Jest to mój pierwszy wpis więc proszę o wyrozumiałość.
Każdego roku, obserwując zachowanie drapieżników, ich brania itp, było widać, że szczupak grasuje w Bugu, ale w tym roku coś się zmieniło, zamias kaczodziobów pojawiły się sandacze. Przez kilka lat nie miałem wypadu na ryby z dziadkiem i nie wracałem, bez kontaku ze szczupakiem, bądź szczupaczkiem, a w tym roku nic. Nie miałem obcięcia haków, ani rozprutych kiełbi albo ukleii, które czepiają się na byle przynętę jak głupie. Po długich rozmowach z kolegami po kiju doszliśmy do wniosku, że polityka PZW dała w końcu o sobie znać, w postaci wyparcia zębatych, przez sandacze i inne drapieżniki. Przez ostatnie kilka lat właśnie złapanie mętnookich było cudem, tak który złapał sandacza w Bugu, albo był dobrym wędkarzem, albo po prostu miał przyłów. A teraz rzucasz na białego robaka... sandacz, na rosówkę... sandacz, na kukurydzę... znowu sandacz. Ile można? Polityka zarybiania wód tonami ryb tego samego gatunku jest nieprzemyślana. Po co wpuszczać tonę sandacza, i 200kg szczupaka? Wiadomo że po pewnym czasie, sandacz wyprze inne drapieżniki, lub inne gatunki. To jest głupota, ale tak działają Okręgi PZW, że decydują się na politykę jednego gatunku na danym obszarze rzeki lub jeziora. Moim zdaniem, dla młodych adeptów wędkarstwa łatwiej jest złapać szczupaka niż sandacza. Taka jest moja opinia, ale czy inni się ze mną zgodzą tego nie wiem... Podsumowując polityka jednego gatunku jest bezsensowna i niepotrzeba, ponieważ każdy wędkarz ma swój ulubiony gatunek i taki stara się łapać, a nie jak ja, nastawiasz się na płoć albo leszcza, a zamiast nich pojawia się sandacz, lub inna ryba. Zarybienie powinno się odbywać w sposób przemyślany a nie na tzw. "hura" byle więcej, i byle czego.
Komentarze