Reklama

Cud(o) nad Wisłą

05/12/2008 18:15
Aby, to niesamowite, zapierające dech w piersi zjawisko przeżyć, trzeba być nad Wisłą jeszcze przed świtem. Zanim się zacznie rozwidniać, to kilkanaście minut wcześniej ożyje cała rzeka, a wszyscy jej mieszkańcy, jak na komendę, rozkołyszą taflę wody i zacznie się ruch, jak w tokijskim metrze, w godzinach szczytu. Początkowo, jakby nieśmiałe pluśnięcia i coraz gęstsze oczkowania, nasilą się, aż nagle wybuchną i rzeka zacznie dosłownie kipieć. Potrwa to kwadrans, a potem, tak samo nagle, powraca cisza, którą przerwie jeszcze z rzadka jakieś spóźnione żyjątko…

Pakujemy się do łódki w pośpiechu, aby zdążyć dopłynąć na łowisko, zanim się to zacznie. Kiwak zręcznie wywija swoją 7,5-metrową pychówką i nie przeszkadza mu nawet podnosząca się mgła, która praktycznie do zera ogranicza widoczność. Wyjście ze stanicy jest bardzo ciasne, a niski stan wody sprawił, że musimy wprowadzić łajbę w wąski, na półtora metra tor kanału. Tylko tędy możemy wyjść z portu, nie urywając śruby i nie zagrzebując się w mule.

Wreszcie wychodzimy na otwartą wodę. Do przepłynięcia mamy raptem 300-400 metrów, ale to bardzo niebezpieczny odcinek rzeki, bo Wisła zmienia się praktycznie z dnia, na dzień. Tam, gdzie wczoraj był nurt, już mogło usypać przykosę i nawet taki kozak, jak Tomek, może się nadziać na jakieś przepływające drzewo, jak nie przymierzając Azja Tuhajbejowicz. Przez tydzień mogło się przecież wiele zmienić.

Piętnastokonne Suzuki wypchnęło łódkę w nurt rzeki pełną mocą, a Kiwak beztrosko przypala papierosa i grzebie jednocześnie przy torbie (nie, nie tej! w tej z echosondą). Coś zagaduje, ale nic nie słyszę, bo silnik hałasuje, jak cholera, a zresztą ciężko jest mi się skupić, bo jestem na pograniczu „pełnych gaci”.

Przed nami najgorsze: po ciemku musimy opłynąć pogłębiarkę, manewrując pomiędzy stalowymi linami, które kotwiczą refulery. Myślę, że nie na wiele by się zdały nasze pływające kombinezony, jakby tak człowiek wyrżnął glacą w taką linę. Kto by nas tam szukał we mgle?

Od kilku tygodni próbowaliśmy wytropić i przechytrzyć Wiślane sandacze. Nie zrażały nas mierne wyniki na początku sezonu i jak większość fanów tych ryb, oczekiwaliśmy z niecierpliwością "meldunków" z innych łowisk - czy aby ruszyły? W porównaniu z zeszłorocznym "eldorado" było...- nie było w ogóle porównania. Mizeria panie, oj mizeria. I straszna nerwówka. No tak, drobnica już zeszła, ale gdzie są podążające za nią smoki? No tak, ale przecież nie było jeszcze tych magicznych trzydniowych przymrozków. No właśnie! I tak w koło, aż do znudzenia.

Bo rok temu wyniki mieliśmy naprawdę imponujące: nałowiliśmy się ich, jak za przeproszeniem uklejek. Rekordowego dnia udało się nam pojmać 102! sztuki i nie było dla nas ważne, że przeważały podwymiarowe (średnia to 8 krótkich, na jednego wymiarowego), bo i tak praktycznie wszystkie wracały do wody, a my ćwiczyliśmy sobie do bólu i sprawdzaliśmy przynęty. Średnia to 20-30 sztuk na głowę dziennie, więc mieliśmy prawo się "rozjadowić".

Czekaliśmy tak i czekaliśmy, a "wysypu", jak nie było, tak nie ma. Tomek zwątpił już nawet w swoje "magiczne malowanki" i zaczął zabawiać się w emeryta, stawiając na pograniczu nurtu dwie gruntówki: filecik i mały żywczyk, ...do wyboru. Efekty miał zdecydowanie lepsze, niż ja z opadu, więc zacząłem główkować...skoro niemiluchy tu są i nie chcą współpracować, to muszę je poczęstować czymś naprawdę wyjątkowym. Nie, nie wyjąłem zza pazuchy zapomnianego cudeńka, które jak to w tego typu historiach bywa, rozwiązywało problem. Zabrałem pindle (i te własnoręcznie przerabiane gumki, i te klejone z kilku kilery - przekładańce, i te podrasowane inaczej...) i zawinąłem się do chałupy. "Popadłem w zadumę", jak mawiał nasz proboszcz, kiedy stracił wątek i nic mądrego nie przychodziło mu do głowy.

Niedzielę odpuściłem. Nie zwabiły mnie nad wodę telefony od Kiwaka, że chyba ruszyły, bo w pierwszym rzucie pojmał pięćdziesiątaka i dzwoniąc jeszcze dwukrotnie chwalił się, że ma już kilka na koncie. Poszedłem w zaparte i ściemniłem że żona zagoniła mnie do posprzątania sajgonu po wyczynach Bolo (niegodnego następcy mojego, nieodżałowanego Leona) i nie dam rady się wyrwać, nawet na chwilę. Siedziałem w chałupie, nadęty jak purchawa i wtedy "objawił" mi się śp.Rysio, który zwykł mawiać -"Pamiętaj, ...gamoniu, nie jest przecież tak, że to co się podoba tobie, musi się podobać rybie...".

Wskoczyłem w samochód i pojechałem do Leclerca, bo wiedziałem już czego mam szukać! Musi, to być paskuda, na którą nie chciałbym normalnie spojrzeć. Musi mnie po prostu porazić! Chodziłem tak sobie po stoisku, jak nie przymierzając filatelista zwiedzający wystawę, aż wreszcie znalazłem. Znalazłem, ale nie kupiłem, bo przypomniałem sobie, że mam to "cudo", a nawet kilka, już w domu. Parę lat temu żona z synem obdarowali mnie całym pudełkiem tych wynalazków. Bardzo się wtedy "ucieszyłem" i jak tylko zostałem sam, to schowałem to wszystko najgłębiej, jak mogłem. Bo co baba i laik (zapowiadał się chłopaczyna nieźle, ale tatusiowi zabrakło cierpliwości i jak synek dostał parę razy po łbie wędką, to sobie odpuścił...) mogą wiedzieć o wędkowaniu. Nic tylko sprzedawca naciągnął ich na zakupy i pozbył się zalegających "zbuków". Ze dwa razy zapytali mnie udając zainteresowanie, jak tam postępy i czy aby dobrze sprawdzają się te przynęty.

-"...przecież nie jestem taki głupi, żeby tak bez sensu pourywać zaraz, tak szlachetną "biżuterię" " odpowiedziałem przebiegle i już nigdy więcej nie dostałem nic ze sprzętu.

Natchnięty wiarą, dozbrojony wynalazkami zameldowałem się w sobotę w "Sumie" i wypłynęliśmy. Zanim Kiwak postawił swoje gruntówki, ja dowiązałem kilera i szybko do wody. Jakiż byłem naiwny, że on zajęty zbrojeniem wędek, nie zauważy "cudaka" na końcu zestawu. -"A ciebie, co pogięło? Czy masz zamiar mi tu ryby płoszyć?"

-"(..) yyy ..cicho, cicho, ja będę ci te ryby naganiał". Nie zdążyłem dokończyć zdania i już miałem uderzenie. Jest pierwszy cwaniaczek, i to pięćdziesiątak - uczciwie, do dzioba. Następny dostał w podbródek i był niewiele mniejszy. W kolejnych pięciu rzutach złapałem jeszcze dwa, oba wymiarowe. Tomek zero. Następnie obaj przezbroiliśmy wędki i zaczęliśmy ćwiczyć z opadu. Pół godziny - bez kontaktu! -" Pewnie odpłynęły..." zasępił się Kiwak, a ja właśnie wjechałem w zaczep i nawet ucieszyłem się, że nie dało się odstrzelić. -"..chcesz, to "coś" ? " zaproponowałem nieśmiało, bo znam Gada już parę lat i wiem doskonale, jaki jest uparty. -" No to daj ". I wtedy się zaczęło!!!

Głuszyliśmy je niemiłosiernie, jak przed rokiem, a może i jeszcze lepiej...(...) i wtedy nadszedł ON - pierdolec. Bo zamiast cieszyć się z sukcesu, załamałem się. Ale dlaczego to właśnie tak? To takie niesprawiedliwe! O matko, perke? Przecież nic mnie w życiu, tak nie rajcowało, jak zdzielenie w dziób "przebieglaczka". To wyczekiwanie, trafienie w tempo i satysfakcję, mogę porównać tylko do strzała w dekiel i chwilowo załączającego się gadulca, po pierwszym, uczciwym gulu browara. Browarowa euforia mija już po następnym, a satysfakcję po trafnym zacięciu mogłem przeżywać po wielokroć i to jednego dnia. Smutek tym większy, że jako trzeźwy alkoholik, walczę teraz, jak mawiała moja śp. Matka : " z kurestwem i pijaństwem". Bo tak, jak ja, zacinając sandała w opadzie musieli się czuć rewolwerowcy, pierwsi dobywający broni. I co teraz? Czyżby to rewolucja? Czy ja, biedny, o nieszczęśliwy!!! już do końca życia będę szurał po dnie tą brzydką, powyginaną, nieszczęsną, seledynową wahadłówką ROBINSON i nie zaznam już skutecznego opadu....???





Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama