W pierwsza majową sobotę pojechaliśmy całą rodzinka na rybki. Pogoda była piękna więc po co się w domu kisić jak można przyjemnie spędzić czas na łonie natury. Wybór miejsca nie stanowił problemu więc po spakowaniu koszyka z prowiantem, zabawek dla dzieci,wędek Artura zasiedliśmy do auta i ruszyliśmy nad wodę. Po dojechaniu na miejsce wypakowaniu się, zaczęliśmy łowienie ryb. Wiadomo na początku spokojnie,po chwili jedno branie wyciągnęłam malutką wzdręgę,w międzyczasie jak odchodziłam od swojego stanowiska by zająć się dziećmi było małe dyganie spławika ale się nie rozerwę odpowiadałam jak syn zwracał uwagę że branie. Minęła może godzina albo dwie i zaś takie malutkie dyganie spławika zacięłam ,wygięło szczytówkę mąż do mnie że mam pomału ciągnąć bo to coś dużego sam chwycił podbierak i pomagając naprowadzić rybkę do podbieraka razem wyjęliśmy z wody lina ok.38cm.Muszę przyznać,że byłam mile zaskoczona bo to mój pierwszy lin w życiu. Dzieci zaczęły bić brawo,Artur wyjął rybie haczyk z pyszczka i zaproponował pamiątkową fotkę. Po zrobieniu fotki rybka została wpuszczona do siatki i do wody. Euforia opadła jak siatka na dnie. Nagle zaczęło w oddali grzmieć,ale nim burza doszła do nas to Artur również wyciągnął lina, i kilka małych wzdręg. Zaczęło kropić grzmieć coraz bardziej, zagoniliśmy dzieci do auta,a sami czekaliśmy co będzie dalej. Ale jak wiadomo podczas burzy łowić nie wolno, więc tylko wszystko co się dało schowaliśmy pod parasol gdyż zaczęło nie padać tylko lać i również schowaliśmy się do auta. Spędziliśmy zamknięci coś około godzinki co nawet okna nie szło otworzyć bo tak lało. W międzyczasie troszkę pojedliśmy, wypiliśmy kawkę, ponerwowaliśmy się na dzieci którym z nudów różne dziwne pomysły przychodziły do głów. Nareszcie przestało padać można było dzieci wypuścić na trawę, rozebrali buty i na boso po mokrej trawie sobie hasali. A my z mężusiem wróciliśmy do wędkowania, po wyjęciu wędek z wody okazało się, że są na haczykach rybki obleśne małe wzdręgi. Nowe robaczki już założone można zarzucać po nie długim oczekiwaniu złowiłam okonia a potem to na zmianę z Arturem wyciągaliśmy wzdręgi a to płoć, to znowu leszcz się trafił,a to karaś i tak czas miło zleciał. Jeszcze przed wyjazdem uzgodniliśmy,że Artur zostanie na noc a ja z dziećmi po zjedzeniu kiełbaski z ogniska wrócę do domu. I tak też się stało Upiekliśmy kiełbaski które zostały z apetytem pochłonięte przez dzieci, posprzątaliśmy zabawki zapakowaliśmy się do auta i zostawiając tatę na miejscu wróciliśmy do domu. Największym egzaminem był wjazd na wał po rozmokłym podjeździe ale się udało za pierwszym razem z czego byłam bardzo dumna ponieważ bardzo się tego wyjazdu bałam. Zważywszy na to iż był to długi weekend obiecałam dzieciom,że w niedziele również pojedziemy na cały dzień na ryby nasze plany spaliły na panewce bo całe przed południe padało. Dopiero po południu mogliśmy wsiąść do samochodu i pojechać w sumie po tatę. Udało nam się posiedzieć może ze dwie godzinki sprawdzić co tata złowił przez noc, i trzeba było uciekać do domu przed kolejnym deszczem. I tak minął nasz rodzinny majowy weekend.
Komentarze