Byliśmy nad wodą bardzo wcześnie. Nasza poprzednia "miejscówka" została zajęta - jak się okazało szczęśliwie. Opadła woda, a to oznaczało, że łowilibyśmy na pięćdziesięciu centymetrach. Pojechaliśmy więc w to miejsce, które, jeśli dotąd odwiedzałem, to tylko wiosną.
Wielka kamienna główka. Odcięta od brzegu, bo wiosną w tym miejscu woda potrafi rwać na wysokości czterech metrów powyżej lipcowego lustra wody. Wyspy i piaszczyste łachy. Przelew i spokojna woda. Ale ciężko znaleźć miejsce - i dostępne, i głębsze, i takie, w którym para (wędkarzy) połowi razem, obok siebie.
Zdecydowałem, że zapolujemy z płaskiego brzegu. Łatwiej. Zanęciłem, ale już po kilkunastu minutach widać było, że jest zbyt płytko i co najwyżej poskubią małe płotki. Tymczasem przy samej główce, przy skarpie, ryby hałasowały tak, jakby mówiły: "Chodźcie, chodźcie tutaj!"
No to poszliśmy. Dorota uznała, że zostanie na górze. Łatwiej zarzucać i lepiej widać. Ja zsunąłem się (dosłownie) u podnóża skarpy i usiadłem ponad metr u jej stóp. W razie czego z dołu podbiorę jej każdą rybę.
Piękne miejsce. Gdyby woda była pół metra wyżej, to uznałbym, że idealne. Ale i tak do ideału blisko. Woda lekko kręciła. Dookoła zatopione wierzby, piaszczysta plaża, przelew przez główkę i cisza.
Zanęciliśmy porządnie. I czekaliśmy na brania. W tym czasie mieliśmy okazję poznać miejsce. Sporo zaczepów (do końca dnia zostawiliśmy w wodzie ponad dziesięć haczyków i jeden spławik) i ciekawi sąsiedzi. Po prawej bóbr i jego domek - nawet wypłynął na chwilę, spojrzał mi w twarz i uciekł zdziwiony; po lewej dwie kuny - chyba wodne (teraz mogę powiedzieć, chyba wodne, bo wcześniej myślałem, że to wydry). Przypłynęły też dwa osobniki gatunku ludzkiego. Łódką. Z żywcówkami. Zarzucili kilka razy pod krzakiem i popłynęli. Nie wiedzieli, że właśnie pod tym krzakiem przewalił się z rana piękny szczupak.
Gdy brania się zaczęły, nie spodziewałem się, że mój poprzedni wpis będzie w pewnym sensie proroczy. Najpierw mały leszczyk, potem większy karaś. A potem... Potem uczennica przerosła mistrza. I zacięłą pięknego, półtorakilogramowego leszcza. Za minutę dziewiąta. Tak, jak leszcze lubią najbardziej.
Ten nie walczył jakoś mocno. Albo po prostu poddał się, gdy zobaczył, jak kobieta przez duże K i wędkarka przez duże W, pewnie holuje zdobycz pomiędzy zaczepami. Formalności dopełniło moje podebranie siatką.
Pokrzyczeliśmy trochę nad wodą. Z radości. A nasze apetyty sięgnęły zenitu. Także dosłownie. Gdy poszliśmy coś zjeść Dorota miała kolejne branie. Musiało być coś większego, bo zestaw odpłynął kilka metrów w bok i znalazł się w krzaku wierzby. Nie udało się odpowiedzieć na pytanie, czy to był bóbr, czy ryba...
Słońce wyszło zza drzew. Zrobiło się gorąco. Przyszykowałem piknik w cieniu i koce, które po wypełnieniu brzuchów jedzeniem, przekonały nas, że do obiadu można pospać.
Obudziły nas krowy. Podeszły dość blisko. Potem zaczął padać deszcz. Dość mokry. A potem znów wyszło słońce. I zrobiło się ciekawie.
Nie złowiliśmy co prawda nic dużego, a każde z nas zaliczyło po jednej zerwanej rybie. Jednak brało, więc moją ewidentną porażkę tego dnia, mogłem osłodzić dwoma patelniowymi leszczykami i sześcioma sumikami. Dorota złowiła tylko jednego. Ale pierwszego w życiu.
Była królową tej soboty. A koronacja odbyła się w jakiś rok od momentu, gdy zaczęła łowić. Gratuluję Jej ze szczerego serca. I już nie mogę doczekać się kolejnego wyjazdu.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze