Reklama

Grudniowa wyprawa - bat.

25/12/2010 19:18
Witam serdecznie, Drodzy koledzy, dzisiaj tj. (25.12.2010r), w ten świąteczny okres zapewne wielu z Was dosłownie marzy o wędkarskiej wyprawie, w której nawet mała płotka była by platynowym trofeum uwieczniającym zakończenie Starego Roku.
W mojej okolicy przepływa mała rzeka, której brzegiem przechadzałem się wczoraj, planując już małą wyprawę.
Godzina 5:40 pobudka, każdy jeszcze smacznie śpi, nawet Nasi wiecznie żądni wiedzy użytkownicy wędkuje.pl. Wyglądam za okno, gęsta mgła ograniczająca zasięg widzenia do 4 może 5m. Termometr wskazuje 3 stopnie Celsjusza, idę rozpalić w piecu po czym zarzucam zimny polar na grzejnik by złapał temperatury. Patrzę na zegarek, o rany już 6:25! Pakuję sprzęt do wiaderka, wyciągam bata, rozwijam zestaw i ogarnia mnie smutek, moje piórko jest pęknięte wzdłuż korpusu, co ja teraz zrobię? Nie mam spławika ani pióra, wnet zabieram się do strugania nowego, specjalnego na wodę płynącą.
Delikatny dźwięk oznajmia godzinę 7:00, ostatnie poprawki i mała banieczka wielkości 2 groszy obracanych wokół osi gotowa. Długi kil, czerwona antenka, zmniejszą nacisk płynącej wody.
7:10 zdejmuję ciepły polar z kaloryfera, zakładam wełnianą czapę, szalik no i ruszam, pozytywnie nastawiony i żądny emocji.
Po drodze odwiedzam jeszcze kompost, zabierając z niego kilka robaków, które ukrywały się naprawdę głęboko! Do rzeki mam jakieś 600m, tylko jedyną drogą są zasypane śniegiem pola. Kilka metrów przed celem rozkładam bata i cicho zakradam się nad dołek. Gruntuję obszar, w którym będę łowić. Oczom nie wierzę, ciężarek dotyka dna przy 1,8m gruncie.
Dobra zakładam robaka, i zarzucam z obciążeniem bardzo blisko haczyka! Przytrzymuję zestaw przed ściągającym nurtem. Niczym nie nęcę, po co mam tracić minimalną szansę na branie? Ryby zimą nie są zainteresowane Żadną zanętą! Godzina 8:00 wybija na zegarku, silny wiatr nie ułatwia wędkowania, muskając moją twarz zimnymi podmuchami. Nagle bańka spławika zaczyna lekko podskakiwać, po czym znika pod wodą, zacięcie z nadgarstka i coś jest! Nie wiem co mam na haku, ale serce wali mi zdrowo. Bat do góry i maleńka płotka o niebieskawym zabarwieniu trzepocze na wędce. Heh co za niespodzianka, nasza królowa musiała zgłodnieć.
Zmieniam robaka i powtarzam cały cykl, łowiąc kolejne, coraz to większe płocie. Godzina 8:50 a ja mam na końce trochę ponad 10 rybek. Postanawiam zwiększyć grunt tak by przypon z obciążeniem leżał na dnie. Zakładam 2 dorodne robaki i rzucam. Spławik powoli zatapiał się jakby chwycił podwodny zaczep, kiedy nagle mocne szarpnięcie żyłki zmobilizowało mnie do zacięcia. Piękny hol i pokaźna płoć ląduje na brzegu. Prowizoryczny pomiar oscyluje w granicach 1,5 dłoni, ładny patelniak, ale wraca z powrotem do wody.
Zaglądam do pudełka z robakami, został mi już tylko jeden, zakładam go i oddaję rzut.
Branie podobne do wcześniejszego, zacięcie, krótki zachwyt przyjemnie wyginającej się wędki i znowu miłe zaskoczenie, duży garbus mierzący dwie dłonie skusił się na robaka. Całus i do wody, rośnij powtarzam w myślach.
9:37, składam bata i wygodnie wędruje w kierunku domu, po wcześniej wydeptanych śladach. Ciepła herbata z cytrynką na pierwszy ogień, do tego bułeczka z masełkiem i moja własna sałatka jarzynowa. Jem powoli, mimo iż jestem bardzo głodny! Rozmyślam…wyciągam wnioski...marzę planując kolejny wypad nad rzekę.

Pozdrawiam
LapiePlocie
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama