Cały dzień nosiło mnie po domu z kąta w kąt. Nawet moje ulubione gry komputerowe, nie były w stanie mnie zadowolić. Jakieś dziwne myśli chodziły mi po głowie. Żona spoglądała na mnie od czasu do czasu, aż wreszcie nie wytrzymała i rzuciła zdanie, które zawsze wywiera na mnie ogromne wrażenie: - Ty weź przestań się tak miotać i jedź na te ryby, bo jak Boga kocham, za chwilę eksplodujesz. To się zawsze kończy tak samo. Nie wiem, czy to jakiś zew? Co to za dziwna siła która ciągnie człowieka nad wodę?! To nie daje człowiekowi normalnie funkcjonować. Tak więc od razu się spakowałem i już mnie nie było i tyle mnie widzieli. Postanowiłem, że tym razem przetrzebię trochę populację sumika karłowatego który zawłaszczył sobie jeden ze zbiorników w okolicy.
Był ciepły, lipcowy wieczór. Powietrze ciężkie i nieruchome, powstrzymywało przed najmniejszym poruszeniem każde źdźbło trawy i każdy listek z osobna. Odnosiłem wrażenie, że nawet komary mają niemały kłopot z poruszaniem się w tej oblepiającej wszystko mazi. Rozejrzałem się wokół. Żadnego ruchu. Nawet woda zdawała się być wypolerowanym , gorącym plastrem cyny. Wszystko zamarło w oczekiwaniu na coś, co miało się wydarzyć.
W przestrzeni unosił się zapach pocącej się ziemi. Rozłożyłem wędki, poczyniłem wpis w rejestrze połowów i rozłożyłem się na fotelu. Hen daleko, na horyzoncie, złowrogo migotały błyskawice. Wieczorne niebo, malowane smugami przedziwnych barw, zdawało się szeptać: - Uważaj….. Już niedługo coś się stanie………… Otworzyłem sobie piwko, porozpinałem koszulę, założyłem kapelusz i już byłem szczęśliwy. Pierwsze branie nastąpiło już po dziesięciu minutach. Sumik, a jakże. Bombka walnęła w kij z taką energią, że omal nie dostałem zawału. Bez zacinania wyholowałem rybę na brzeg. - Mały,- pomyślałem.
Jeszcze dobrze nie usiadłem, a znów na haczyku wylądował sumik. Tym razem jednak, miał jakieś trzydzieści centymetrów. Brały jak szalone. W ciągu jednej zaledwie godziny, miałem już w siatce osiem albo dziewięć sztuk. Pochłonięty wędkowaniem, nawet nie zauważyłem, że tafla wody nie jest już tak gładka jak na początku, a trzciny i krzewy, kołyszą się i nawet zaczynają szumieć. Było już dobrze po zmroku, a ja nadal wszystko doskonale widziałem bez używania latarki. Nie zastanawiałem się nad tym wcześniej ale teraz, uświadomiłem sobie, że to błyskawice są już tak blisko i migają z tak wielką częstotliwością, że jest jasno jak w dzień. Przepiękne widowisko! Nitki piorunów przeskakiwały poziomo i z ukosa. Każdy z nich w innym kolorze i z innym temperamentem. Jednak żadna z błyskawic nie spadała na ziemię. Całe widowisko ograniczało się do grubej powłoki chmur. Rozejrzałem się w koło. Burza była wszędzie. Błyskało się ze wszystkich stron. Wyglądało to dość groteskowo, bo choć pioruny tańczyły na niebie, nie dało się prawie słyszeć żadnych grzmotów, tylko takie stłumione jakby echo ich huku. A sumiki brały jak wściekłe.
Wiatr się wzmagał, więc rozłożyłem parasol i przykryłem go folią. Folię poprzyciskałem do ziemi kamieniami słusznego rozmiaru, wbiłem kilka śledzi, powiązałem co trzeba linkami do śledzi i do drzewa. Ulokowałem się w tym kokonie i dalej łowiłem sumiki. Burza tańczyła wokół jak pijana panna. Porywy wiatru stawały się coraz silniejsze. Momentami musiałem przytrzymywać folię by wiatr jej nie zerwał. Aż w końcu…….. Lunęło jak z cebra. Kiedy zaczął padać deszcz, burza która wzbierała na sile przez pięć godzin, postanowiła dać upust swej energii. Uderzała zaciekle, porywając najpierw folię a w końcu i parasol. Zbierałem wszystko po kolei i wrzucałem do samochodu. Byłem przemoczony do suchej nitki, pomimo sztormiaka który miałem na sobie. W strugach rzęsistego deszczu pakowałem sprzęt. Biegałem w tę i z powrotem zbierając dobytek. Wreszcie zadowolony zasiadłem za kółkiem. Zapaliłem papierosa, uruchomiłem silnik i ruszyłem w drogę powrotną.
Deszcz zrobił swoje. Niewielka, jak mi się wydawało niecka terenu, okazała się być przeszkodą nie do przebycia. Do przodu, wstecz, znów do przodu i znów do tyłu…….. i nic. Koło ciągnące obracało się w miejscu. Burza szalała i nie było na co czekać, bo wody przybywało, a grunt był coraz bardziej miękki. Otworzyłem drzwi, wrzuciłem jedynkę i wyskoczyłem z auta. Pchałem ile sił ślizgając się na błocie. Udało się! Powolutku „Tico” ruszyło pod górę. Kiedy już prawie dotarłem do kamienistej drogi, wskoczyłem na miejsce kierowcy. Chwała Bogu dałem radę. Nagle coś mnie tknęło. - Siatka! Zapomniałem siatkę z rybami!
Nie ryzykowałem powtórnego ugrzęźnięcia w błocie. Zostawiłem auto na drodze i cały przemoczony pognałem na łowisko. Wysoka skarpa była nasiąknięta wodą i bardzo śliska. Ziemia obsuwała się pod stopami. Siatka była cała w wodorostach i błocie naniesionym przez szalejący żywioł. Jakoś ją uwolniłem i ruszyłem w stronę samochodu. Minąłem drzewo pod którym wcześniej siedziałem. Zrobiłem może z siedem kroków kiedy nagle, biało-niebieski zygzak runął z nieba i z przeraźliwym łoskotem i trzaskiem walnął w pień drzewa obok mnie. Huk był potężny. Poczułem jak bębenki ściska mi ciśnienie. Błysk światła prawie prześwietlił mi dłonie. Łomot pioruna zamurował mnie w miejscu. Ocknąłem się z odrętwienia po kilku, może kilkunastu sekundach, ale nie poruszałem się. Pierwszy raz w życiu doświadczyłem czegoś takiego. Trawa wokół mnie skwierczała podobnie jak linia wysokiego napięcia. Uświadomiłem sobie, że nie jest dobrze.
Sparaliżowany ze strachu, stałem nieruchomy jak posąg ociekający wodą. Usiłowałem sobie przypomnieć wszystko, co wiem o prądzie i elektryczności. Z racji zawodu jaki wykonuję, mam pewien zasób wiedzy na ten temat, jednak w podobnej sytuacji wszystko znika z pamięci. Wszystko wokół skwierczało, że aż miałem uczucie mrowienia w nogach. Kiedy przypomniałem sobie co się robi w podobnych wypadkach, skwierczenie otoczenia już ustało. Było słychać tylko deszcz bębniący po mojej pelerynie. Powoli, delikatnie przesunąłem stopę do przodu o kilkanaście centymetrów w taki sposób, by nie traciła kontaktu z drugą stopą ani z podłożem. Potem druga stopa tak samo i na przemian. To ważne, by posuwać się właśnie w opisany sposób, ponieważ otoczenie, a w tym podłoże, po uderzeniu pioruna przez dość długi czas mogą utrzymywać potężny potencjał elektryczny. Zachodzi więc ryzyko porażenia tak zwanym napięciem krokowym. Definicję można znaleźć w internecie, więc nie będę tego tłumaczył. Można też skakać obunóż, lub przeskakiwać z nogi na nogę tak, by żadna ze stóp nie dotknęła podłoża jednocześnie. No ale skakanie na śliskim podłożu?........ Posuwałem się więc szurając stopami. Jednocześnie uważając na mokrą siatkę by nie dotknęła ziemi którą trzymałem mokrymi tak samo dłońmi zbliżałem się do auta. Wreszcie, kroczek po kroczku dotarłem na miejsce. Zewnętrzną stroną palców podniosłem klamkę i opadłem do wnętrza samochodu. Kiedy uświadomiłem sobie, że jeszcze przed chwilą siedziałem pod feralnym drzewem i machałem na przemian dwoma pięciometrowymi węglówkami, popłynęły mi łzy. Tak Moi Mili, to nieprawda, że chłopaki nie płaczą. Emocje były tak silne, że gdy opadły, organizm sam odreagował stres. To chyba nie wstyd. A gdybym tam siedział kilka minut dłużej? Łatwo dopowiedzieć resztę.
A sumiki, w ubłoconej i mokrej siatce leżącej na podłodze w miejscu pasażera, patrzyły na mnie niewzruszonymi, bursztynowymi ślepiami, które w świetle lampki „led” przekazywać się zdawały jakąś hipnotyczną przestrogę. Nie wiem jak długo siedziałem bez ruchu w aucie. Chyba na chwile zmorzył mnie sen. Tę sielankę przerwał mi wszechogarniający chłód, bo byłem całkiem przemoczony. Kiedy się pozbierałem do kupy, powoli ruszyłem do domu. Jechałem powoli, może ze czterdzieści kilometrów na godzinę i wpatrywałem się w horyzont, na którym nadal tańczyły błyskawice. Migotały, skakały, tańczyły, jakby chciały mi zademonstrować swą moc. Wydawało mi się chwilami, że towarzyszące im pomruki, to nie grzmoty tłumione odległością, ale złowrogi głos który zwracał się do mnie: - Jeszcze się spotkamy….. Jeszcze się spotkamy przyjacielu…..
Po powrocie do domu nie miałem już siły dosłownie na nic. Sumiki trafiły do wanny w ilości sztuk czterdziestu sześciu, a ja tylko się powycierałem, ubrałem suche ciuchy i umarłem na tapczanie na całe dwanaście godzin. Kiedy wstałem, żoneczka oczywiście ochrzaniła mnie jak przystało dobrej gospodyni za to, że zapaskudziłem błotem i wodorostami pół chałupy, a mnie się nawet nie chciało tłumaczyć.
Opisuję tę przygodę z nadzieją, że jeśli już komuś z Was przypadnie w udziale podobne przeżycie, bo przecież nasze wędkarskie wypady obfitują w wybryki aury, to będziecie wiedzieć, co trzeba robić by ocalić zdrowie, a może i życie. Nie lekceważcie nigdy burzy. Unikajcie otwartych przestrzeni, pojedynczych drzew, nie bierzcie wędek do ręki. Najlepiej przeczekajcie burzę w samochodzie, bo stanowi on Tak zwaną ”klatkę Faraday’a” , wewnątrz której nic nam nie grozi. Nawet jeśli piorun trafi bezpośrednio w auto, ładunek elektryczny rozejdzie się po karoserii i po kilku, kilkunastu sekundach zaniknie. Jeśli będziecie podczas burzy w namiocie, pozostańcie w nim. Materac z gumy lub PVC, skutecznie ochroni Was przed skutkami porażenia. A w głębi serca, życzę Wam przyjaciele, by nigdy, ale to nigdy nie było Wam dane użyć opisanych przeze mnie sposobów ratunku. Połamcie kije! Niech moc będzie zawsze po Waszej (naszej) stronie.
Komentarze