Reklama

Bielinek 2

30/03/2009 16:46
14 października wybraliśmy się z kolegą Henrykiem nad zalew Bielinek, koło Cedyni. Zabraliśmy ze sobą łódkę, a celem naszej wyprawy miały być sandacze. W poprzednim roku byliśmy na Bielinku dwa razy, a było to w grudniu. Pierwszy raz był rekonesansowy, bez sprzętu pływającego, ale drugi już konkretny, nastawiliśmy się na drapieżniki, których na tym połączonym z Odrą akwenie jest jeszcze dosyć sporo. Złowiliśmy wtedy po dwa sandacze, ale nabyliśmy trochę doświadczenia, gdyż mogliśmy podpatrzeć miejscowych wędkarzy i zorientować się jak, na co i w jakich miejscach łowią.

W tym roku nauka miała zaprocentować, ale jak to zwykle bywa teoria i planowanie często mija się z praktyką. Kiedy wyjechaliśmy ze Stargardu, mając przed sobą sto kilometrów jazdy, zaczął padać deszczyk, a ciśnienie wyraźnie spadało. Nie wróżyło to dobrze naszym dzisiejszym połowom, ale póki co humory nam dopisywały. Na miejscu byliśmy przed ósmą, szybko i sprawnie zwodowaliśmy łódkę, zapakowaliśmy do niej spinningi i pozostały sprzęt, zamocowaliśmy echosondę i dziarsko ruszyliśmy na wodę.

Przy brzegu spławiały się płotki, ale echosonda za dużo ryb nie pokazywała, dopiero od dwunastu metrów zaczęły rysować się ikonki większych ryb. Rzucaliśmy ośmiocentymetrowymi kopytami Relaxa, lecz na razie wyniki były zerowe. Po trzech godzinach poszukiwań postanowiliśmy zmienić rejon łowienia i zbliżyć się bardziej do brzegu. Po zmianie wędzisk na bardziej finezyjne wreszcie zaczęło się coś dziać. W małe twisterki zaczęły nieśmiało stukać niezbyt duże okonki, ale od czegoś trzeba było zacząć. Po złowieniu dwóch większych pasiaków nasze nastroje nieco się poprawiły, ale niestety były to pierwsze i ostatnie większe sztuki złowione przez nas w tym rejonie zalewu.

Zbliżała się czternasta, nawet małe okonki przestały brać, więc drogą głosowania postanowiliśmy spłynąć w stronę samochodu i zakończyć dzisiejsze nie najobfitsze połowy. Mieliśmy już wyciągać łajbę na piasek, ale zauważyliśmy atak drapieżnika blisko brzegu, niecałe sto metrów od nas. Długo się nie zastanawiając podpłynęliśmy w tym kierunku i zakotwiczyliśmy koło dużego krzaka, na czterech metrach. Przynęty powędrowały na spad, który sięgał ośmiu merów i po dociągnięciu ich do łodzi coś je zaatakowało. Nasze spinningi jednocześnie obiecująco się wygięły i wyciągnęliśmy dwa piękne, wygrzbiecone garbusy. Ryby momentalnie znalazły się w siatkach, a ciężarki zamocowane na bocznym troku już następny raz szorowały twarde dno. Kiedy przynęty skokowo podpływały do początku spadu i podchodziły do góry następowały mocne brania, jedno za drugim.

Wpadliśmy w hura-optymizm, co zarzut to ryba i to taka pod pół kilo, już nawet nie pamiętałem kiedy ostatnio tak mocno i z taką częstotliwością brały nam okonie. Nic im nie przeszkadzało, ani spadające ciśnienie, czy też całkiem zachmurzone niebo, po prostu, zrobiły sobie przerwę na obiad, a my korzystaliśmy z tego faktu. Ale wszystko co dobre kiedyś musi się skończyć. Po czterdziestu minutach brania radykalnie spadły, pomyślałem nawet, że ryby przyzwyczaiły się już do naszych przynęt. Zacząłem kombinować z kolorami, ale wszystko na nic, jeszcze przechytrzyliśmy kilka pasiaków, a potem zrobiły sobie sjestę i już żadna gumka nie była w stanie ich zainteresować.

To było już wszystko tego dnia, a okazało się, że i tak niemało. Mieliśmy po dwadzieścia niezłych ryb, a emocji i wrażeń pod dostatkiem. Adrenalina podskoczyła nam niesamowicie, no ale cóż, kiedyś trzeba wracać do domu. To i tak cud, że okonie, choć krótko, ale zaczęły z nami współpracować, bo po całodziennych niepowodzeniach myśleliśmy, że tego dnia nic naszych wędek nie wygnie.

Staropolskie przysłowie : machaj wędą ryby będą, sprawdziło się jak nigdy. Już planujemy następny wyjazd nad piękny zalew, leżący na końcu świata i może znów jakieś ryby, oby sandacze, podniosą nam ciśnienie i mile zaskoczą.





Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama