Reklama

Camel Trophy

12/07/2009 07:09
No to kiedy tam pojedziemy, zadałem pytanie koledze, na co on odpowiedział, "a może by tak na nockę się wybrać?". W taki oto spontaniczny sposób wybraliśmy miejsce i porę łowienia. Teraz uzyskanie zgody małżonki na nocleg poza domem. Po udanych negocjacjach, wraz z kolegą ustaliliśmy termin. Gdy już było wiadomo kiedy jedziemy, zaczęły się przygotowania.
Największym dylematem okazało się czy wybieramy się na drapieżnika czy też może na białą rybkę. Takie drobiazgi zajęły nam trzy tygodnie. Stanęło na tym, że jedziemy na wszystko. Największy problem stanowił zakup żywca. Postanowiliśmy nabyć go w drodze z pracy do domu. Oczywiście czasu na złowienie nie było. W sklepach o tej porze już nie było.

No trudno, może uda się coś złowić na miejscu. Miałem wyruszyć z samego rana, niestety pogoda nie zapowiadała się najciekawiej. Postanowiliśmy przeczekać deszcz. W końcu dotarłem na miejsce przeznaczenia. Ponieważ z rannych połowów nic nie wyszło a na popołudniowe było za wcześnie, postanowiliśmy poszukać żywca. Szukanie żywca w godzinach południowych w małej miejscowości w sobotę to jak szukanie igły w stogu siana. Jednak dzięki miłej pani w jednym ze sklepów dostaliśmy namiar gdzie można nabyć ów deficytowy towar. Po nabyciu 10 szt karasi w doskonalej kondycji, zabraliśmy się na łowisko. Pojechaliśmy nad zbiornik zaporowy, na którym podobno są wspaniałe sandacze i inne drapieżniki.

Okolica piękna, słoneczko świeci aż miło. Postanowiliśmy wypróbować sprzęt. Na łowisku spotkaliśmy innych wędkarzy, wieści na temat żerowania ryb, zarówno drapieżnika jak i białej, były niepokojące. Ale skoro już tu jesteśmy to co nam szkodzi spróbować. przygotowaliśmy sobie po kiju, siedzisku i zarzuciliśmy. Czekamy. I tak czekając delektowaliśmy się przyrodą i ciszą na łowisku obserwując jak spławiki ani drgną a na niebie zbierają się dosyć czarne i nieprzyjemne chmurki. Tak po godzinie, gdy zaczęło kropić. Postanowiliśmy pojechać na właściwe łowisko. Ledwo wyruszyliśmy w drogę z nieba lunęły strugi wody.

Nie zrażeni pogodą jechaliśmy dalej. Przed zjechaniem na łowisko zatrzymaliśmy się na parkingu. Chcieliśmy najpierw obejrzeć trasę zanim zapuściliśmy się w leśne ostępy. W między czasie deszcz ustał i wychynęło słoneczko. Tak spacerując sobie brzegiem łowiska, szukaliśmy miejsca gdzie będzie można się rozstawić na nockę. Gdy już wiadome nam było gdzie, trzeba było poszukać jak. Deszcz rozmoczył leśne drogi uniemożliwiając niekiedy jazdę samochodem. Udało nam się znaleźć drogę w miarę dobrym stanie. Gdy dotarliśmy do asfaltówki okazało się, że do zaparkowanego samochodu mamy około kilometra drogi szosą. Jak na złość zaczęło padać i to dosyć mocno. No ale nic to. Jedziemy, oczywiście przejechaliśmy zjazd, którym to mieliśmy zjechać na łowisko. Na szczęście przeoczenie było niewielkie. Początkowo zjazd był bezproblemowy. Kłopoty zaczęły się mniej więcej w połowie.

Samochód z napędem na przód, zaczął się ślizgać. Ok, to jeszcze nie powód do paniki. No i klops, utknęliśmy. Wysiadam z samochodu idę pchać. Uff udało się. Wsiadam i jedziemy dalej, nieco ostrożniej. Idzie jak krew z nosa, ale dajemy rade. Przejechaliśmy już jakieś 10 metrów, gdy jazda nagle się urwała. No to mamy problem, zakopaliśmy się. Wysiadka z samochodu od strony pasażera niemożliwa. Nie otworze drzwi. Muszę wysiadać od strony kierowcy. Trudna sztuka z moimi gabarytami, aczkolwiek wykonalna. No to pchamy, pchamy, pchamy i g..... z tego mamy. Ani rusz. No to mamy problem. Zakopaliśmy się na amen. Powrót nie wchodzi w grę. Jedyna droga to w dół. No nic saperka idzie w ruch.

Trzeba odkopać z mułu koło. Koledze nawet dobrze idzie. Po paru chwilach udało nam się pokonać błoto. Kolega jedzie, ja idę przed samochodem wskazując potencjalne pułapki. W końcu udało nam się dotrzeć nad sam zbiornik, blisko miejsca gdzie chcemy łowić. Pogoda nadal nie dopisuje, deszcz raz po raz pada. Podejmujemy decyzję. Wracamy na poprzednią miejscówkę, puki jeszcze mamy możliwość. Szukamy wobec tego drogi. Pierwszy szlak po około kilometrze okazał się nie przejezdny. Drugi jeszcze szybciej obnażył swą nieprzejezdność. Pozostała nam ostatnia możliwość, na szczęście tą da się wrócić. No to wracamy. Jest ciężko ale dajemy radę wydostać się na szosę. Deszcz ustaje, wobec tego decydujemy się zajechać na poprzednią miejscówkę. Cali ubłoceni, przemoczeni i spoceni docieramy na miejsce. Droga jest nam znana, ale równie ciężka do pokonania.

Na szczęście już nie pada. Zatrzymujemy samochód i już trzymam klamkę by otworzyć drzwi gdy z nieba runęła na nas woda w jak w myjni samochodowej. Zakląłem szpetnie. Wracamy, bo za 10 min nie da się wjechać pod górę. Biedne karasie zaczynają powoli przysypiać pomimo zmiany wody. Coś trzeba z nimi zrobić. W pobliżu znajduje się staw, który podobno zawiera życie. Jeśli jednak do tej pory był martwy to teraz już posiada karasie. Zwróciliśmy im wolność. Deszcz oczywiście przestał padać tuż przed podjechaniem pod staw. No to z łowienia nad zbiornikiem nici. W pobliżu znajduje się polodowcowe jezioro. Jedziemy, docieramy. Wspaniałe miejsce. Rozbijamy się, nęcimy zarzucamy i czekamy. Deszcz ustał już całkowicie.

Bezchmurne niebo zwiastuje brak deszczu i zimną noc. Siedzimy sobie tak przemoczeni i zmarznięci czekając na jakąś akcje. W dalszym ciągu nic się nie dzieje. Zjedliśmy już co mieliśmy ze sobą do jedzenia. Ryba nawet nie skubnie przynęty. Po kilku godzinach bezowocnych połowów decydujemy się wrócić do domu. Po drodze drwimy z naszej wyprawy, było nie było przyroda nas pokonała. W domu kolega przygotował wspaniałe szaszłyki, jak przyczyniłem się do grzańca z miodem. Po posiłku idziemy spać. Jutro przecież trzeba wracać do domu. Jeden zero dla przyrody plus uwolnione karasie. Tak oto kończą się planowane wyprawy.
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama