Czasem bywa tak, że wyprawa na ryby jest nieudana. Nie tylko dlatego, że nic się nie złowiło. Niedawno, w grudniu, coś podobnego przeżyliśmy z kolegą w Mbini. Wszystko zapowiadało się dobrze, mieliśmy nawet własnoręcznie złapanego na sieć żywca, nieduże mulaki (rodzaj kiełba ). Rozstawiliśmy grunta i żywca. Pierwsza przeszkoda upał. Tego dnia nie do wytrzymania, a nie mieliśmy nawet parasolki lub w ogóle czegokolwiek, żeby dawało minimum cienia. W takim momencie odechciewa się spinningu. Ja parę razy rzuciłem mojego 55 gramowego poppera ale szybko zrezygnowałem, znajomy się zaparł i co chwila wypuszczał swego 120 gr popka. Patrzyłem na to i z podziwem i ze współczuciem… jak to bywa w nieudanej wyprawie nic nie dało się złowić ale mało tego kolega zaczął nawijać, że te nasze krótkie wędziska (2.10m) to złom i raczej zabawka, że przy czymś większym to się toto połamie. Ledwo przestał mówić, zamachnął się i … trrrach, z wielkim plaśnięciem popper ląduje tuż przy brzegu. Najpierw myślę, że jak to czasem bywa kołowrotek się zaciął ale patrzę na kolegę i widzę, że ma dwie wędki, jedną w ręce a drugą trochę krótszą na plecach;] Okazało się, że kotwiczką popka zaczepił o trawę i tej próby (początkowo jedna no a teraz dwie) wędka nie wytrzymała, no chyba, że to trawa jest taka mocna... Śmiechu było co nie miara ale niedługo potem postanowiliśmy wracać a kolega zdecydował się na zakup czegoś nowego i ‘ciut’ mocniejszego.
Komentarze