Poniższa opowieść jest relacją - wspomnieniem z jednej z wielu wypraw na pstrąga z czasów kiedy zaczynałem „pstrągowanie”. Wtedy moim nauczycielem był - a może jest do dzisiaj? - kolega Jurek – www.jurekb.wedkuje.pl. Opisuję to dokładnie bo pamiętam ten dzień, takich wrażeń się nie zapomina.
Z miny Jurka można było wyczuć niezadowolenie, rezygnację czy wręcz zwątpienie. Wcale się nie dziwiłem, aura nie napawała optymizmem, było pochmurno, dość chłodno i siąpił nieprzyjemny deszcz. Na pocieszenie powiedziałem, że to wymarzona pogoda na pstrąga. Właściwie mieliśmy jechać w inne miejsce, ale tym razem ja zdecydowałem o wyborze łowiska. Jak się później okazało był to trafny wybór.
Na początek zakładam mojego ulubionego wobka, wiem, że w tym miejscu nie ma zaczepów więc mogę być spokojny o przynętę. Kiedy ja już biczuję wodę, kątem oka widzę kolegę jak bez pośpiechu i wiary w sukces jeszcze montuje zestaw. Idę dalej. Po przejściu kilkudziesięciu metrów zauważyłem ogromny rozrośnięty krzak zanurzony w wodzie o rozłożystych gałęziach niczym wierzba z rodzaju płaczących. Spróbuję tu, pomyślałem. Zanim to uczyniłem z nurtu wywaliło się „wielkie coś” tuż pod wspomnianym krzakiem. Nieco wystraszony i chwilowo zahipnotyzowany spojrzałem na wodę falującą jak po przejściu co najmniej małej barki.
Nieświadomy i jeszcze podniecony wszedłem do wody (dobrze, że miałem wodery) i jakimś cudem udało mi się rzucić pod zwisające gałęzie. Był to prawdopodobnie najcelniejszy rzut w dotychczasowej karierze wędkarskiej. Poczułem gwałtowne uderzenie, kij wygiął się w pałąk, a potem szalone odjazdy ryby, powroty i salta nad wodą. W duszy modliłem się żeby jej nie stracić. Wiedziałem, mam do czynienia z godnym przeciwnikiem, a w takich chwilach należy zachować zimną krew i nie dać ponieść się emocjom. I to mi się udało. Jeszcze kilka zrywów zszokowanej ryby, kilka salt nad wodą (piękny widok) i po ok.10-15 minutach okazały kropek ląduje na brzegu. Może nie był to rekordowy okaz (2,90kg/63cm), jednak dla mnie niezapomniane spotkanie z rodzajem salmo trutta.
Jurek jak zwykle nie poddawał się i łowił dalej, ja miałem już dość emocji i tylko koledze kibicowałem. Rzucał, kombinował (jak to Jurek) i to chyba dało efekty. Po kolejnym rzucie wędka wygina się i historia się powtarza. Odjazdy, młynki, wyskoki. Chciałem powiedzieć – spokojnie, daj mu się wyszaleć. Wstrzymałem się, co ja będę uczyć „starego” wędkarza. Zresztą, patrząc z boku to wszystko wygląda inaczej, jakby łatwiej, chociaż emocje nie mniejsze. Kazał mi iść w górę rzeki, w kierunku gdzie podążał pstrąg, a on jakby posłusznie, wymęczony podpłynął do brzegu. Uchwyciłem zdobycz oburącz i wręczyłem jego pogromcy. Tak zdziwionych ludzi jak my w tym momencie chyba nie widzieliście.
Byliśmy oczarowani widokiem dwóch pięknych „okazów”. Dla takich chwil warto uganiać się nawet latami, aby takie chwile przeżyć. Mimo niepowodzeń dalej będę pokonywać te bliższe i te dalsze trasy, odwiedzać rzeki,rzeczki czy ciurki bo w takich chwilach właśnie cały urok wędkarstwa. Mam nadzieję, że Jurek będzie nadal kompanem podczas tych podróży. Ilekroć oglądam fotki z tamtych lat, przypomina mi się ten dzień, Dzień Pstrąga.
Komentarze