Gdzie te garbusy!!! Zachęceni wieczornym żerowaniem okoni z poprzedniego dnia, postanawiamy im się dobrać do skóry już z samego rana w niedzielę. Jednak okoń jak to okoń. Chłodna nocka i silne słoneczko od samego rana powoduje, że las lekko paruje, a przebijające się mocno przez pozbawione liści drzewa, lekka mgiełka, kobierce żółtych liści na ziemi i ściółce leśnej, wszystko to daje wprost bajeczny obraz, który z magiczną siłą przyciąga wzrok zwykłego śmiertelnika i wędkarza zarazem. Po prawie dwugodzinnych, bezowocnych próbach wędkowania z brzegu, notując tylko sporadyczne, delikatne skubnięcia postanawiamy wskoczyć na sprzęt pływający i popróbować szczęścia na miejscówkach upatrzonych w sobotę. Okazuje się po raz kolejny, że okoń lubi sobie pohasać po całym jeziorze lub nie zawsze ma ochotę na nasze przynęty. Ponad godzinne próby i różne kombinacje w rejonie sobotniej miejscówki nie przynoszą nawet próby skubnięcia przynęty. Zaopatrzeni wcześniej w bosak płyniemy podnieść z zatopionych krzaków zerwane przynęty i będziemy szukać okoni dalej od brzegu na otwartej wodzie. O ile wczoraj można było zlokalizować gdzie niegdzie drobnicę, tak dzisiaj na wodzie panuje kompletna cisza. Po półgodzinnej wymianie różnych okoniowych specjałów, zakładam jakże już oklepanego ciemnego twisterka i wykonuję dalekie rzuty w kierunku środka jeziora, pilnując charakterystycznych punktów na przeciwległym brzegu. Wszystko po to, aby nie pozostawić niesprawdzonym najmniejszego skrawka dna. Naglę stuk. Lekkie puknięcie całkowicie mnie elektryzuje, za chwilę kolejne skubnięcie, zacinam i nic. Przynęta jest jeszcze daleko od łodzi, prowadzę więc twisterka tym samy, jak poprzednio tempem, z lekkim opadem. W tym momencie jest zdecydowane, podwójne uderzenie. Zacinam ponownie i czuję rybę na haku, będzie okoń i to ładny okoń, co da się odczuć na kiju. Powolny hol do łodzi, między czasie próba wyjęcia aparatu fotograficznego z futerału kończy się tym, że przy samej burcie łodzi okoń się pięknie wypina i schodzi w głębinę. Tak zazwyczaj kończą się „kombinacie alpejskie” podczas holu ryby. Mieliśmy nadzieję, że one tam jeszcze stoją, że uda się je nam ponownie skusić do brania. Niestety, ta i inne przynęty, nawet osławiony mepps 1Lusox, a także zmiana miejsca już nic nie zdziałały. Słonko skłaniać się zaczęło coraz niżej ku zachodowi nad koronami drzew, pora więc zakończyć wędkowanie i wracać do stanicy. Pomimo jednego brania zadowoleni, wysmagani wiatrem, czując porządnie ręce od setnych rzutów, uśmiechnięci planując kolejne wypady spływamy do przystani.
Komentarze