Opiszę jak złowiłem moją największą w życiu świnkę. Robię to ponieważ po pierwsze jej rozmiar jest godny uwagi, a po drugie historia połowu tej ryby jest ciekawa i bardzo dziwna.
To było na samym początku wakacji. Jak zawsze wybrałem się z kumplem na ulubioną miejscówkę na Wiśle. Jest to spora piaszczysta plaża osłaniana przed nurtem przez tamę.
Dotarliśmy na miejsce ok. godziny 17 i rozpoczęli łowienie. Standardowo łowiliśmy na gruntówki z rosówkami na hakach. My siedzieliśmy na początku plaży natomiast 30m niżej siedziało innych dwóch wędkarzy. Ponieważ jakoś rybki nie chciały brać poszliśmy na chwile pogadać z tymi wędkarzami. Wtedy odezwały się dzwonki 2 gruntówek.
Jedna była moja a druga kolegi, rzucone były dosyć blisko siebie(za blisko). Szybki sprint i obaj jesteśmy przy wędkach, ale jest już za późno. Stoimy zdenerwowani na siebie ponieważ były to ładne brania. Już domyślaliśmy się że pewnie zestawy się splątały i dlatego dwie wędki sygnalizowały branie. I znowu branie na 2 wędki. Obaj zacieliśmy, ja poczułem na samym początku lekki opór, ale po chwili już nie było nic czuć. Kumpel w tym czasie wyciągnął swój zestaw na brzeg a razem z nim moją żyłkę, mój ciężarek wciąż pozostawał w wodzie. Ja niczego nie świadom zacząłem zdenerwowany wszystko rozplątywać.
Kiedy chwyciłem za swoją żyłkę poczułem że coś delikatnie za nią ciągnie. Zacząłem ręką wyciągać żyłkę z wody. Opór był nieznaczny, a żyłki w wodzie tylko z półtora metra. Wielkie było moje zdziwienie kiedy z wody wyciągnąłem piękną świnkę.
Po pomiarach okazało się że ma 1,15kg i 43cm. Była to prawie medalowa ryba. Nigdy bym nie pomyślał, że wyciągnę taką rybę z wody rękami:).
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze