Wyjazd zaplanowaliśmy półtora miesiąca wcześniej, zaraz po kwietniowym pogodowym niewypale. Żeby w końcu zaspokoić głód wędkowania rezerwuję dwa rejsy, w piątek i w sobotę. Trzymaliśmy kciuki i być może co niektórzy dali też na tacę, bo prognozy od początku tygodnia były znakomite i wszystko wskazywało na to, że wyprawa w końcu dojdzie do skutku. "Wyprawa", bo jedziemy z południa Polski nad morze, a kto jeździ ten wie, że pokonanie 560 km po naszych drogach nie jest łatwe. Wyjeżdżamy z Wałbrzycha w czwartek, przed 15-tą. Testujemy nową trasę, poleconą przez mojego kuzyna i lecimy Wałbrzych - Legnica - Gorzów Wlkp. - Szczecin - Koszalin. Do Gorzowa jakoś się przebijamy, a później leci się już gładko i przyjemnie.
Do celu, czyli do Darłówka dojeżdżamy przed północą, a więc czas jest dobry w porównaniu do zeszłorocznej w pół do drugiej. Niestety, adrenalina nagromadziła się już w organizmie i nie sposób od razu zasnąć. Udaje się to dopiero w okolicach wspomnianej zeszłorocznej godziny przyjazdu, a więc na jedno wyszło.
Wypływamy o piątej. Pobudka chwilę wcześniej i szybkim krokiem udajemy się do portu. Tam w ciemnościach dopływa już GABI D. Ładujemy szybko sprzęt i ustawiamy się w kolejce w porcie. Rozsuwany most nie będzie czekał. Kto się spóźni, ma godzinę w plecy.
GABI D przyzwyczajonych do tradycyjnych kutrów i innych "przemysłowych" jednostek, z pewnością nie powala rozmiarami, ale ma swój klimat i rejs zapowiada się kameralnie. Ma też, jak się później okazało całkiem sporo zalet. Pływa szybko, właściciel zna się na rzeczy, a pływanie bez OBCYCH na pokładzie jest piękne.
Po wypłynięciu z kanału portowego, okazuje się na co stać motorową łódkę. Grzesiu Armator zapieprza, że zrywa skalpy z głów. Nie żartuję... Po powrocie z wyprawy odkrywam wyprutą podszewkę przy kurtce;-)
140 kucyków upchniętych w silniku robi swoje i po niecałej godzinie jesteśmy już na łowisku. Mojemu koledze zgłasza się duńska sieć komórkowa i ma dwie kreski zasięgu. Żałuje później, że nie zabrał z hotelu GPS-a, bo po powrocie moglibyśmy sprawdzić, gdzie byliśmy.
Pierwsze zanurzenie pilkerów i od razu kolega Krzychu ma branie. Wyciąga dorsza i już widzę banana na twarzy. Kolejne opuszczenie przynęty na dno i holuje dubleta. Nie no... teraz to już przesadził. Patrzę na jego zestaw i odkrywam, że jako jedyny z nas ma pilkera w innym kolorze. Wyszukuję podobnego i dopiero zaczynam coś łowić. Muszę przyznać, że po jakimś czasie dorsze zaczynają brać też na miodowe molwy, w które są uzbrojone prawie wszystkie wędki "z wypożyczalni". Ja łowię na swoją i zawsze jestem "w plecy" jakąś godzinę, zanim dostosuję ją do warunków łowiska. Bo któż może wiedzieć lepiej na co biorą dorsze i lepiej dobrać sprzęt, niż właściciel łódki, który pływa z wędkarzami prawie dzień dnia? W dodatku muszę przyznać, że oferowany przez właściciela łódki sprzęt jest naprawdę pierwszej klasy. Kilka jednakowych zestawów na wędkach DEGA i zółta plecionka na kołowrotkach robią wrażenie.
Z biegiem czasu wszyscy łowią i wiaderka powoli się zapełniają. To co się dzieje na wędkach to w głównej mierze zasługa nosa Grzesia-sternika, uporu i konsekwencji w szukaniu ryby, oraz dobrych napłynięć.
Ja też - żeby nie było - w końcu coś łowię. Ale Krzyśka nie daję rady już pobić do końca rejsu. Nie pomaga też magiczna przywieszka zdjęta z Krzycha wędki i założona do mojej. Ale dzień generalnie kończy się pięknie, każdy ma na koncie przynajmniej limit x2, więc jest dobrze. W końcu nie przyjechaliśmy tu po mięso;-)
Kolejny dzień wita nas po pobudce burzą. Dzwonimy do Grzesia. Ten z początku mówi, żeby się zbierać bo burza już przechodzi, ale w końcu przesuwa początek rejsu o godzinę. W tym czasie pogoda zaczyna się klarować. Znowu czekamy na otwarcie darłówkowskiego rozsuwanego mostu, co ma miejsce o każdej równej godzinie. O szóstej most się rozsuwa i heja. Znowu gnamy jak szaleni, a z nami kilka łajb o podobnych parametrach.
Dopływamy na łowisko i z początku nic się nie dzieje, ale Grzesiu nie daje za wygraną i szukając ryby obiecuje, że ruszą się koło południa. Po wczorajszych wynikach nie wypada mu nie wierzyć. W obiecanej godzinie padają pierwsze sztuki. Ale co się dzieje dalej, to masakra. Tylko pilkery dotykają dna, już są pobicia na wszystko, co się rusza w wodzie i wszyscy holują ryby. Dublet za dubletem. Jedna ryba spada, opuszczasz pilker i już jest następna. ELDORADO.
To było najpiękniejsze "dorszowe" pół godziny w moim życiu. Już teraz wierzę w to, że można wyholować setkę (jeśli sił wystarczy). Niesamowicie zadowoleni wracamy do portu i po kąpieli próbujemy jeszcze zwiedzać miasto, ale zmęczenie daje znać o sobie. Dwie nieprzespane noce i kołyska w głowie nieźle zamula. Kupujemy tylko jeszcze wędzone ryby w porcie. Pani pakuje nam próżniowo węgorze i łososie i jesteśmy zabezpieczeni w rybę na kilka miesięcy.
Dziękujemy Ci Grzesiu za Twoje samozaparcie w szukaniu ryby i adrenalinę, która spowodowała, że droga powrotna strzeliła jak z bata i każdy dojechał do domu z bananem na twarzy. Z pewnością jeszcze wrócimy do Darłówka.
Pozdrawiam,
Arek
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze