Reklama

Dawne wędkowanie slow.

04/12/2018 00:00

Dzisiejszy świat przyśpieszył bardzo mocno. Nam urodzonym w głębi wieku XX przypomina się dawny slow. Niestety ma to również wpływ na nasze hobby. Kiedyś wyprawa zaczynała się w głowie . Był pomysł gdzie jechać. Dziś początek jest taki sam zaczynamy od pomysłu gdzie jechać? Jednak dalej jest już inaczej. Nie mówię , że lepiej czy gorzej ale na pewno inaczej. Pierwsza sprawa to żywe przynęty. Dziś idziemy do sklepu i kupujemy białe, czerwone czy inną kukurydzę. Dawniej w Koszalinie bo takie są moje doświadczenia wędkarze spotykali się na „klarowni” czyli oczyszczalni ścieków. Tam przy wspólnym „kopaniu” robaków rodziły się znajomości i zaczynała się swoista giełda gdzie bierze, kto co złowił i na co brało? Dziś łapiemy plastikowe pudełeczko czerwonych i wypad ze sklepu bo goni nas czas. Niestety te pudełka w dużej części zostają potem nad naszymi pięknymi wodami. Nawet najbardziej dzikie bagna nadrzeczne kryją sterty tych plastikowych „cudeniek”. Są lekkie, czy tak ciężko zawieźć je do domu i wyrzucić do segregowanych śmieci? Czasem takie kopanie to był duży wydatek czasu bo jak się jechało na kilka dni to te wiaderko trzeba było uszargać. Mam też dziwne przeświadczenie graniczące z pewnością, że te robaki były jednak lepsze od tych hodowlanych dendroben i innych wynalazków. Były na pewno ruchliwsze i bardziej odporne na złamania co sprawiało, że były bardziej łowne. Ciekawe czy starsi wędkarze też mają podobne odczucia. Oczywiście nikt dziś nie zabrania kopać sobie robaków na „ klarowni „ po staremu jednak szybkość życia, a może też lenistwo sprawia że wolimy te gorsze ze sklepu. Choć wolnościowiec i liberał powie że kupując robaki dajemy pracę i zarobek hodowcom i ich pracownikom więc wszystko jest w porządku i wszyscy powinni być zadowoleni. Jednak nostalgia pozostaje. Chociaż z drugiej strony jacyś nowocześni „zieloni” mogą zakazać samodzielnego „kopania” robaków. Dzisiejszy świat nie takie rzeczy widział.
Inna sprawa to dojazd. Kiedyś jeździliśmy rowerem (jak ktoś miał blisko to szedł pieszo), często PKS-em lub pociągiem. Tylko mocarze mieli własne auto. Czasem podrzucił znajomy lub ciężarówka na „łebka”. Dziś podstawa to auto. Jest ich dużo i bardzo nam ułatwiają kontakt nawet z najdalszym łowiskiem. Więc jest sprawniej , wygodniej i szybciej. No niestety niektóre łowiska płacą za to ogromną presją wielu wędkarzy. Skraca się czas dojazdu i mamy więcej czasu na własne hobby.
Z tym , że wyprawa pociągiem lub autobusem była często kopalnią nowych znajomości i wiedzy o nowych łowiskach. Wszak wiedza szeptana jest najlepszą reklamą, czyż nie? Oczywiście jakiś internauta powie „Kto ci broni jechać autobusem lub pociągiem”. To prawda tylko, że wielu połączeń które istniały dawniej już nie ma. Pamiętam, że w latach osiemdziesiątych XX w. jeździliśmy często z Koszalina w okolice Sępólna Wielkiego na jeziora się tam znajdujące. Jechał tam tylko jeden autobus bezpośredni o 14,30 z Koszalina. Jeśli się na niego załapałeś to jeszcze tylko 3 km z buta i byłeś na miejscu. Tak , że o porannym łowieniu nie było mowy , zostawał tylko wieczór lub nocka i weekend. Dla młodzieży weekend wtedy to sobota po lekcjach i niedziela jak zwykle. Przypomnę , że wolne soboty z których dziś korzystamy to jeden z 21 postulatów Solidarności z roku 1980. Jeśli człowiek nie załapał się na ten autobus to musiał wysiadać z innego na krzyżówce Sępólno Małe – Biały Bór i dawać z kapciuszka jakieś 7-8 km zależnie na które łowiska się wybierał. Miało to swoje plusy oprócz oczywistych minusów (czas, zmęczenie itd.). Ludzi to na tych łowiskach prawie w ogóle nie było. Czasem jakiś tubylec, ale raczej też rzadko. W uszach aż piszczało od ciszy. Ryb mimo kłusownictwa (szczególnie około komunijnego) było też jakby więcej. Dziś wkurzamy się, że nie wolno nam wjechać nad samą wodą autem. Też mnie to czasem wkurza, ale jednak gdyby nie to to byśmy te łowiska całkiem rozjechali. Choć mój przyjaciel mówi, że nad każde jezioro wędkarz , który ma kartę wędkarską i zezwolenie na połów powinien móc dojechać. Oczywiście bez prawa rozbijania namiotu i palenia ognia. Bo mówi, po co komu zezwolenie na łowisko nad które nie można dojechać. Jak rzecze klasyk to „oczywista oczywistość” jednak nie w naszym kraju. Może prezes PZW pogadał by o tym z Lasami Państwowymi?
W latach 70 XX w. często jeździło się na rybki rowerami. Jak to w minionym ustroju ja już byłem po lekcjach, a Ojciec musiał się troszkę urwać z pracy. Wtedy to było możliwe (dlatego ustrój padł ) i około 14 .30 latem wyjeżdżaliśmy z ulicy Chopina w Koszalinie biorąc kurs na rzekę Dzierżencinkę koło Bonina , ale od strony Dzierżęcina. By nie jechać o suchym pysku zatrzymywaliśmy się w słynnej „mordowni” o nazwie Dzik na skrzyżowaniu ulic Traugutta i Zwycięstwa. Dziwne jest to , że stawialiśmy rowery przed knajpą i nie pamiętam by im się kiedykolwiek coś stało. Nie miałem wtedy nawet pojęcia , że istnieją specjalne łańcuchy zabezpieczające rower przed kradzieżą. W knajpie wtryniało się coś najtańszego w atmosferze spelunki z tanim piwem i hajda przez Lubiatowo nad Dzierżęcinkę. Tam łowiło się do wieczora płotki, okonki, leszczyki czasem szczupaczki i węgorze i wracało się do chaty. Ze spaniem to wtedy człowiek nie miał kłopotów, gorzej z odrobieniem lekcji. Choć dziwna rzecz wtedy jakby nauczyciele nie zadawali aż tyle do domu zrzucając na barki uczniów i rodziców swoją pracę.
W niedzielę zdarzał się wyjazd dłuższy na przykład nad Rosnowo w okolice tak zwanych „budek”. No to już było z 35 km w obie strony i musiało trwać cały dzień. Też nie pamiętam bym jakoś przesadnie pilnował roweru. Nawet więcej nikt si ę tym wcale nie przejmował i też nigdy nic nie zginęło. Co innego w latach 90 tych XX w. To już, a to wędkę ukradli w Mostowie, a to siatkę pełną ryb jak się człowiek poszedł odlać do lasu nad Rekowem (Niceminem), a to wybili szybkę w „maluchu” i ukradli gumofilce nad tym samym Rekowem. Wiadomo Balcerowiczowski plan gospodarczy wyrzucił poza nawias wiele osób (niestety). A jakoś żyć trzeba. Smacznego drogi „znalazco” moich rzeczy.
Dziś boimy się z kolei np. o samochód. Czasem może zginąć albo choć ktoś porysuje na złość miastowym. Tu mam ciekawą historię . Jak jeszcze w latach 1995-2010 dzierżawiłem jezioro to każdego roku włamywano nam się do baraku nad jeziorem i zabierano co tam było w środku. Więc , któregoś roku zostawiliśmy pusty barak z otwartymi drzwiami by nikt ich nie wyłamał a i przed deszczem będzie się mógł skryć. Nie doceniliśmy rodaków. Jak nic nie można ukraść to chociaż jakiś sympatyczny obywatel zrobił wielką kupę na samym środku baraku. Trudno czasem bywa i tak.
To nie jedyne różnice, ale może internauci coś dorzucą . Co kilka głów to nie jedna.

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama