Reklama

Harnaś Cup 2009

28/10/2008 18:11

Kolejna edycja zawodów spinningowych Harnaś Cup już za nami. Przyjaciele po kiju z całej Polski spotkali się poraz kolejny nad Jeziorem Żywieckim w dniach 24-26 października. Organizatorami zawodów są trzej wspaniali przyjaciele: Bolek Babicz, Maciej Antończyk i Wojtek Mazur. Między uczestnikami nie zabrakło czołowych zawodników wędkarstwa spinningowego naszego kraju.

Nazwałbym te zawody bardziej rodzinnym festynem wędkarskim, bo jak powiedział Maciej Antończyk nie pozwoli by ta impreza zamieniła się w spęd ludzi dążących po trupach, by wygrać. Jest to impreza tylko pod zaproszeniami dla ścisłego grona kolegów i przyjaciół. Poznałem chłopaków na zawodach ogólnopolskich trzy lata temu i odrazu przypadliśmy sobie do gustu, dlatego też po raz drugi miałem zaszczyt uczestniczyć w tej imprezie, jednocześnie broniąc pierwszego miejsca zdobytego rok temu.

W tym roku wybraliśmy się tam razem z Leszkiem zabierając ze sobą nasze rodziny, by mogły podziwiać zapierające dech w piersi widoki. Po rozpakowaniu rzeczy gospodarze zaprosili nas do pensjonatu Rybak, który prowadzi Pani Maria Wąsik na wieczorek zapoznawczy. Na stołach leżały wielkie chleby po półtora metra, wędzone pstragi i węgorze, pyszne oscypki, masła góralskie o przepysznym smaku trzy rodzaje smalcu, ogóreczki, suszone kabanosy, a w baniakach pięciolitrowych cytrynówka. Do tego wszystkiego wspaniali ludzie, muzyka i mozna bawić się do białego rana. Tak też było, opowieści, śpiewy i tańce skończyły się przed świtem.

Rano bardzo ciężko było zebrać się do wodowania łodzi, dlatego organizator przesunął odprawę do godz. 9.00. Zawodnicy wreszcie zebrali się na odprawie, po której każdy mógł wypłynąć lub nie wszystko wolna amerykanka. Powoli z mozołem od brzegu odpływały kolejne łódki. Ja z moim przyjacielem Andrzejem Klimczakiem zwanym Doktorkiem odpływamy tak jak w zeszłym roku jako ostatni. Za moją namową Andrzej płynie na miejscówkę, gdzie rok temu wspaniale żerowały okonie. Po ustawieniu łodzi wykonuje pierwszy rzut na boczny trok.

Kilka obrotów korbką i jest branie. W podbieraku ląduje pierwszy okoń 28 cm. Myślę sobie jest bardzo dobrze. Jednak kolejne rzuty nie dają żadnego efektu. W międzyczasie koło nas ustawia się kilka innych łodzi. Zakładam główkę 4 g miodowego twistera i do boju. Jest branie z opadu i kolejny okoń ląduje w siatce. Przez następną godzinę nic sie nie dzieje. Płyniemy na kolejne miejscówki Andrzeja, ale bez efektu. Przepływamy na drugą strone jeziora, ja podziwiam przepiękne widoki i góry wyłaniające się z mgły.

Kolejne miejsce daje mi następne dwa okonie po 30 cm. Docierają do nas wiadomości, że ogólnie nie jest za ciekawie, więc jestem dobrej myśli. W międzyczasie Doktorek łapie szczupaka 53 cm. Pasuje jesteśmy z rybami. Przed końcem tury postanawiamy obłowic jeszcze głęboką zatoczkę. Podczas opuszczania kotwicy przypadkowo odpinam siatkę z rybami. Przez chwilę dryfuje ona na powierzchni, a my staramy się do niej podpłynąć. Jednak ryby wciągają ją pod wodę. Rzucamy ciężkimi główkami w nadziei, że zaczepimy za siatkę. Nic z tego, moje rybki odzyskały wolność, ponieważ siatka nie była zamknięta.

Odechciewa mi się wędkowania, jestem zrezygnowany. Andrzejowi również jest przykro i mnie przeprasza tylko pytanie za co przecież to ja odczepiłem siatkę. Mówię mu, że nic się nie stało, jednak widzę po przyjacielu również pewną rezygnację. Spływamy do wagi, gdzie wszyscy mi współczują i pocieszają. Jak mówi Maciej nie chodzi o ryby tylko o wspaniałą atmosferę i towarzystwo. Po przemyśleniu stwierdzam,że ma racje. To nie Mistrzostwa Polski, tylko spotkanie z przyjaciółmi. Nie wiadomo kiedy sie znowu zobaczymy, więc trzeba kozystać z chwili.

Pyszny żurek na obiad koi rany. Pod wieczór następuje dekoracja zwycięzców, ponieważ każdy dzień jest rozliczany jako osobne zawody. Pierwszy to normalne zawody, a drugi to rywalizacja o najdłuszą rybę drapieżną każdego gatunku. Po dekoracji kolejna biesiada i tańce. Gościność gospodarzy jest bezgraniczna. Zapraszają nas do ogniska gdzie pieką sie dwa barany. Takich imprez wędkarskich nie ma chyba nigdzie na świecie.

Drugi dzień budzi nas przepięknym słońcem. Wypływamy w trzech: ja, Andrzej i Boluś. Płyniemy na sandacze, które jednak nie żerowały. Bolek łapie kruciaka. Zmieniamy miejsce lokując łódz pod tamą. Koledzy na łodzi obok z Bielska Białej wyciągają prawie co rzut szczupaka. Jednak wracają one do wody, bo chociaż są wymiarowe, mamy informacje, że są większe. Mi również udaje się zapiąć wymiarowego. Andrzej łapie, ale krótkie. Wszyscy coś połowiliśmy, niestety nic co można dać na miarkę do konkursu o największą rybkę.

Po spłynieciu czeka na nas pyszna zupa gulaszowa. Przyszedł czas na chowanie łodzi i pakowanie sprzętu. Jeszcze tylko dekoracja za największe ryby i niestety musimy wracać czterysta kilometrów do domu. Podczas pożegnania łzy cisną się do oczu. Jedna z najpiękniejszych imprez przechodzi już do histori. Trzeba znów czekać kolejny rok, by przyjechać na przepiękne Jezioro Żywieckie pełne wspaniałych okoni, sandaczy i szczupaków. Atmosfera panująca podczas zawodów przyćmiewa wszystkie dotychczasowe imprezy wędkarskie. Przed organizatorami sciągam czapkę z głowy, pełny profesjonalizm, wspaniała gościnność, super ludzie. Moja żona jest zachwycona, a to mówi samo za siebie. Stwierdziła, że na takie imprezy to pojedzie ze mną nawet na koniec świata. Co więcej trzeba.
Przed przyjazdem na zawody odwiedziłem jeszcze hodowle pstrągów Bolka Babicza. W basenach wspaniale ubarwione rybki różnych wielkości, a koło domu piekny górski strumień.W koło góry i świerze powietrze. Taki to pożyje.

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama