Wędkarstwo uprawiam od wielu wielu lat i wiele razy się zastanawiałem i wciąż się zastanawiam nad sensem kaleczenia i męczenia ryb podczas wędkowania. Szacunku do otaczającej nas przyrody nauczyli mnie rodzice i przede wszystkim dziadek, z którym w czasach mojej młodości przemierzałem łąki, lasy, rzeki czy jeziora – wtedy poznałem wszystkie gatunki drzew, ptaków, ryb czy kwiatów. Chodziliśmy na grzyby(czy ktoś z was zna lub zbierał kiedykolwiek takie grzyby jak twardzioszek przydrożny? Jeśli nie to polecam zajrzeć w atlas i spróbować – na pewno nie będziecie zawiedzeni), ryby, orzechy, maliny, jeżyny, poziomki - nawet płatki róży zbieraliśmy – ach jakiż to był zapach, gdy świeżo zebrane płatki róż dziadek rozcierał razem z cukrem w makutrze i potem pakowaliśmy to razem do słoików lub od razu piekli placek lub smażyli pączki - cholera, ale się rozmarzyłem (aż mi się łza w oku zakręciła i się trochę zasmarkałem), a te czasy przecież już niestety nigdy nie powrócą – beztroska młodość minęła bezpowrotnie. Ale takiego „przedszkola”, jakie ja miałem życzę każdemu dziecku – cóż z tego, że nie bawiłem się z innymi dziećmi w „stary niedźwiedź mocno śpi” – ja takiego niedźwiedzia prawie codziennie mogłem spotkać na żywo w lesie, poczuć jego zapach czy iść po jego śladach - poza tym zające, lisy, lis sarny, borowiki, podgrzybki, kurki, płoteczki, kiełbiki – ech…to było życie!
Ale wróćmy do rozterek - najczęściej zdarza mi się to po złowieniu jakiejś większej sztuki, którą z tzw. „przyczyn niezależnych” musiałem uśmiercić (tu chciałbym zaznaczyć, że praktycznie wszystkie złowione przeze mnie ryby wracają powrotem do wody – ale nie jestem jakimś fanatykiem w wyznawaniu zasady „złów i wypuść” – każdy ma prawo do własnego wyboru – ja już wybrałem - wypuszczam) lub, gdy złowiona przeze mnie ryba została mocno pokaleczona podczas holu, ale mimo to uznałem, że ją wypuszczę – ale czy przeżyje……?
W czerwcu tego roku trafiła mi się okazja pojechać nad Odrę do Ścinawy (zawoziłem kuzyna na komunię i jak tu było nie zabrać jeszcze kolegi i wędek do auta). Rzucaliśmy praktycznie cały dzień bez kontaktu z rybą i bez śladu jakiejkolwiek jej aktywności. Wreszcie w jednej z klatek zauważyłem kilka ataków drapieżnika, więc postanowiłem wykorzystać okazję i dobrać się do namierzonej już ryby. Na początek w ruch poszły wszelkiej maści i koloru gumy i……nic. Tak więc przyszła kolej na woblery – na początek gruby karaś o bardzo „szerokiej” akcji i już w pierwszym rzucie coś jakby branie. Przy kolejnym rzucie po trzech obrotach korbka potężne branie, zacięcie i …….znowu nic, ale nie zrażony tym zwijam dalej i po kolejnych kilku obrotach kolejne uderzenie i znowu nie udało się zaciąć. Pooglądałem wobka i po kontakcie z rybą pozostały na nim wyraźne ślady. W tej chwili jakby poczułem pewność, że tę rybę uda mi się złowić. Nie wiem nawet dokładnie skąd wzięła się u mnie ta pewność, ale po prostu wiedziałem i już! Kolejny rzut i sytuacja się powtarza – 3 obroty i branie, kolejne 3 i znowu branie i gdy już praktycznie wyciągałem wobka z wody zobaczyłem sunące za nim cielsko i wtedy nastąpił kolejny atak – na piaszczystej łasze i wodzie o głębokości może z 15 cm – dosłownie miałem wrażenie, że szczupak (a w zasadzie szczupaczyca) szoruje brzuchem po piasku, ale po raz kolejny nie udało mi się zaciąć. Zostałem za to koncertowo ochlapany, a wobek otrzymał kolejne „wzorki”. Postanowiłem zmienić wobka na jakiegoś o węższej amplitudzie pracy, ale podobnej kolorystyce. I tu niemiła niespodzianka – zero brań. Wykonałem jeszcze kilka rzutów i nic, więc postanowiłem zmienić wobka. Założyłem identycznego, ale o całkiem innej kolorystyce – taka „metaliczna makrela”. I to był strzał w przysłowiową „10” – branie nastąpiło niemal natychmiast i tym razem ryba siedziała na haku. No i zaczęła się zabawa – sprzęt w zasadzie bezpieczny – dosyć gruba plecionka, przypon stalowy 35cm, wędzisko własnej produkcji, więc nie było się o co obawiać ;). Mimo to hol zajął mi jakieś 10 min., ale już pod koniec holu ryba zaczęła wykładać się już na bok i zauważyłem krwawienie spod pokryw skrzelowych. W międzyczasie udało mi się (za pomocą przeraźliwych wrzasków i chyba nawet używałem do tego jeszcze telefonu) ściągnąć Marka, co by pomógł wyjąć i ewentualnie porobić jakieś zdjęcia. Ryba połknęła wobka bardzo głęboko, bo z 35cm przyponu wystawało z paszczy może z 10cm, a wobler tkwił mocno w łukach skrzelowych, z których sączyła się niestety krew. Dlatego postanowiłem nie męczyć jej dłużej i skrócić jej cierpienia – decyzja, której do dziś żałuję, nie została podjęta ot tak sobie – została okupiona bólem brzucha i wewnętrznymi rozterkami, ale w jej podjęciu pomógł mi Marek, który miał osobiste porachunki z nieszczęsną rybą (podczas podbierania zadała mu dość głęboką ranę) i zadziałał jak taki „bajkowy diabełek”, który często w bajkach ukazuje się po drugiej stronie aniołka przy okazji podejmowania jakichś decyzji. No ale cóż – decyzja została podjęta (przeze mnie) i tyle. Potem jeszcze musiałem wydostać woblera – udało mi się to dopiero po obcięciu plecionki i wyjęciu wobka przez skrzela. Oczywiście szczupak został też zmierzony – 83cm, czyli swojego „personal best” nie pobiłem. Po powrocie do domu uświniłem jeszcze cała kabinę prysznicową podczas skrobania (o skrobaniu w kuchni żona nawet nie chciała słyszeć), sprawdziłem też zawartość żołądka – jeden częściowo strawiony leszcz – tak ze 20-25cm i nic więcej. Rybka została pokrojona w dzwonki i zamrożona.
Ale dylematy nie zniknęły – długo jeszcze myślałem, że może jednak by przeżyła, może rana nie była aż tak głęboka etc. Aż z czasem powoli zacząłem zapominać, rozterki zaczęły odchodzić w zapomnienie. Aż przyszedł czwartek tydzień temu i zapadła decyzja, że na piątkowy obiad robimy szczupaka. Zawiozłem rybę do rodziców i mama miała zająć się przygotowaniem rybki na obiad. Już po rozmrożeniu okazało się, że zamiast zapachu ryby czuć sam fenol!!! Nie pomogło nawet całonocne moczenie w zalewie z mleka, cebuli i przypraw. Po usmażeniu i podczas smażenia było mocno czuć zapach fenolu – ryba po prostu okazała się całkowicie niejadalna i wręcz śmierdząca. Kolejną próbą „reanimacji” potrawy było zalanie jej zalewą octową z cebulą i przyprawami – niestety to również nie pomogło i ryba wylądowała w całości w koszu.
Cała ta sprawa mocno mnie zdziwiła i w zasadzie zasmuciła, bo jakoś nie spodziewałem się, że jeszcze teraz ryba z Odry może aż tak śmierdzieć i mieć w sobie aż tyle tej trucizny. Z tego, co sobie przypominam, to 20 czy 25 lat temu rybę z Odry też było czuć, ale nigdy aż tak bardzo – z reguły ryby były w mniejszym bądź większym stopniu „jadalne” – a tu w dzisiejszych czasach taka niespodzianka. A niektórzy spławikowcy, grunciarze czy spinningiście biorą ryby z Odry nagminnie do domów – brrrr…
I znowu powróciły rozterki, że śmierć tej ryby okazała się już całkowicie bezsensowna – w zasadzie to zabiłem ją tylko po to, by ja potem wyrzucić do kosza – przecież to istne barbarzyństwo!!! I znowu powróciły rozmyślania i „motyle w brzuchu”. Ciężki jest jednak los wędkarza.
Kolejnym przykładem, po którym miewam mieszane uczucia jest połów okoni. Część okoni, które łapię po holu ma mocno porozrywane pyski – szczególnie, jeśli chwyciły przynętę płytko i siedzi ona wbita tylko w wargi. Ktoś może powiedzieć, że może sprzęt nieodpowiedni, technika nie ta etc. Sprzęt wydaje mi się być wystarczająco delikatny – delikatna wklejka, cienka żyłka – cóż więcej mogę zrobić, a i tak wiele ryba ma porozrywane wargi czy hak wbity w okolicach oka, czy nawet w samo oko. Nie wiem, co dzieje się z takim porozrywanym pyskiem, czy to się zrasta czy nie, co dzieje się po takim wbiciu haka w okolice oka? Takie i inne dylematy pojawiają się w mojej głowie podczas i po łowieniu – nie tylko okoni, ale jakoś musze z tym żyć!
W ubiegłą niedzielę wybraliśmy się nad odrzańskie starorzecze w okolicach Radoszyc. Na miejscu okazało się, że boleń niemiłosiernie tłucze w ukleję – dosłownie, co kilka sekund pojawiało się głośne chlup, plask i stado uklei wystrzeliwało w powietrze lub dosłownie „biegło” po wodzie, a za nimi boleń. Tak więc na początek w ruch poszedł arsenał boleniowy – wobki, wahadła, gumy, wirówki – dosłownie wszystko co miałem było w wodzie i nic – za żywą ukleją ganiał nadal tak jak ganiał, a przynęty prowadzone na przeróżne sposoby całkowicie ignorował. Uparłem się jednak na tego bolenia i tyle – dalej biczowałem wodę przynętami boleniowymi, choć Tata i Marek przerzucili się już na poszukiwania okoni i szczupaków. Wreszcie udało mi się coś zaciąć na bardzo szybko prowadzona gumową uklejkę RH8 – pomyślałem, że to boleń, ale raczej nieduży. Jakież było moje zdziwienie, gdy pod nogami zobaczyłem szczupaczka – takiego pod 40cm z kotwicą wbitą na zewnątrz – dokładnie w samo oko. Pewnie to bardzo szybkie prowadzenie uniemożliwiło mu poprawne trafienie. Już miałem go podebrać, ale ten jeszcze raz się szarpnął i odpłynął z krwawiącym oczodołem a ja zostałem na brzegu z jego okiem na kotwicy. I znowu pojawiły się pytania, po co to wszystko, po co męczyć te biedne ryby? Chociaż w zasadzie to może i dobrze, ze tak się stało – jak sobie pomyślę, ze miałbym mu sam w tym oku grzebać to aż mnie ciarki przechodzą a i tak skończyłoby się pewnie podobnie tzn. straconym okiem.
Po takich sytuacjach zawsze miewam jakieś dziwne myśli – może ja się po prostu do wędkarstwo nie nadaję, może to zajęcie dla prawdziwych twardzieli, a nie takich „wrażliwców” jak ja? Może to zabawa zupełnie nie dla mnie? Kto wie? Może kiedyś zajmę się czymś innym, ale chyba na razie póki nie potrafię zrezygnować z wędkarstwa i jeszcze jakiś czas będę się „męczył” i bił z myślami po każdej skaleczonej rybie. Jedno jest pewne – twardzielem w tej materii to raczej nie zostanę!
Rafał (Raf7) 2009
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze