Na żaden dzień w roku nie czekam tak, jak na pierwszego czerwca. W dzieciństwie czekałem na należne mi wówczas prezenty. Dzisiaj, podczas najdłuższych dni w roku wyczekuję na to, co sprezentuje mi woda, choć z biegiem lat nic nie pozostawiam przypadkowi i wiem, że na każdy sukces muszę ciężko zapracować. Zadanie mam nie byle jakie, bo chodzi o przechytrzenie najbardziej chimerycznego drapieżnika polskich wód – sandacza. Ryby, o której krąży wiele legend i mitów. Nie mam zamiaru podważać. Mogę natomiast, co nieco napisać o tym jak radzę sobie z jej chimerami.
Od kilku lat sezon sandaczowy rozpoczynam nad zbiornikiem Chańcza, którego lata świetności już minęły. Po upuszczeniu wody – kilka lat temu – i rzezi jaka dokonała się na rybach pozostałych w korycie zbiornik ten stracił na popularności. Przeciętna presja wędkarska w weekendy, a w tygodniu niewielka, pozwala w miarę swobodnie pływać po sandaczowych metach. Kiedyś łowiono tu po kilka sandaczy dziennie. Dzisiaj jedno pstryknięcie pozwala powiedzieć, że „coś się działo”.
W czerwcu na Chańczy omijam najgłębsze miejsca przy tamie. Zazwyczaj obławiam natomiast górki schodzące z około 3 do 5 metrów głębokości. W przypadku tego łowiska lekkie obstukiwanie dna kompletnie mi się nie sprawdzało. Z początkiem czerwca sandacze lubiły mocne uderzenia o dno/kamienie/zawady, więc łowię często dość „ciężkim” zestawem w stosunku do głębokości wody. W następstwie takich działań i kij musi być solidny, więc korzystam z Robinson Diaflex Zander Spinn 2,40 m, o ciężarze wyrzutowym 10-35 g. Od tego roku korzystam również z kołowrotka Robinson Aztec FD 308, na który nawinąłem plecionkę Phantom SpinP 0,12 mm w kolorze żółtym. Zestaw, który bardzo lubię, pomimo że Aztec przy dużym wietrze nieco szumi, co prawdopodobnie spowodowane jest charakterystycznymi wcięciami na szpuli.
Zakres przynęt, jak na sandacza przystało składa się z arsenału różnych gum, kogutów, mandul. W dalszej części artykułu przedstawię kilka najskuteczniejszych.
Sandacz wytrarł się w tym roku stosunkowo wcześnie, nie szukałem go wśród zatopionych drzew i krzaków. Liczyłem, że z głębokich pełnych zawad miejsc będzie wychodził za drobnicą w płytsze rejony, choć i w tych znajdują się zatopione drzewa i krzaki ułatwiające mu czatowanie na swoje ofiary. Ustawiałem się zawsze pod kątem do rantów, tak by jak najdłużej prowadzić przynętę wzdłuż krawędzi, pomiędzy płytszą a głębszą wodą. Na echosondzie widziałem drapieżniki ustawione właśnie na szczycie, zaraz przed spadkiem. Pływałem z kolegą Arturem a w takim łowieniu najlepiej sprawdziły nam się dwie gumy – 10 cm Piglet Shad Strike Pro oraz 10 cm Longinus Robinsona. Łowiliśmy na 12, 14 i 18 gramowych główkach Titanium, których ostre haki i mocne kolanka sprawdzają się w zacinaniu twardych sandaczowych pysków. Pierwszego czerwca Artur na rancie trafił na Longinusa sandaczyka 55 cm. Dosłownie trzy rzuty dalej, niemal pod samą łódką, zanotowałem potężne kopnięcie i wyholowałem sandacza ponad 70 cm na 10 cm Pigleta. Tutaj wychodzi za co lubię Diaflexa – wcięty sandacz nie spada. Wędka jest na tyle sztywna, że niezależnie od odległości przebija kość pyska. Podczas holu składa się w parabolę i amortyzuje odjazdy. Jedyne do czego musiałem się przyzwyczaić to za długi, przewężony dolnik, wystający poza łokieć, choć to już kwestia indywidualnych preferencji.
Jest jeszcze jedna kwestia, którą muszę poruszyć – Diaflex pięknie się ładuje już przy 12-gramowych główkach i pozwala oddać bardzo dalekie rzuty. Przy tym to kij z niezwykłą czułością dzięki rękojeści z High Carbonu, bardzo szybki o czym przekonałem się drugiego dnia pływania po Chańczy. Obławialiśmy z Arturem podwodne górki, gdzie występują niewielkie, maksymalnie 30-40 centymetrowe wahania głębokości. Przy samej łódce w jednym z ostatnich podbić koguta poczułem delikatnie pstryknięcie na 12-gramowej główce. Zaciąłem bardzo niemrawo, myśląc, że to jeden z zatopionych konarów. Jak się okazało trafiłem sandacza 65 cm i duża rola w tym właśnie parametrów Diaflexa. Kiedy łowiłem innymi kijami wielokrotnie brania spod łódki były nie do zacięcia lub kończyły się spadami. Utwierdza mnie w tym przekonaniu fakt, że godzinę później, w tym samym miejscu, Artur miał identyczne branie, zakończone atomowym wcięciem i spadkiem ryby. Jego kij jest lżejszy, niż mój DIAFLEX, ale przy zacięciu zbyt szybko wchodzi w parabolę i nie pozwala dociąć ryby. Współczynnik sztywności DIAFLEXA (85 mln PSI) daje w tym przypadku przewagę nad innymi sandaczowymi wędkami.
I jeszcze słowo kończące. W czerwcu pływaliśmy po Chańczy kilka razy. W jednych dniach mieliśmy piękną pogodę, a dzień później przyszło jej załamanie i na zbiorniku rozpętał się niemały sztorm. Po przejściu ulewy dzięki odzieży membranowej o wysokiej wodoodporności wynoszącej 5000 mm mogłem swobodnie łowić dalej. Niewiele osób wie, że sztab Robinsona pracujący nad ubraniami TECH WEAR tworzy odzież w konkurencyjnych cenach o bardzo wysokiej jakości. Warto zapoznać się z tym tematem zważywszy, że kwestia naszego zdrowia jest fundamentalna dla realizacji naszej największej pasji. Każdemu łowcy mętnookich życzę w tym roku atomowych pstryknięć!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze