Piątkowy wieczór. Niebo za oknami zasnute chmurami. W powietrzu czuć wilgoć. Mżawka delikatnie osiada na ostatnich ubranych w listki gałązkach drzew, czekających nadejścia białej królowej. Niedawno skończyłem pracę. Siadam przy stole. Odpalam komputer. Niespiesznie wbijam się na stronę pogodynki. Wpisuję Goeteborg… i mój dobry nastrój pryska. Wiatr 6-9 metrów na sekundę, chmury, deszcz. To może być ciężkie zapoznanie z łowiskami Szwecji… Jutro razem z Kamilem mamy lecieć na dwa i pół dnia łowienia w tym pięknym kraju. Powoli dopijam kawę i biorę się za pakowanie. Trzy i pół godziny przekładam woblerki, gumki, blaszki z pudełek do pudełek. Odchudzam masę, w końcu do samolotu mogę zabrać tylko 20 kg bagażu… Jest już po północy, a ja dopiero wyselekcjonowałem przynęty. Nieźle. Na dzisiaj starczy. Ciuch spakuję jutro, one są zdecydowanie mniej ważne niż zawartość pudełek.
8 listopad 08 Jest po siódmej rano. Wstaję z łóżka. Budzę syna. Zjadamy śniadanie i szybko w samochód. Obiecałem kupić mu kurtkę przed wyjazdem… Po śniadaniu wskakujemy w samochód i jedziemy do mojego ulubionego sklepu… wędkarskiego. Razem z Kamilem wybraliśmy w nim prezent dla naszego gospodarza w Szwecji. To fantastyczny, mocny, firmowy kij. Spodoba mu się. Po drodze po wędkę, kupuję synowi kurtkę. Taką, jaką chciał. I jak tu nie mówić o szczęściu. Po 11.00 ląduję w domu. Teraz zaczynam pakowanie… Trzy podkoszulki, bielizna, jakaś kurtka i najważniejsze, zapakowanie wędek do samolotu. Kamil podrzucił mi swoje kije, wraz z tubami. Pakuję wędki do tub. Mamy razem cztery tuby. Składam je razem, owijając szczelnie grubą warstwą foli z bąbelkami. Wygląda to jak niezły karabin, jest już prawie pierwsza.
Jestem spakowany. Piję kawę i tak ucieka kolejne trzy kwadranse. Kamil przyjeżdża ze swoim tatą i gnamy Seatem na Etiudę… Meldujemy się punktualnie na lotnisku. Ważenie bagaży, dopłaty, potem kolejka do nadania walizek na lot. Plecak Kamila przejeżdża przez „pudło” do prześwietlania bagażu. Obserwujemy celnika - mina jego twarzy zdradziła ruch, który wykonał po chwili. Plecak się zatrzymuje i cofa, do przodu i cofa, a przesympatyczny Pan patrzy na nas ze zdziwieniem. Krótkie hasło Kamila o rybach i wszystkie bagaże jadą dalej. Trochę było (u)śmiechu…
Siedzimy w fotelach. Silniki pracują. Nagle hałas się wzmaga, a nas wciska w fotele. Po chwili szybujemy już wysoko nad naszą Warszawą. Mija godzina lotu. Zaczynamy podchodzić do lądowania. Szum dochodzący z kół utwierdza nas w przekonaniu o powrocie na ziemię. Odbieramy bagaże i … Szwecjo- witaj. Z lotniska odbiera nas mój brat- Adam. Adaś mieszka tam od siedemnastu lat. Jedziemy z Goeteborga do jego mieszkania, w Boras. Podróż trwa około godziny. Stajemy w centrum miasta gdzie Adaś oznajmia, że zaprasza nas na obiad. Wchodzimy do knajpki. Chudy skośnooki nawija coś po Szwedzku do Adasia. Chyba się dogadali, bo po chwili siedzimy przy stoliku. Na początek wjeżdża fantastyczna przystawka. Kawałek kurczaka w sosie migdałowym (mniam) i coś w rodzaju sajgonki w sosie z domieszką chili. Zapowiada się nieźle… Adam tłumaczy nam, że możemy jeść do bólu. Każdy wybiera sobie surowe składniki (potrawy), z których kucharze (też skośnoocy) na jego oczach Tworzą dania… Oj pojedliśmy. Kalmary, ośmiorniczki, krewetki, kurczaczek, wołowinka i mnóstwo innych pyszności osiadło na dnie naszych żołądków. Oj… przesadziłem trochę z ilością. Potem lody z polewą, kawa i śmigamy Fordem Galaxy do domu, poznać plany na jutro.
W domu rozpakowujemy na początku kije… Adaś jest zachwycony prezentem. Zaraz na stole lądują kieliszki, a w nich fantastyczna, gęsta, pięćdziesięciowoltowa, dobrze schłodzona mikstura, rodem z Finlandii. Po 2 kieliszki i torby rozpakowane. W międzyczasie zagląda jeszcze szwagier Adasia. Ten pije tylko polski złocisty napój. Na stole ląduje butelka Maximusa z naszego Okęcia, po wcześniejszym schłodzeniu. Wypijamy jeszcze po dwa kieliszki. Dawno minęła północ. Zmęczenie bierze nad nami górę. Padamy do łóżek…
9 listopad 08
Szósta rano. Budzikom śmierć, ale nie dziś. Szybkie śniadanie i objuczeni walimy do Galaxego. Trzydzieści pięć minut jazdy i wysiadamy nad bajkowo położonym jeziorem. Wszędzie skały. Niektóre wystają nawet z wody. Woda kryształowa. Widok jak w najpiękniejszym śnie. Pędzimy na cypelek, na którym stoi łódź. Pod kilkunastu minutach walki udaje nam się zepchnąć ją z mielizny, na której utknęła wskutek spadku poziomu wody. Niestety jak się okazuje, mamy pierwszy duży problem. Sonar od echosondy strzelił przy spychaniu łodzi. Pływamy dziś na ślepo..
Po zmontowaniu sprzętu, i zajęciu miejsc silnik odpala. Startujemy. Kilka minut i stajemy w pierwszym miejscu. Jest głęboko. Kamil łowi pierwszego okonia na siedmiocentymetrowe kopyto. Ja po kilku rzutach też mam dwudziestaka piątaka na dziewięciocentymetrowego okonka, na główce około 20 gramów. Dalej cisza. Podchodzimy do brzegu. [url=http://wedkuje.pl/jak,przynety-sztuczne,9383]Przynęty[/url] grzęzną w skalnych zaczepach. Tak to jest, jak się pływa bez echosondy. Każdy ma puknięcia, ale nie możemy nic zaciąć. Tak minęła pierwsza godzina łowienia i jeszcze kilkanaście minut drugiej. Wiatr przybiera na sile. Pierwsze kropelki deszczu odbijają się od lustra wody.
Adaś mówi, siadać zmieniamy miejsce. Płyniemy kilkanaście minut w drugą część jeziora. Wiatr coraz mocniejszy, krople wody rozbryzgują się o dziób łodzi. Stajemy. Kotwica rzucona. Kilka rzutów i mam na obrotówkę nr 5 uderzenie. Jest, pierwszy szczupły. Kamil z za pleców informuje, że też ma szczupłego. Robimy wspólne zdjęcia. W czasie sesji fotograficznej zniosło nas w stronę skał, szybko odpalamy silnik. Wiatr jest coraz silniejszy. Stajemy za cyplem. Czuję, że prowadzę przynętę na delikatnym uskoku skalnym. W krótkim czasie wyjmuję dwa kolejna sześćdziesiątaki. Adam też ma jednego. Kolejne przepakowanie, bo i tu mało nie wgniotło nas w skały. Po kilku minutach krótka decyzja - uciekamy przed wiatrem pod drugi brzeg. Tu też wieje, ale kotwica jeszcze na trzyma. Mam sporą rybę na kiju na wielkiego woblera. Wchodzi w zaczep i koniec… łowimy tak sobie kilka minut. Nagle Kamil ma delikatne puknięcie. Odruchowe zacięcie i wędka gnie się coraz mocniej. Po kilku, może kilkunastu minutach i sesji fotograficznej (hol), szczupak ląduje w łodzi. Teraz kolejna sesja i ryba wraca do wody. No to Kamil ma swój nowy rekord.
Szczupak mierzył 91 cm. Piękna rybka. Łowimy jeszcze z dryfu, ale łódka dryfuje tak, jakby napędzał ją silnik - taki 3-4 konie. Minęła dwunasta. Jesteśmy na wodzie ponad trzy godziny. Sześć wyjętych szczupaków i dwa okonki. Gdyby nie ta pogoda - byłoby super. Zaczyna padać na dobre. Startujemy. Płyniemy w zatoczkę, w której nie powinno wiać. Nic bardziej mylnego. Halny i deszcz przybierają na sile. Kotwica nie jest nas w stanie utrzymać. Deszcz zaczyna padać. Niestety już w POZIOMIE. Dobijamy do pomostu przy pięknej skale, pod którą możemy się schować. Pijemy kawę, jemy śniadanie (chyba drugie…), Pogoda nie ma zamiaru się poprawić. Łowimy jeszcze później w strugach deszczu. Niestety, poza kilkoma muśnięciami przynęt, ryby odmawiają współpracy. Około czwartej jesteśmy na brzegu z wypakowanym sprzętem. Zmarznięci, przemoknięci, trzęsący się, ale SZCZĘŚLIWI. Tu jest naprawdę pięknie… Pakujemy się do Vana i do domu. Szybka obiadokolacja, wspomnienia, skończona wczorajsza butelka i około dziesiątej, po prognozie pogody, padamy na pysk. Zasypiamy…
10 listopad 08
Minęła ósma. Zwlekamy się z łóżek. Koło dziewiątej jesteśmy po śniadaniu. Adaś urwał się z pracy i jest przed dziesiątą w domu. Dziś mamy zamiar jechać na małe jezioro, na którym są tęczaki i szczupale. Za oknem strugi deszczu. Drzewa odarte z liści chylą się pod naporem silnego wiatru. Aż strach pomyśleć, co dzieje się na zewnątrz. Srawdzamy czy ciuchy wyschły, na szczęście tak, choć nie wiem czy to takie szczęście. Około dziesiątej czterdzieści idziemy do auta. Już jesteśmy mokrzy. Kilkanaście minut jazdy przynosi nasilający się deszcz. Po deszczu zaczyna się burza. Burza w listopadzie - chore.
Nagle w samochód zaczyna mocniej coś stukać… To kule gradu walą w nas jak wściekłe przed samym łowiskiem. Jak by mówiły. Po co tu jesteście. Wracać!!! Ale my jesteśmy twardzi. Wysiadamy w strugach deszczu po zezwolenia. Pani w barze patrzy na nas jak na wariatów, Oczywiście, bez sprzeciwu wypisuje nam to, po co przyszliśmy…
Zjezdżamy nad wodę. Rozwijamy kije i rozczarowanie. W zasięgu rzutu dość płytko. Halny miota przynętą w locie tam gdzie chce. Mamy pojedyncze puknięcia. Bez zacięcia. Krótka decyzja – pożyczmy łódkę i spróbujemy dalej od brzegu. Kamil zapina jakąś rybę, ale po kilku metrach ryba schodzi. Ogólnie- kibel. Cali mokrzy i zziębnięci stajemy jeszcze na płytkiej wodzie. Na wobka, Kamil zapina rybę, Niestety znowu schodzi, ale jak ktoś ma fart, to ma. Po chwili mam okazję zrobić kilka kiepskich fotek w czasie holu tęczaka. Ryba w końcu została pokonana. Kamil ma kolejny rekord. Tęczak 42 cm i około kilograma wagi. Będę mięsiarzem i przyrządzę go na kolację. Zmoknięci, mokrzy, trzęsący się wszystkimi częściami ciała pakujemy się i wsiadamy do samochodu. Adam wiezie nas nad trzecie jezioro, na którym jutro połowimy sami. Po pół godzinie jesteśmy. W drodze powrotnej zatrzymujemy się na stacji Jeta po zezwolenia na ostatni dzień połowów…
Wracamy do domu. Czeka na nas pyszny obiadek. Wróciła rodzina Adasia i będzie nas dziś więcej. Zgodnie z obietnicą przyrządzam [url=http://wedkuje.pl/ryby,pstrąg,9378]pstrąga[/url]. Po czterdziestu minutach w piekarniku jest gotowy. Siadamy we trzech, a z nami Dorotka - żona Adama. Zaczynamy jedzonko. Mina Doroty zdradziła to, że ryba była naprawdę smaczna. Miny moich kompanów były największym komplementem smaku ryby. Szkoda, że tak mało…. Wieczór jak wieczór. Fajny, rodzinny i znowu za krótki.
11 listopad 08
Po szóstej wstajemy z łóżek. Gorąca kawa, śniadanie… Dochodzi siódma. Wędy w dłoń i do auta. Odpalam Forda i w drogę. Przed ósmą dojeżdżamy nad wodę. Dziś łowimy z brzegu. To jezioro jest równie malownicze jak to, na którym łowiliśmy pierwszego dnia. Mamy przed sobą trzy i pół godziny biczowania. Dziś pogoda jest bardziej łaskawa. Niebo ma kolor ołowiu, ale poza delikatnym wiatrem i wilgocią nic nie pada. Spinningujemy przez ponad dwie godziny. Bez kontaktu z rybą. W oddali słyszę krzyk Kamila. Widzę jak biegnie do mnie z pięknym pstrągiem. No cóż, trzeci dzień, trzeci rekord. Tęczak 54 cm. W tym samym miejscu łowi jeszcze jednego. Podchodzę cichutko za jego plecy. Stoi w krzakach. Aby rzucić wobkiem wykonuje cyrkowe akrobacje między gałęziami krzaków. Na wodzie pojedyncze suche trzcinki... Kamil prowadzi między nimi wobka. Buch i siedzi... spadł. Pięć innych schodzi mu z kija. Ja jestem bez kontaktu. Tak widać było mi pisane.
O w pół do dwunastej zwijamy się. To już koniec naszej szwedzkiej przygody. Wracamy do domu, aby skończyć pakowanie i zdążyć na samolot. W domu przyprawiam pstrąga i wstawiam go do piekarnika. Zdążymy jeszcze zjeść rybkę przed wyjazdem. Mimo fatalnej pogody oraz deszczu, który momentami padał w poziomie, jestem szczęśliwy. To był naprawdę fantastyczny wyjazd. Obiecałem sobie, że w przyszłym roku zajrzę tu, na co najmniej tydzień. Dzień będzie dłuższy, a pogoda, wierzę, że bardziej łaskawa. Wtedy ja pobiję swoje rekordy... Zakochałem się w tym miejscu. Polecam każdemu taki wyjazd. Szwecja jest naprawdę pięknym krajem, a jeziora…. Nie opisze ich nikt. To prawdziwe perełki dla oka. A ryby… Ryby niech czekają - wrócę…
Komentarze