Tak mógłbym najkrócej scharakteryzować dzisiejszy wypad do Mbini. Z wszelkich wskazówek i wyliczeń wychodziło, że dziś powinno być ‘dobrze’. Toteż z kolegą postanowiliśmy, że jedziemy. O piątej rano, jeszcze przed świtem ruszyliśmy. Na miejsce przybyliśmy już po wschodzie słońca. Ponieważ morze już osiągnęło wysoki stan zarzuciliśmy grunta i trochę pospinowaliśmy. Niestety, zamiast spodziewanego, dużego ruchu ryb – cisza. Na szczęście nie było za dużo słońca więc też i morderczego upału. Kolega co jakiś czas próbował spininga, ja też ale szybko się zniechęciłem. Skupiłem się na gruncie, bo oto było pierwsze branie ale ryba za moment puściła przynętę. I tak cztery razy, zanim doskoczyłem do wędki już było po akcji. Zbliżało się południe, stojąc na brzegu zobaczyłem pływającą między kamieniami murenę. Ale w tej chwili znajomy miał branie. Nie za wielki okaz – cztero-kilowa barakuda – ale już coś ładnego. Kiedy porobiliśmy fotki wróciłem obserwować kamieniste dno. O, jest znowu, szybko wziąłem zestaw- żyłka z haczykiem i ciężarkiem, zaczepiłem kawałek zachowanego mięska karanka i zaczaiłem się. Po około pięciu minutach wypełzła z kamieni i ciach atak na przynętę, zaciąłem ale ryba bez problemu przegryzła przypon. No nic, na szczęście mureny nie strachliwe i nie uciekają, szybko montuję drugi zestaw i znów zarzuciłem, metr od brzegu na głębokości może z pół metra. Znowu wyślizgnęła się spod kamieni i chwyta przynętę. Zaciąłem, tym razem skutecznie. Trochę walki, bo ta ryba-ogon, owinęła się wokół kamienia. Ale po krótkiej szarpaninie mam ją na brzegu. Przeszło dwa kilo, potem fotki i w nagrodę za niebanie się człowieka i miły połów wróciła do wody, aha w czasie walki, już na brzegu , zwróciła mi stracony haczyk;) Tak więc, nie było tego czego się spodziewaliśmy no ale na pocieszenie każdy z nas coś schwytał.
Komentarze