Reklama

Bielinek 4

02/04/2009 16:20
18 grudnia zorganizowaliśmy wspólny, z kolegą Henrykiem, wypad nad żwirownię w Bielinku. Miały to być całodzienne połowy sandaczy z łódki, a że w grudniu dni są najkrótsze dojazd na łowisko zajął nam połowę tego czasu co trwało wędkowanie. Bardziej doświadczeni, tym razem byliśmy lepiej przygotowani, niż podczas wcześniejszych wyjazdów na ten duży akwen. Najważniejsze, że mieliśmy już lepsze pojęcie gdzie i na jakie przynęty łowić, chociaż w dzisiejszym przypadku nie było to tak ważne, bo ryba nie brała. Dwanaście łodzi stało tylko w jednym miejscu i jak na taką olbrzymią wodę było to trochę dziwne. Na pewno ciągną sandacze, Henryk zaczął się trochę podniecać, zresztą ja też, szybciej niż zwykle załadowaliśmy sprzęt na pokład i pośpiesznie wypłynęliśmy w stronę tego zbiegowiska. Okazało się, że to nasze stare miejsce z poprzedniego roku, z którego wyjęliśmy parę zębatych pasiaków. Było tam kilka dołków i zaczepów leżących na dnie, a głębokość wahała się w zakresie szesnastu metrów. Zakotwiczyliśmy na takiej głębokości i z dużą wiarą w sukces zaczęliśmy obławianie miejscówki. W ruch poszły ośmio centymetrowe kopyta i zaczęło się rzucanie, rzucanie i nic, żadnego kontaktu z rybą. Po godzinie nieco się przestawiliśmy i dzięki temu, w pierwszym rzucie zaliczyłem niewymiarowego sandałka, którego od razu wypuściłem do wody. Na tylu wędkarzy nikt nic nie łowił, łódki zaczęły się rozpływać po całym zalewie, więc my też nie czekaliśmy i zaczęliśmy poszukiwanie drapieżników. Stawaliśmy na płytszej wodzie i na ponad dwudziestometrowej i nic, zero jakiegokolwiek kontaktu z rybą, a tu już za trzy godziny koniec dnia. Postanowiliśmy wrócić na pierwszą miejscówkę, tym bardziej, że wędkarze znowu zgrupowali się w tym rejonie. Kotwica znowu wpadła do wody i musiała pokonać szesnaście metrów. Gość na sąsiedniej łajbie wyciągnął rybę i to pobudziło nas do myślenia, bowiem z daleka, przez ułamek sekundy zauważyłem, że używa czerwonej przynęty. Nigdy nie miałem w swoim arsenale wabików o takim agresywnym kolorze, ale kolega i owszem miał, ale tylko jeden. Ten jedyny w całym bogatym zbiorze ripper za chwilę przyniósł mu chwilę radości. Zaciął i po krótkiej walce wyholował 56 centymetrowego sandacza, z którego przez piętnaście minut był bardzo dumny. W przypływie dobroci i politowania nad moim marnym losem dał mi pomarańczowe kopyto, na które, za moment wyciągnąłem sporego okonia, ale później nic poza tym. Przypomniało mi się, że w plecaku mam markery wodoodporne, więc postanowiłem zrobić z nich użytek .Jednym z nich pomalowałem swoje jasne kopyto na czerwono i to było to, na co czekał sandacz, który za pięć minut je pożarł, ku niezadowoleniu Henryka. Ryba miała 66 cm. długości i dzięki koledze, który fachowo ją podebrał znalazła się w mojej siatce. Po chwili zaliczyłem jeszcze jednego, pięćdziesięciocentymetrowego drapieżnika i na tym brania w tym dniu się zakończyły. Kompanowi już humor tak nie dopisywał jak jeszcze pół godziny temu. Najważniejsze, że przeżyliśmy trochę emocji, poziom adrenaliny nam znacząco wzrósł i to jest w naszym sporcie najważniejsze. Trochę świeżego powietrza też na nas dobrze wpłynął i będzie o czym wspominać w zimne zimowe wieczory. Dużego sandacza pofiletowałem i pokroiłem w małe porcje, leżą teraz w zamrażarce i czekają na wigilię. Powoli staje się tradycją, że rybę na wigilię łowię sam, wtedy na talerzu smakuje bardziej.




Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama