26 sierpnia był to niby zwykły dzień kończących się wakacji, dla mnie okazał się jednak wyjątkowy, na długo zostanie w mojej pamięci. Druga połowa sierpnia i początek września to od 7 lat dla mnie okres kiedy nie mam czasu praktycznie na nic, ani dla bliskich ani dla siebie ani na ukochane ryby. Co roku zbliżający się początek roku szkolnego powoduje, że wszystko w moim życiu staje na głowie, nic innego się nie liczy tylko to żeby „uszczęśliwić ”dzieciaki i dostarczyć im materiały do zgłębiania wiedzy. Okres podręcznikowy w firmie wysyłkowej to koszmarna sprawa – uwierzcie mi. W tym roku niestety nie jest inaczej, czasu jak nie było tak nie ma. Dobrze, że we wspomniany piątek udało mi się wygospodarować chociaż 2 godzinki, żeby obrzucać jeden z ulubionych odcinków Wisły w Warszawie. Plan zakładał dłuższe łowienie, jednak lojalność wobec firmy i przesadna nadgorliwość spowodowały, że z pracy wyszedłem o 16, zanim przebiłem się do domu, zabrałem graty była prawie 18 – słabo. Pewnie gdyby nie był umówiony z kumplem z pracy to bym odpuścił, a tak nie wypadało mieszać szyków innym, jak się okazało później – było warto. Po dotarciu na Spójnię, chwilę po 18-ej doznałem szoku. Woda ogrodzona siatką, w tej pseudo zagrodzie stoją dwa toj-toje oraz podest didżejski z konsoletą – „no to połowiłem”. Próbujemy się przedrzeć przez ten cyrk i pójść w dół rzeki, niestety zatrzymuje nas wygolony kark – „panowie, impreza zamknięta”, myślę WTF? Ktoś sobie brzeg wynajął czy jak? Na pytanie czy nie można tylko przejść dalej, bo raczej z wędkami i plecakami na imprezę nie przyszliśmy usłyszeliśmy „panowie 10 zł i możecie wejść”, po prostu propozycja nie do odrzucenia Dobrze chociaż, że padła z ust miłej pseudo-selekcjonerki, widocznie konstrukcja ta przewyższała możliwości intelektualne sympatycznego pana z ochrony baletu. No nic, zrezygnowaliśmy z wędrówki w dół rzeki i postanowiliśmy obłowić opaskę i przemieszczać się w kierunku mostu gdańskiego. Szczerze przyznam, że sytuacja z imprezą, głośno grający house i uciekający czasu nie napawały mnie optymizmem. Kolejne zmiany przynęt oraz miejsc nie przynosiły żadnych efektów, zawodziły moje ulubione wiślane wobki, na dodatek zaczęło jakoś nieprzyjemnie wiać. Czasu zostało co raz mniej, a my wciąż bez kontaktu, postanowiłem więc wykorzystać moją ulubioną broń – horneta dace 2,5 cm, chociaż akurat kompletnie nie pasował do tego miejsca oraz sposobu jakim łowiłem. Od samego początku jak dotarliśmy nad wodę, ciągnąłem woblerki po wzdłuż brzegu po kamieniach na max 40cm wodzie, hornet w takim miejscu może i owszem ale nie DR. Już w pierwszym rzucie okazało się jednak, że był to strzał w dziesiątkę – okoń piętnastak spada podczas wyjmowania, w drugim rzucie mam trąckę, a w trzecim wyjmuję takiego około 20cm. Już jest git, wymiarowa rybka zaliczona, radość tym większa bo przy tak niesprzyjających ogólnych warunkach…chociaż muszę przyznać że House wpadł nam w ucho Więcej okoni w tym miejscu hornetowi nie udało się skusić, przeniosłem się więc 20 metrów w górę rzeki, przystanąłem na wielkim kamieniu i kontynuowałem łowienie wcześniej obranym sposobem, powoli pod prąd dziubiąc hornetem w kamienie – może to skusiło okonie? Nie wiem. Wykonywałem kolejne rzuty gdy za plecami usłyszałem atak solidnego skubańca, od razu pomyślałem o boleniu, nic innego nie podejrzewałem o zrobienie takiego rumoru. Odwracam się, rzucam pod prąd w to miejsce, szybko zaczynam zwijać z prądem żeby kontrolować woblera i ŁUP. „Siedzi!” krzyczę do Bobka i zaczynam hol, jestem przekonany że to wymiarowy boleń. Hamulec Applause’a gra ulubioną wędkarską melodię, ryba robi kilka młynków i zaczyna płynąć w moją stronę, coś mi jednak w tej walce nie pasuje, boleń walczy inaczej… podprowadzam zdobycz pod nogi i wszystko staje się jasne – to kleń! I to jaki, nogi robią mi się jak z waty, momentalnie pakuję się do wody i próbuję złapać klenisko za kark, pierwsza próba kończy się porażką, ryba robi jeszcze jeden krótki odjazd, podciągam ją ponownie i chwytam za kark, wbijając sobie przy tym jeden grot kotwicy w palec serdeczny – ale to nic, jest moja Stoję osłupiały, takiego klenia z tak bliska jeszcze nie widziałem, nie licząc tych: http://www.youtube.com/watch?v=Z5C_7lv6pSY, ale szwedzkie klenie z mostu to nie to samo Mierzymy rybę – 52 cm, więc jest brąz, niestety w przypływie maksymalnej podniety zapominamy o fotce na tle miarki. Aparatu też zresztą nie mamy, dlatego zdjęcie niestety nie jest pierwszej jakości – Bobkowa nokia nie ma trybu nocnego. Po krótkiej sesji kleń w dobrej kondycji odpływa z moich rąk. Kolejny raz hornet dace okazał się zabójczo skuteczny, kolejny raz biję swój PB właśnie tym woblerem, wiara i przekonanie do przynęty może sprawić cuda. W drodze powrotnej w autobusie zorientowałem się że mam coś srebrnego na nodze, kleniowi łuska, nie wiem jak się tam znalazła, ale jest solidna – wielkości pięciozłotówki. Zdjęcia są słabe, ale mam inną pamiątkę
Komentarze