Reklama

Dylematy i rozterki wędkarza – czyli trzeba być twardzielem!

05/09/2009 18:12

Wędkarstwo uprawiam od wielu wielu lat i wiele razy się zastanawiałem i wciąż się zastanawiam nad sensem kaleczenia i męczenia ryb podczas wędkowania. Szacunku do otaczającej nas przyrody nauczyli mnie rodzice i przede wszystkim dziadek, z którym w czasach mojej młodości przemierzałem łąki, lasy, rzeki czy jeziora – wtedy poznałem wszystkie gatunki drzew, ptaków, ryb czy kwiatów. Chodziliśmy na grzyby(czy ktoś z was zna lub zbierał kiedykolwiek takie grzyby jak twardzioszek przydrożny? Jeśli nie to polecam zajrzeć w atlas i spróbować – na pewno nie będziecie zawiedzeni), ryby, orzechy, maliny, jeżyny, poziomki - nawet płatki róży zbieraliśmy – ach jakiż to był zapach, gdy świeżo zebrane płatki róż dziadek rozcierał razem z cukrem w makutrze i potem pakowaliśmy to razem do słoików lub od razu piekli placek lub smażyli pączki - cholera, ale się rozmarzyłem (aż mi się łza w oku zakręciła i się trochę zasmarkałem), a te czasy przecież już niestety nigdy nie powrócą – beztroska młodość minęła bezpowrotnie. Ale takiego „przedszkola”, jakie ja miałem życzę każdemu dziecku – cóż z tego, że nie bawiłem się z innymi dziećmi w „stary niedźwiedź mocno śpi” – ja takiego niedźwiedzia prawie codziennie mogłem spotkać na żywo w lesie, poczuć jego zapach czy iść po jego śladach - poza tym zające, lisy, lis sarny, borowiki, podgrzybki, kurki, płoteczki, kiełbiki – ech…to było życie!
Ale wróćmy do rozterek - najczęściej zdarza mi się to po złowieniu jakiejś większej sztuki, którą z tzw. „przyczyn niezależnych” musiałem uśmiercić (tu chciałbym zaznaczyć, że praktycznie wszystkie złowione przeze mnie ryby wracają powrotem do wody – ale nie jestem jakimś fanatykiem w wyznawaniu zasady „złów i wypuść” – każdy ma prawo do własnego wyboru – ja już wybrałem - wypuszczam) lub, gdy złowiona przeze mnie ryba została mocno pokaleczona podczas holu, ale mimo to uznałem, że ją wypuszczę – ale czy przeżyje……?
W czerwcu tego roku trafiła mi się okazja pojechać nad Odrę do Ścinawy (zawoziłem kuzyna na komunię i jak tu było nie zabrać jeszcze kolegi i wędek do auta). Rzucaliśmy praktycznie cały dzień bez kontaktu z rybą i bez śladu jakiejkolwiek jej aktywności. Wreszcie w jednej z klatek zauważyłem kilka ataków drapieżnika, więc postanowiłem wykorzystać okazję i dobrać się do namierzonej już ryby. Na początek w ruch poszły wszelkiej maści i koloru gumy i……nic. Tak więc przyszła kolej na woblery – na początek gruby karaś o bardzo „szerokiej” akcji i już w pierwszym rzucie coś jakby branie. Przy kolejnym rzucie po trzech obrotach korbka potężne branie, zacięcie i …….znowu nic, ale nie zrażony tym zwijam dalej i po kolejnych kilku obrotach kolejne uderzenie i znowu nie udało się zaciąć. Pooglądałem wobka i po kontakcie z rybą pozostały na nim wyraźne ślady. W tej chwili jakby poczułem pewność, że tę rybę uda mi się złowić. Nie wiem nawet dokładnie skąd wzięła się u mnie ta pewność, ale po prostu wiedziałem i już! Kolejny rzut i sytuacja się powtarza – 3 obroty i branie, kolejne 3 i znowu branie i gdy już praktycznie wyciągałem wobka z wody zobaczyłem sunące za nim cielsko i wtedy nastąpił kolejny atak – na piaszczystej łasze i wodzie o głębokości może z 15 cm – dosłownie miałem wrażenie, że szczupak (a w zasadzie szczupaczyca) szoruje brzuchem po piasku, ale po raz kolejny nie udało mi się zaciąć. Zostałem za to koncertowo ochlapany, a wobek otrzymał kolejne „wzorki”. Postanowiłem zmienić wobka na jakiegoś o węższej amplitudzie pracy, ale podobnej kolorystyce. I tu niemiła niespodzianka – zero brań. Wykonałem jeszcze kilka rzutów i nic, więc postanowiłem zmienić wobka. Założyłem identycznego, ale o całkiem innej kolorystyce – taka „metaliczna makrela”. I to był strzał w przysłowiową „10” – branie nastąpiło niemal natychmiast i tym razem ryba siedziała na haku. No i zaczęła się zabawa – sprzęt w zasadzie bezpieczny – dosyć gruba plecionka, przypon stalowy 35cm, wędzisko własnej produkcji, więc nie było się o co obawiać ;). Mimo to hol zajął mi jakieś 10 min., ale już pod koniec holu ryba zaczęła wykładać się już na bok i zauważyłem krwawienie spod pokryw skrzelowych. W międzyczasie udało mi się (za pomocą przeraźliwych wrzasków i chyba nawet używałem do tego jeszcze telefonu) ściągnąć Marka, co by pomógł wyjąć i ewentualnie porobić jakieś zdjęcia. Ryba połknęła wobka bardzo głęboko, bo z 35cm przyponu wystawało z paszczy może z 10cm, a wobler tkwił mocno w łukach skrzelowych, z których sączyła się niestety krew. Dlatego postanowiłem nie męczyć jej dłużej i skrócić jej cierpienia – decyzja, której do dziś żałuję, nie została podjęta ot tak sobie – została okupiona bólem brzucha i wewnętrznymi rozterkami, ale w jej podjęciu pomógł mi Marek, który miał osobiste porachunki z nieszczęsną rybą (podczas podbierania zadała mu dość głęboką ranę) i zadziałał jak taki „bajkowy diabełek”, który często w bajkach ukazuje się po drugiej stronie aniołka przy okazji podejmowania jakichś decyzji. No ale cóż – decyzja została podjęta (przeze mnie) i tyle. Potem jeszcze musiałem wydostać woblera – udało mi się to dopiero po obcięciu plecionki i wyjęciu wobka przez skrzela. Oczywiście szczupak został też zmierzony – 83cm, czyli swojego „personal best” nie pobiłem. Po powrocie do domu uświniłem jeszcze cała kabinę prysznicową podczas skrobania (o skrobaniu w kuchni żona nawet nie chciała słyszeć), sprawdziłem też zawartość żołądka – jeden częściowo strawiony leszcz – tak ze 20-25cm i nic więcej. Rybka została pokrojona w dzwonki i zamrożona.
Ale dylematy nie zniknęły – długo jeszcze myślałem, że może jednak by przeżyła, może rana nie była aż tak głęboka etc. Aż z czasem powoli zacząłem zapominać, rozterki zaczęły odchodzić w zapomnienie. Aż przyszedł czwartek tydzień temu i zapadła decyzja, że na piątkowy obiad robimy szczupaka. Zawiozłem rybę do rodziców i mama miała zająć się przygotowaniem rybki na obiad. Już po rozmrożeniu okazało się, że zamiast zapachu ryby czuć sam fenol!!! Nie pomogło nawet całonocne moczenie w zalewie z mleka, cebuli i przypraw. Po usmażeniu i podczas smażenia było mocno czuć zapach fenolu – ryba po prostu okazała się całkowicie niejadalna i wręcz śmierdząca. Kolejną próbą „reanimacji” potrawy było zalanie jej zalewą octową z cebulą i przyprawami – niestety to również nie pomogło i ryba wylądowała w całości w koszu.
Cała ta sprawa mocno mnie zdziwiła i w zasadzie zasmuciła, bo jakoś nie spodziewałem się, że jeszcze teraz ryba z Odry może aż tak śmierdzieć i mieć w sobie aż tyle tej trucizny. Z tego, co sobie przypominam, to 20 czy 25 lat temu rybę z Odry też było czuć, ale nigdy aż tak bardzo – z reguły ryby były w mniejszym bądź większym stopniu „jadalne” – a tu w dzisiejszych czasach taka niespodzianka. A niektórzy spławikowcy, grunciarze czy spinningiście biorą ryby z Odry nagminnie do domów – brrrr…
I znowu powróciły rozterki, że śmierć tej ryby okazała się już całkowicie bezsensowna – w zasadzie to zabiłem ją tylko po to, by ja potem wyrzucić do kosza – przecież to istne barbarzyństwo!!! I znowu powróciły rozmyślania i „motyle w brzuchu”. Ciężki jest jednak los wędkarza.
Kolejnym przykładem, po którym miewam mieszane uczucia jest połów okoni. Część okoni, które łapię po holu ma mocno porozrywane pyski – szczególnie, jeśli chwyciły przynętę płytko i siedzi ona wbita tylko w wargi. Ktoś może powiedzieć, że może sprzęt nieodpowiedni, technika nie ta etc. Sprzęt wydaje mi się być wystarczająco delikatny – delikatna wklejka, cienka żyłka – cóż więcej mogę zrobić, a i tak wiele ryba ma porozrywane wargi czy hak wbity w okolicach oka, czy nawet w samo oko. Nie wiem, co dzieje się z takim porozrywanym pyskiem, czy to się zrasta czy nie, co dzieje się po takim wbiciu haka w okolice oka? Takie i inne dylematy pojawiają się w mojej głowie podczas i po łowieniu – nie tylko okoni, ale jakoś musze z tym żyć!
W ubiegłą niedzielę wybraliśmy się nad odrzańskie starorzecze w okolicach Radoszyc. Na miejscu okazało się, że boleń niemiłosiernie tłucze w ukleję – dosłownie, co kilka sekund pojawiało się głośne chlup, plask i stado uklei wystrzeliwało w powietrze lub dosłownie „biegło” po wodzie, a za nimi boleń. Tak więc na początek w ruch poszedł arsenał boleniowy – wobki, wahadła, gumy, wirówki – dosłownie wszystko co miałem było w wodzie i nic – za żywą ukleją ganiał nadal tak jak ganiał, a przynęty prowadzone na przeróżne sposoby całkowicie ignorował. Uparłem się jednak na tego bolenia i tyle – dalej biczowałem wodę przynętami boleniowymi, choć Tata i Marek przerzucili się już na poszukiwania okoni i szczupaków. Wreszcie udało mi się coś zaciąć na bardzo szybko prowadzona gumową uklejkę RH8 – pomyślałem, że to boleń, ale raczej nieduży. Jakież było moje zdziwienie, gdy pod nogami zobaczyłem szczupaczka – takiego pod 40cm z kotwicą wbitą na zewnątrz – dokładnie w samo oko. Pewnie to bardzo szybkie prowadzenie uniemożliwiło mu poprawne trafienie. Już miałem go podebrać, ale ten jeszcze raz się szarpnął i odpłynął z krwawiącym oczodołem a ja zostałem na brzegu z jego okiem na kotwicy. I znowu pojawiły się pytania, po co to wszystko, po co męczyć te biedne ryby? Chociaż w zasadzie to może i dobrze, ze tak się stało – jak sobie pomyślę, ze miałbym mu sam w tym oku grzebać to aż mnie ciarki przechodzą a i tak skończyłoby się pewnie podobnie tzn. straconym okiem.
Po takich sytuacjach zawsze miewam jakieś dziwne myśli – może ja się po prostu do wędkarstwo nie nadaję, może to zajęcie dla prawdziwych twardzieli, a nie takich „wrażliwców” jak ja? Może to zabawa zupełnie nie dla mnie? Kto wie? Może kiedyś zajmę się czymś innym, ale chyba na razie póki nie potrafię zrezygnować z wędkarstwa i jeszcze jakiś czas będę się „męczył” i bił z myślami po każdej skaleczonej rybie. Jedno jest pewne – twardzielem w tej materii to raczej nie zostanę!

Rafał (Raf7) 2009

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama