Reklama

Dzieci, ryby i ja... Cz. I

19/05/2012 08:02
Zbliża się Dzień Dziecka. Wielkie święto radości, zabaw, słodkości…Pracuję w Domu Dziecka od 20 lat i taki dzień w naszym domu jest szczególny. Wprowadziłem w życie tego domu wędkarstwo, które przeobraziło się może i w najważniejszą imprezę tego dnia, jaką są Mistrzostwa Domu Dziecka w wędkarstwie. Startują w niej dziewczynki i chłopcy, kto tylko da radę utrzymać wędkę. Potem włączyłem te zawody do Otwartych Zawodów Wędkarskich z okazji Dnia Dziecka, które wspólnie z kolegami z mego koła organizujemy wszystkim dzieciom z miasta. Również dlatego, że na te zawody pozyskuję dużo nagród od sponsorskich sklepów ( nie tylko wędkarskich ) i chcę, by moje dzieciaki również walczyły o nagrody rzeczowe. Dzieci wygrywają wędki i akcesoria, bo nagrody są dla wszystkich startujących. W ten sposób uzupełniamy nasze skromne zasoby sprzętowe. Mamy stałego sponsora, ale ile jest strat w sprzęcie, gdy łowi dziesięciu niedoświadczonych, młodych wędkarzy, to chyba możecie sobie wyobrazić. Bo możemy liczyć tylko na własne siły. Dyrekcję wędkarstwo nie interesuje…
Trafiłem do Domu Dziecka jesienią 92 roku. W grupie miałem 16 wychowanków. Wspólnie z Jolą i Czarkiem prowadziliśmy tę grupę. Nie było siły, bym swoją wędkarską pasją nie zaraził chociaż kilku „gigantów”. A była to trudna młodzież. Nie pamiętam, by były „pełne” sieroty. Chłopcy trafiali do nas z innych powodów. Demoralizacja, wagarowanie, drobne kradzieże i włamania. Mniejsza z tym. Trzeba było przygotować ich do dorosłego życia i tyle…
Zimą zbierałem sprzęt, czyli żebrałem po kolegach o niepotrzebne im kije. Do wiosny udało mi się skompletować 6 spławikowych wędek typu „bazarowego”, ale przecież dobre i to. Przynosiłem do pracy Wędkarza Polskiego i Wiadomości Wędkarskie i chłopcy czytali. Część z nudów, ale i kilku z zaciekawienia.
W maju pojechaliśmy rowerami na biwak nad pobliskie jezioro. Grubsze graty ( namioty, trochę kuchennego sprzętu ) jakoś upakowaliśmy do mego malucha. Czarek pojechał rowerem z chłopakami a ja Sławka i Atosa w malucha i na ryby… :). Piękna pogoda, spokój i te powietrze….Jak to mówił Kramer – „Tu się oddycha…”.
Nagotowałem dwa garnki pęczaku z nostrzykiem i kolendrą i to miało nam wystarczyć na 3 dni biwakowania z wędką w ręku. Na kolację już mamy płotki, patelnie na ognisku a tu niespodzianka…nie zabraliśmy oleju. Artur zgłosił się na ochotnika, że pojedzie, bo to tylko 4 kilometry. Mija godzina i nie wraca…Zaniepokoiłem się na dobre, wsiadam w auto a tu ktoś wyłazi z krzaków. To Artur ! Zziajany, na twarzy czerwony jak burak i prowadzi rower. Na kierownicy siatka z 3 butelkami oleju. Złapał gumę tuż za miastem i cztery kilometry prowadził rower…
Chłopcy zrobili fajne ognisko, posmażyli rybki i nie mają zamiaru iść spać. Dobrze im tutaj. A rano wstajemy na ryby. Mój Sławek, a przede wszystkim Atos też mieli wyborną zabawę. Nabiegał się za każdym, że padł jak długi w przedsionku namiotu. Mietek i Rysiek nawet nie położyli się spać. Ja usypiałem Sławka i przymknąłem oko na godzinkę. A Czarek chrapał jak niedźwiedź, aż niosło po wodzie do miasta…
Po wieczornym zanęceniu rano płotki brały aż miło. Poranek był zimny jak diabli, ale co tam. Ryba bierze i nie ma konkurencji do wędek. W czwórkę nałowiliśmy ze 4 – 5 kilo. Atos do nas przyszedł, ale kazałem mu pilnować Sławka i wrócił do namiotu…
Wzeszło poranne słońce. Zaczęło robić się miło. Nagle słyszymy…TATOOOOOOOOOOOOOO… To mój synek Sławek przebudził się, zobaczył, że ojca nie ma i wyszedł z namiotu. Wyglądał śmiesznie w moim wełnianym swetrze, który założyłem mu na noc i przecierając zaspane oczy. Miał wtedy 5 lat… To był udany biwak i inne grupy zazdrościły nam.
Mile wspominam te 20 lat. Ci chłopcy, to były wspaniałe dzieciaki, którym zabrakło ciepła, zrozumienia, akceptacji i normalnej, rodzicielskiej opieki. Ale wędkowanie, starty w zawodach i osiągnięte sukcesy pozwoliły niektórym uwierzyć w siebie i swoją wartość. Robert, włamywacz samochodowy wygrał zawody juniorskie łowiąc między innymi większego leszcza niż seniorzy. Dostał piękny, kryształowy puchar. Odchodząc zostawił mi go. Powiedział… ”Panie Mirku. Nie zapomnę pobytu tutaj. Nie dlatego, że było mi tu dobrze, bo było mi źle. Ale pan pomógł mi tu przetrwać i dał chwile radości. Ja wytrzymałem , bo jestem silny, ale inni tacy nie muszą być. Ale przy panu będą bezpieczni. Niech pan stąd nie odchodzi...”
To były naprawdę trudne czasy. Konflikty z dyrektorem ( „dlaczego pan ich tak broni, przecież to chuligani i złodzieje, dlaczego pan zataja, że zrobili to , czy tamto…” ). W domu 135 dzieciaków, bieda, dyscyplina i brak perspektyw. Po roku dowiedziałem się, że moi usamodzielnieni wychowankowie zebrali się i „podziękowali” dyrektorowi za opiekę. Tak, że w szpitalu wylądował…

Cdn...
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama