Minęło na pewno już 50 lat do momentu, kiedy pierwszy raz łowiłem ryby na wędkę. Mieszkałem w Poznaniu w urokliwej dzielnicy zwanej, Sołaczem. Jest tam obecnie liczący ponad 100 lat park z dwoma stawami. Wraz z rówieśnikami skombinowaliśmy jakąś wędkę. Kij leszczynowy, kawałek żyłki, na której można by było wieszać pranie, spławik z korka od jakiejś butelki, za antenkę służyła zapałka no i haczyk. Najczęściej łowiliśmy na wlocie Bogdanki do pierwszego stawu. Oczywiście trzeba było zachować szczególne środki ostrożności, a mianowicie rozstawić czujki, bo w tamtych latach alejkami parkowymi przechadzał się stróż pilnujący porządku. W razie alarmu odkładało się wędkę w krzaki i przystępowało do jakiejś zabawy. Jak tylko niebezpieczeństwo minęło przystępowaliśmy do dalszego łowienia. Łowiliśmy po kolei. Brały przeważnie płotki. Połowem dzieliliśmy się sprawiedliwie.
W okresie letnich wakacji wyjeżdżałem do rodziny na południe Wielkopolski. Wieś malowniczo położona wśród pól i lasów. Na miejsce nie dojeżdżał żaden środek komunikacji zbiorowej. Od przystanku autobusowego dzieliło tą wioskę 11 km, które pokonywało się pieszo, furmanką lub rowerem. Do Prosny było 15 minut pieszej wędrówki. Prosna dzika, nieuregulowana. Taka jest do dnia dzisiejszego. Uregulowania doczekała się jakieś 1 km w dół rzeki. Obok Prosny były małe oczka wodne, które w momencie wystąpienia powodzi uzupełniane były świeżymi rybami. Właśnie na te oczka chodziłem na ryby mając wędkę pożyczoną od miejscowego wędkarza. Wędzisko było zbudowane z dwóch gatunków drzewa. Szczytówka była na pewno z leszczyny. Połączenie ich zrobione było poprzez ścięcie obu końców pod kątem i ciasno owiniętego drutu.
Tulejek mosiężnych tam nie stosowano. Jak ktoś zjawił się z bambusem i jeszcze z jakimś kołowrotkiem to był „gość”. Jaką satysfakcję miałem, gdy to ja byłem lepszy od takiego z bambusem. Łowiło się płotki i liny. Czasem z Prosny podebrało się z zastawionej przez kogoś miejscowego pułapki węgorza lub bolenia. Tak było przez kilka lat moich wakacji szkolnych. Upłynęło ładnych kilka lat bez wędkowania. W połowie lat 80-tych ub.w. (jak to brzmi?) byłem z rodziną na urlopie w Zbąszyniu. Byli tam też koledzy, którzy wędkowali. Wypływali łodzią na jezioro. Prosiłem ich by mnie, choć raz zabrali ze sobą bym mógł potrzymać w ręce wędkę. Oni przynosili mi złowione ryby, a na wyprawę nie zabrali. Pech sprawił, że któregoś dnia łowili tam gdzie nie wolno i stali się „gwiazdami” programy ogólnopolskiego TVP.
Właśnie wtedy w Zbąszyniu postanowiłem wstąpić, do PZW, zaopatrzyć się we własny sprzęt i nie być skazany na czyjąś przychylność. Tak też się stało i następnego roku, co prawda, jako kandydat łowiłem. Nie mam jakiś tam rekordów, ale jeżdżę na ryby a nie po ryby. W 2008 roku udało mi się zając pierwszy raz 1 miejsce w zawodach o największą rybę, a rok wcześniej przyczyniłem się do zajęcia przez drużynę 1 miejsca w zawodach Rejonu do jakiego należy nasze Koło.
Komentarze