Witam, pisze felietony na tak poważne tematy, to myślę sobie, że raz coś lekkiego dla odmiany nie zaszkodzi, ten felieton przeznaczam dla początkujących wędkarzy, ale stare wygi wędkarskie niech też poczytają i pozostawią swój komentarz. Rozpoczęliście wspaniałą przygodę-pasje waszego życia, wędkowanie nauczy was pokory i szacunku dla przyrody i innych ludzi (mam taką nadzieje), ale są wyjątki, o nich ten felieton. Jako młody wędkarz, ale z kilku letnim stażem, myślałem, że wszystko już wiem o łowieniu (fakt wyniki miałem niezłe), jeździło się pociągiem zwanym potocznie „Rybak”(zlikwidowany, bo ponoć był nie rentowny), w którym było 25-50 wędkarzy a nieraz więcej? Po 2-3 latach znałem prawie wszystkich i wiedziałem gdzie, kto wsiada i wysiada, i co najważniejsze wszelakie informacje, co gdzie brało, i na co, a wszystko w pociągu, który przez kilkadziesiąt minut był wędkarskim klubem.
Wsiadając na mojej stacji, zastanowiłem się gdzie jechać, na której stacji wysiąść, dwie stacje dalej wsiadał pan Franciszek (emerytowany kolejarz) człowiek o łagodnym usposobieniu i wysokiej kulturze osobistej, pan Franciszek namawiał mnie bym wysiadł z nim w Otmuchowie, ja jednak pojechałem dalej, do Wójcic, na ujście rzeki Nysy Kłodzkiej do jez.Nyskiego.Ryba brała słabo, małe sztuki, które puszczałem-nie było to „no kill, „ tylko moje wymiary ryb-zasada, którą stosuje do dziś i wam ją polecam. Wracając pociągiem, czekałem, aby pan Franciszek wsiadł do pociągu, jechałem w ostatnim wagonie (były to wagony piętrowe) pan Franciszek wsiadł do pierwszego i przemieszczał się w moją stronę. Do mojego wagonu wsiadł mój serdeczny kolega, który spytał, co złowiłem, odpowiedziałem zgodnie z prawdą, a on na to pokazał mi, plecak i torbę pięknych okazów ryb, aż mi dech zaparło, komentując, że kiepski ze mnie wędkarz!
Miedzy czasie doszedł pan Franciszek, który powiedział, że ryba nie brała, czyli to samo, co ja wiedziałem, serdeczny kolega odszedł w kierunku pierwszego wagonu. Rozmawiając z panem Franciszkiem dowiedziałem się, że był w rybaczówce (sklep przy gospodarstwach rybackich) i kupował sandacze na rocznice ślubu a mój kolega, też stał w kolejce i kupił te piękne okazy. Pociąg zatrzymał się na stacji pana Franciszka, który właśnie wysiadał, a ja wydarłem się na cały głos w wagonie, było to imię serdecznego kolegi, że zaraz go znajdę i mu ………………..wiecie, co? Niestety nie znalazłem drogiego kolegi, i na naszej stacji też nie wysiadł, po dwóch tygodniach dowiedziałem się, że wyskoczył z ruszającego pociągu i pobiegł na autobus podmiejski, a mój wrzask słyszała nawet żona pana Franciszka, która była (mieszkali na stacji kolejowej) w kuchni.
No cóż straciłem serdecznego kolegę, później się dowiedziałem, że wędki ma ze sobą jedynie dla pozoru, (że niby łowi sam) a naprawdę jeździ kupować ryby i handluje po ludziach. Ta historia nauczyła mnie patrzeć z przymrużeniem oka na-super wędkarzy, zawsze ich pytam ile wygrałeś zawodów wędkarskich, bo właśnie tam jest miejsce na rywalizacje, a nie upokarzanie innych wędkarzy, którzy tym dniu mieli mniej szczęścia, mają mniejsze umiejętności, lub siedzieli nad wodą dla relaksu, a wędka to tylko pretekst do pobytu na łonie natury. Pozdrawiam Wiesław Rykalski.
Komentarze