Zaczęło się jak pewnie u większości z was-telefon od kolegi umówiona godzina i przygotowanie sprzętu. Krystian pojawił się punktualnie i powiedział krótko-dzisiaj chcę pstrąga. Pogodę mamy jaką lubimy najbardziej – pochmurno, mży, lekki deszczyk i prawie bezwietrznie. Po krótkim namyśle wybrałem dwa odcinki Wisłoka gdzie kolega jeszcze nie łowił. Na pierwszym schodziliśmy w dół rzeki przeciwległymi brzegami, stopniowo obławiając każde obiecujące miejsce, ale poza kilkoma klenikami nic większego nie udało się nam skusić do brania.
Krystian łapał co chwilę zaczepy (tego ci u nas pod dostatkiem) i minę miał raczej nietęgą. W małej rynience za sporym kamieniem mam branie i czuję ,że wreszcie coś konkretniejszego. Szybki hol i potok (trzydzieści trzy cm) jest na brzegu, szybka fotka i ruszamy dalej. Mam kolejne, mocne uderzenie, ale po około trzech sekundach ryba odpływa z moim woblerem w pysku. Prawdopodobnie przetarła żyłkę na jakimś ostrym kamieniu, których w Wisłoku jest sporo. Przed dotarciem do końca bystrzyny łowimy jeszcze kilka kleni i wracamy do samochodu. Zjeżdżamy około kilometra w dół rzeki do następnej bystrzyny.
Zaczyna się jak poprzednio; małe klenie meldują się pierwsze. Zbliżamy się do końca odcinka i łowię jeszcze okonia. Wracamy a Krystian trochę niepocieszony w ciekawszych miejscach rzuca jeszcze swoim killerkiem pod prąd i w ostatnim dołku zapina sporą rybę. Pierwsza nasza ocena to tęczak (woda była trochę mętna), ale przy drugim podejściu już wiemy - potok około czterdziestki. Kilka fotek i przyszła mamusia odpływa do swojego dołka.
Podsumowując to potworów żeśmy nie nałowili ale zaliczyliśmy po pstrągu i z czystym sumieniem możemy czekać do lutego. Może przyszły sezon będzie lepszy. Czego sobie i wszystkim miłośnikom kropków serdecznie życzę.
Komentarze