wybrał ponad 100 metrów plecionki ze szpuli. Postanowiłem jeszcze raz wejść do wody i pogładzić zdobycz ale jeden zwinny ruch ogonem i sumisko zniknął w toni.

Zabrałem wędkę i wróciłem pod wierzby. To szkwał to hol suma na przemian zaprzątały mi głowę. Dwoje ludzi chodziło po plaży tam gdzie były namioty ze spuszczonymi głowami jakby czegoś szukając.

- Biały szkwał tamtym zabrał a mi dał. To potwierdza teorię o niesamowitej aktywności sumów podczas burzliwego wieczoru – pomyślałem

Pozbierałem resztki swoich rzeczy, które wiatr porozrzucał, spakowałem sprzęt, zarzuciłem plecaczek na plecy i udałem się w dwugodzinną wędrówkę wzbogacony o niecodzienne przeżycie.

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama