Boczny trok i grudniowe okonie. Sobotni poranek nad wodą w połowie grudnia, spragnieni kontaktu z przyrodą. Tak, to ponownie my. Tym razem po porządnej dawce fachowej lektury fachowców z wedkuje.pl polować będziemy z bocznym trokiem. Sposoby wiązania, jak i sama metoda wędkowania nie były dla mnie nowinką, ale jakoś dotychczas nie miałem do tego sposobu chyba większego przekonania. Wcześniej w czwartek wpadłem do wędkarskiego, uzupełniłem ubytki w paprochach i dokupiłem typowe haczyki okoniowe, właśnie do bocznego troka. Po przeczytaniu wielu artykułów decyduję się na sposób szczegółowo opisany na naszym forum m.in. przez Kolegę Zibi60. Wiąże więc boczny trok tradycyjnie. Bez żadnych krętlików i innych innowacji, wykonując węzeł pętelkowy wg schematu przedstawionego na rysunku (http://www.lakefishing.com.pl/bocznik/index.php) i trzymając się zasady długości odcinków 1:3. Jako ciężarek zakładam samozaciskowy walec 6g stosowany do drop shota. Zestaw taki na żyłce 0,18mm chodzi wprost rewelacyjnie. W przeciągu pięciu godzin spinningu zaszła potrzeba jedynie trzy, czy też czterokrotnego odkręcenia końcówek żyłki od ciężarka i przynęty. Naprawdę rewelacja. No dobrze, chyba tyle na temat bocznego troka wystarczy, a co z wyprawą okoniową. Wypływamy na łowisko już o 8.30. Pomimo wyraźnego chłodu i porywistego wiatru zatoka do której zmierzamy jest spokojna. Z daleka widzimy, że nasze cwaniaki też są na łowisku. Myślę, tu o cwanych okoniach, które pomimo różnych chwytów z naszej strony, biorą sobie ostatnio jak chcą. Żerować to i żerują, o czym świadczy zachowanie drobnicy od takiej 4 do10cm, więc jak będzie tym razem? Na łowisko napływamy bezszelestnie, z wielkim wyczuciem idą do wody ciężkie kotwice i ustawieni dobre 30m od linii brzegowej, pełni nadziei na ostre brania, rozpoczynamy wędkowanie. Podczas wyrzutu z osiągnięciem rejonu, w którym pojawiają się kółka drobnicy nie ma żadnego problemu. Staram się nawet dorzucić na płyciznę. Następnie szybko ściągam zestaw jak tylko ołów dotknie wody i spokojnie sprowadzam przynętę na uskok dna i skraj roślinności. Zawsze pierwsze rzuty charakteryzują się wręcz podwójną czujnością wszystkich zmysłów. Tak jest i tym razem. Z jednej strony pilnie obserwuję szczytówkę uniesionego pod kątem 45° wędziska, z drugiej zerkam na zachowanie się żyłki podczas każdego wolniejszego ruchu korbką kołowrotka lub podczas zastosowania opadu. Z wymianą gumek na specjalnym haczyku z uszkiem nie ma problemu. Po jednej z kolejnych zmian zakładam ciemnoperłowego twisterka. Kątem oka zaobserwowałem rozprysk drobnicy, wykonuję rzut specjalnie trochę z boku sygnalizowanego miejsca. Po ataku raczej okonie nie uciekają z tego rejonu, ale gdzieś się w pobliżu przyczają przed kolejnym atakiem pałaszując między czasie swoją zdobycz. Tym razem nie daję przynęcie opaść do dna i dosłownie po minięciu miejsca ataku drapieżnika czuję wyraźne dwa skubnięcia. Kilka kolejnych rzutów i niestety nie ma brania. Zmieniam więc gumkę na brąz ze srebrnym brokatem. Kolejne uderzenie i rozprysk drobnicy, precyzyjny rzut i po kilu metrach jest w połowie wody uderzenie. Lekkie zacięcie i czuję w końcu rybę na haku. Nie mogę sobie pozwolić na najmniejszy błąd, więc nawet podczas miękkiego zacięcia pięknie zagrała dobrze wyregulowana szpula kołowrotka. Pyszczek okonia łatwo rozerwać zbyt silnym holem, więc pozwalam drapieżnikowi się trochę wyszaleć. Podbierak kolega włożył już do wody, więc pozostał tylko spokojny hol i okoń 28cm ląduje w katamaranie. Nie jest może największy, ale po tak długim okresie wyczekiwania jest dla mnie najpiękniejszy. Szkoda tylko, że naszej euforii nie podzielili pobratymcy złapanego osobnika, o czym dobitnie świadczy kolejne ponad dwie godziny spędzone bez kontaktu z rybą na łowisku. Nie jest to jednak ważne. Ważne, że mieliśmy piękny kontakt z rybą, przed nami jeszcze na dodatek długi grudniowy wieczór, ognisko, kabały, pieczenie ziemniaków, jednym słowem pełen relaks. Po to tu w końcu przyjechaliśmy.
Komentarze