Reklama

Historia pewnego karpia

24/02/2009 10:58
Będąc na zasiadce linowo - karpiowej latem w 2008r wraz z kolegą(Leszkiem) przygotowaliśmy dwa stanowiska. Jedno na karpie, a drugie na liny blisko grążeli. Karpiowe stanowisko było na jednym z trzech pomostów, na leśnym jeziorku ok. 6-hektarowym. Karpie nęciliśmy ziemniakami i kukurydzą. Kukurydzę zaparzałem na całą noc i następnego dnia gotowałem ją około godziny. Ziemniaki ugotowane, troszkę twardsze niż te obiadowe, kroiłem w kostkę i razem z kukurydzą wywoziłem łódką na stanowisko oddalone ok. 30 m od pomostu. Jednego dnia ja łowiłem liny, drugiego dnia Leszek. Łowiliśmy w systemie zmianowym raz karpie raz liny.

Ale do rzeczy. Przez dwa tygodnie naszego pobytu nad jeziorem nie miałem brania karpia na moje zestawy. Łowiłem na ziemniaki, bo nie mam przekonania do kulek proteinowych. Także zestawy były inne niż te, których używają prawdziwi karpiarze. W sumie to mieliśmy wędki karpiowe i kołowrotki, ale montaż zestawu się troszkę różnił. Używaliśmy spławików 8-10g, żyłka 0,30mm, przypon z żyłki 0,28mm, hak karpiowy bez włosa. Przedostatniego dnia pobytu nad jeziorem postanowiliśmy z Leszkiem opracować 0,7 na pomoście aby miło zakończyć nasz obóz. Ja schodziłem z linowego stanowiska i odniosłem linowe wędki do obozu , po czym przyszedłem na pomost. Kolega zapytał, dlaczego nie zabrałem żadnej karpiówki.

Odpowiedziałem trochę zrezygnowanym głosem, że to już chyba nie ma sensu i Twoje dwie wędki wystarczą. Po krótkiej namowie przyniosłem jedną wędkę, założyłem świetlik, ziemniaka i do wody. Flaszeczka nam się skończyła, ja zmęczony już obozem zaczynałem przysypiać na pomoście. Nagle Leszek zawołał, że mój spławik leży. Szybko się ocknąłem, gdy złapałem wędkę, to spławika już nie było. Zacięcie i zaczęła się zabawa, na którą czekałem 2 tygodnie. Ryba odjeżdżała raz daleko na wodę, raz w trzciny. Nie mogłem jej zatrzymać na początku. W trzcinach opadła trochę z sił.

Po ok. 15 minutach przy pomoście pokazał się niezły karpik. Po kilku próbach podebrania – udało się. Ważymy karpia w sklepie, waga pokazuje równo 7 kilogramów. Nie jest on może rekordowy, ale jak dla mnie (karpiarza amatora), to naprawdę spory. Następnego dnia (ostatniego wieczoru nad jeziorem) złowiłem jeszcze jednego karpia mniejszego – 3,90 kg na zestaw linowy, na kukurydzę, ale to już troszkę inna historia.

Mój przypadek pokazuje, że zawsze należy wierzyć do końca w udany połów i nie poddawać się za wcześnie. Dziękuję Leszkowi za to, że mnie namówił żebym poszedł po wędkę.
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama