W sierpniu 2013 znowu byłem na moich ukochanych Bokszach. Pogoda dopisała przez wszystkie dni, Pani Grażynka była non stop uśmiechnięta, a równa miejscami tafla porośniętej wody rokowała upragnionymi szczupakami. Właściwie, to nie byłem sam. Przywiozłem muchę, towarzyszyła mi wiewiórka, no i miałem sternika Wiesia. Mucha, to stary przyjaciel. Zabrała się ze mną w Mułach do Krakowa już w lipcu i tak się jej spodobało, że nie opuściła samochodu w Krakowie aż do Bokszów. Z wiewiórką było inaczej. Przyplątała się późną wiosną, a na zabój od 3 sierpnia. Zasadniczo nie lubi wody, ale towarzyszyła mi nad Rabą, gdy chodziło o pstrąga. Pojechała ze mną jako miraż, dla poprawy nastroju. Pływaliśmy skąpani w słońcu ja, mucha, wiewiórka i Wiesio. Goniliśmy my - faceci - za szczupakiem i okoniem, ale wiewiórkę widziałem jedynie ja. Ryby chyba się umówiły, bowiem pierwszego dnia brały tylko okonie, a przez resztę dni tylko szczupaki. Mucha dała mi znać, że specjalnie tak ustawiła rzeczywistość u samego Neptuna. Było mi to obojętne i nie sprawdzałem tej wiadomości. Czasu było wiele, rzutów spiningami różnej maści jeszcze więcej, a szczupaków jak na receptę na cały kwartał, czyli nie do zapamiętania. Na myśl przychodził banał, że ten rok jest zupełnie inny niż minione, chociaż jest na tę tezę racjonalne uzasadnienie. Szczupaków nie było albo zostały wybrane z odkrytego z roślinności poziomu wody do dwóch metrów, a na poziomie 3 metrów zostały same najedzone i dlatego też była klapa. Przerywnikiem okazał się spławikowy karaś, ale nie o to chodziło. Liczył się tylko spining i pływanie. Łowienie byłoby zupełnie nudne, gdyby nie wiewiórka. Systematycznie ukazywała się w momentach przewlekłości wędkarskiego niepowodzenia i swym mirażem łagodziła wędkarskie cierpienia. Widziałem tylko wiewiórkę. Wiesio sternik jakby nie istniał. uchodziło mojej uwadze, że jego zielony wobler firmy STORM, schodzący głęboko, jest nadzwyczaj skuteczny. Wiewiórka cały czas zasłaniała moje oczy. Nie wiem, czy widziałem, czy nic nie widziałem, ale czułem się szczęśliwy. Toteż, gdy z poziomu 3 metrów jednak dał się wyjąć na 13 gramowy, zielony wobler HRT nieco nadwymiarowy szcupak, radość szła tylko w jednym kierunku i zaklinając wodę śpiewałem: "To dla Ciebie Wiewiórko!". I było sielsko, dumnie, budująco i w gotowości połączonej z pewnością, że jeszcze tego dnia wyłowię wszystkie szczupaki z jeziora. Ale jak wiadomo, nic dwa razy się nie zdarza. Poziom 3 metrów przestał owocować. Jednak uparta wiewiórka dawała nadzieję. Zszedłem sumowym, niemal 20 gramowym, brązowym woblerem firmy HRT na poziom 4 metrów, na skraj roślinności zanurzonej i licząc na złowienie dużego szczupaka pozwoliłem, żeby żeby wiewiórka odwróciła moją uwagę. Chyba popadłem w słodki letarg i to był okropny błąd łowcy. Szczupak, a może sum był na woblerze, a ja zagubiony - jakby we mgle, pozwoliłem, by spadł z przynęty. Czułem go i mogłem z całą stanowczością powiedzieć, że był duży. Żal. że zszedł i żal dlatego, że duże ryby bywają jednak rzadkością. Jako naiwną odrzucałem nadzieję, że to co było może się jeszcze dziś powtórzyć. Przygnębiony niepowodzeniem pozwoliłem, żeby dla poprawy nastroju wiewiórka ponownie zasłoniła mi oczy. I cholera powtórzyło się. Widziałem na powierzchni, że holowałem "metrówkę". Holowałem, bo zanim zdążyłem odgarnąć z oczu wiewiórkę, "metrówka" już mi spadła z woblera. Szlag trafiłby taki pech, precz z wiewiórkami i niech natychmiast wyparuje to jezioro. Czułem, że wpadam do wody. Za chwilę skonstatowałem, że jezioro się ostało i dobrze, bo w kolejnych dniach dostarczyło mnie i Wiesiowi wielokrotnych szczupakowych wrażeń, szczególnie na poziomie 4 metrów lub zupełnie w roślinności z rzadka wynurzonej. Mogłem znowu z przekonaniem wykrzyczeć światu, ze Boksze, to nadal moja miłość, ale wiewiórek nienawidzę, chociaż z zupełnie innych powodów.
Sierpień 2013.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze