Reklama

Gdy woda mówi bassem

13/06/2010 18:37
Takiego parcia na ryby już dawno nie miałem. Pewnikiem wszystko przez wielką wodę, która skutecznie psuła wszelkie zapędy odwiedzin okolicznych miejscówek.

Jakoś tak końcem maja odwiedziłem Wilczyn - chyba po raz ostatni. Nie dość, że wędek rozstawionych więcej niż ryb w wodzie, to jeszcze na dodatek o ciszy i spokoju zapomnieć można. Niby tylko wędkarze tam byli a czułem się jak na rykowisku jeleni. Następnego dnia pognało mnie do Zajączkowa - tam są dwa zbiorniki. Jeden z łatwym dostępem do wody, głęboki, często odwiedzany przez wędkarzy.

Obok jest mniejszy stawik, zarośnięty, widać na oko, że sporo płytszy. Posiada on jeden jedyny pomost oddalony na tyle od brzegu, żeby bez woderów się na niego nie pchać. Z brzegu dojścia do wody raczej nie ma. Woderów jakoś jeszcze nie zanabyłem, więc próbowałem szczęścia na tym większym zbiorniku. Bez sukcesów, a koszmarna ilość glonów zniechęciła mnie do niego skutecznie.

Wczoraj postanowiłem zrobić objazd wszystkich moich nadodrzańskich miejscówek z zamiarem wybrania tej, na której spędzę dzisiejszy poranek. Najpierw wypad do Obornik po robaczki, a następnie rajd po okolicy. Rozpocząłem od Rakowa. Odra opadła, nawet bardzo, co prawda autem nad rzekę się jeszcze nie dojedzie, ale można spokojnie dojść suchą stopą. Na łąkach popowodziowy smrodek, ryb w dołkach nie stwierdziłem, albo spłynęły, albo już zdążyli wybrać. W Odrze ryba chodzi i żeruje. To cieszy. Do mojej linowej miejscówki rozsądnego dojścia nie ma w dalszym ciągu. Chyba jednak czas kupić te wodery.

W dalszej kolejności poniosło mnie na starorzecze/wyrobisko żwiru w Paniowicach. Mając w pamięci kłopoty z dojechaniem tam późnym latem i jesienią planuję zostawić auto przy szosie i przespacerować się ten kilometr do rzeki.

Po dojechaniu na miejsce okazuje się, że i tak nie udałoby mi się wjechać do lasu, gdyż droga przegrodzona jest metrowej wysokości wałem z worków z piachem. Po przejściu przez lasek okazuje się, że tam gdzie jesienią prawie połamałem zawieszenie i zgubiłem wydech powstała prawie autostrada z grubej warstwy tłucznia. Tak się zastanawiam kto tam zmajstrował nową drogę, z której korzystają tylko leśnicy i wędkarze. Z jednej strony radość, że w końcu da się dojechać na miejscówkę, z drugiej strony żal, bo od 8 lat nie możemy z sąsiadami doprosić się w gminie naprawienia drogi dojazdowej do kilkunastu działek na których mieszkamy.

Maszeruję dziarsko w stronę Odry, po kilkuset metrach dochodzę do wielkiego rozlewiska powstałego po powodzi, zawracam zatem do auta. Spróbuję za 2 tygodnie, może wyschnie. Wracam przez Kotowice, jestem rzut beretem do Zajączkowa, nie byłbym sobą, gdybym tam nie zajrzał. W Zajączkowie dzikie tłumy, w tym kąpiących się pomimo zakazu. Na drzewach porozwieszane ogłoszenia, że w niedzielę będą zawody. Przysiadłem sobie nad wodą i patrzę co tam pływa. I wypatrzyłem coś. Coś jakby ktoś guraminków z akwarium napuszczał do wody. Marmurkowe, ślicznie opalizujące w promieniach słońca. Co za cholera? W życiu takich rybek nie widziałem.

W końcu znalazłem czas, żeby obejść dokoła całe łowisko, kilka miejscówek nawet nawet, przyjechałbym jutro - myślę sobie - ale te zawody...

Wracając do domu wymyśliłem sobie, że skoro moje koło organizuje zawody, to sobie na nie przyjadę. Wieczorem nagotowałem kukurydzy, sporo nawet jej wyszło, ze 4 litry, popisałem cośtam na forum i poszedłem spać.

Na zawody nie dojechałem - zaspałem, jak to zwykle ja :) Do Zajączkowa dotoczyłem się jakoś tak przed 8:00, zawody w pełni, zatem zbieram się z powrotem. Przejeżdżając obok drugiego stawu (tego mniejszego i zarośniętego) postanowiłem się na chwilę zatrzymać. Po dłuższym badaniu linii brzegowej wynajduję miejsce, gdzie da się usiąść i połowić. Tak mnie korci ten staw, bo śmierdzi mi linem, a jak jest lin to i karaś może i szczupaczek...

Rozkładam zatem cały majdan, rozrabiam zanętę, wrzucam jeden zestaw ze spławikiem, drugi z koszyczkiem i zaczynam się opalać. Na haczykach zestaw standardowy - pęk białych pomieszanych z pinką. Rzucam tak jak zwykle, z 8-10 metrów od brzegu. Grunt wymacałem ok 2 do 2,5 metrów, więc tak ustawiam głębokość, na której łowię.

Nic się nie dzieje, więc podciągam powoli zestaw coraz bliżej. Gdy już zostało ze 2 metry do brzegu - spławik robi odjazd, zacięcie, zdecydowany opór na wędce, myślę sobie coś większego. Wyciągam kilkucentymetrowego "guraminka". Wczoraj wieczorem przeglądając atlas ryb znalazłem coś podobnego - bass słoneczny. Małe toto na palec a ciągnie jak półkilogramowa płoć.
Robię rybce zdjęcie (śliczna jest) i wysyłam do żony i kolegi z opisem "Mutanty jakieś". Za chwilę od Błażeja dostaję odpowiedź "Bass słoneczny". Potem to już cały czas tak samo, jak robak na haczyku to takie gigantyczne bassy się czepiają, jak zapodam kukurydzę, to nic - bezrybie.

Myślę sobie - gdzie te liny, płocie i karasie? Od czasu do czasu widzę cień jakiegoś wielkiego rybska, który przepływa sobie od czasu do czasu niedaleko brzegu jakby patrolując teren. Postanawiam zatem bliżej przyjrzeć się wodzie, gdyż jest dość czysta co zauważyłem już wcześniej i przestało wiać, co obserwację ułatwi.

Przysiadłem na pniaku nad samą wodą, skupiłem wzrok i w końcu dojrzałem... Pewnie jakbym miał okulary polaryzujące i jakby nie było fal to ujrzałbym to wcześniej... Wyobraźcie sobie krystalicznie czystą wodę, dno na głębokości 2,5 metra doskonale widoczne z brzegu. Tuż przy brzegu (to znaczy ok metra od brzegu) łąka z trawy wodnej, przy tej trawie stoi sobie nieruchomo karaś - rany jaki wielki karaś, na oko ponad kilogram. Tu i ówdzie pływają sobie płocie - giganty. Pośród tego wszystkiego tańczą w swoim tańcu godowym liny.

Siedzę z rozdziawioną gębą i oglądam niezwykłe widowisko. Rany, dlaczego nie mam okularów polaryzujących, albo aparatu z filtrem, ale by były zdjęcia. Ryby poruszają się leniwie, apatycznie wręcz, ale zauważam, że od czasu do czasu coś przekąszają. Siedzę centralnie przed nimi, dzieli nas jakieś 3 metry wody a one sobie nic ze mnie nie robią. Mali panowie liny leniwie pałętają się za większymi paniami, jak to zwykle w życiu bywa :-) W pewnym momencie powoli podpłynęła torpeda - szczupak taki na oko ze 60-70 cm. Pięknie ubarwiony. Postał przez chwilę koło tego całego towarzystwa, tak jakby pogaworzył chwilę z tańczącym białorybem, majtnął od niechcenia ogonem i popłynął w swoich sprawach.

Ocknąłem się. Postanawiam pobawić się w podsuwanie smakołyków pod nos pływającym rybom. To będzie przy okazji test na płochliwość :) Dorwałem ślimaka, który mi się do kukurydzy dobrał, nadziałem go na haczyk i położyłem karasiowi pod nos. Karaś go wziął do buzi i wypluł, widać nie posmakował mu ślimaczek. A może źle go założyłem i się ukłuł? Spróbuję z linem. Podstawiam ślimaczka linowi - z 5 cm pod ryjek.

Nie namyślając się długo połyka go i odpływa dalej zajmować się swoją panią. Spławik oczywiście odpływa za nim. Wyciągam linka z wody, robię zdjęcie i wyganiam go do jego pani. Trochę przy tej zabawie pogimnastykowałem się na brzegu, więc karaś postanowił sobie odpłynąć w spokojniejsze miejsce. Linki zresztą też. Podnęcam zatem kukurydzą pomieszaną z pinką.
Po chwili towarzystwo wraca. Próbuję jeszcze metody "pod nos" na innych rybach, ale kończy się to wypluciem ślimaczka. Linów już nie zaczepiam. Siadam na pniaku i oglądam jak w kinie leniwe niedzielne życie w stawie. Nie wiem kiedy zrobiła się 14:30. Czas do domu. Wrócę tu do was, rybki, oj wrócę...
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama