Reklama

Incydent

09/03/2016 22:21



Zimno, twardo, niewygodnie.
- dość tego! Czas wstawać! - wymamrotałem i na wpół przytomny wyjrzałem z namiotu. Nadbużańska okolica przywitała mnie z całym swym urokiem, wdziękiem i entuzjazmem. Drugi brzeg rzeki spowijała tańcząca w promieniach słońca mgła. Biało-mleczne kłęby pary unosiły się, opadały, wirowały a to wszystko z niecodzienną gracją, w sobie tylko znanym rytmie i porządku. Wstałem na baczność, rozprostowałem kości przeciągając się niczym kot, na kaflowym piecu u babci. Przed sobą miałem leniwie płynące wody Bugu za sobą las a po lewej, rozciągające się po horyzont pastwiska, urozmaicone tu i ówdzie niewielkimi kępami drzew. Namiot i cały biwak stał skryty w głębokim cieniu liściastych drzew.

- no kolego, to trzeci dzień prawdziwej, wędkarskiej uczty – skwitowałem w myślach. Tak w istocie było. Witał mnie trzeci dzień pod znakiem wędkarstwa, ciszy, spokoju i niezapomnianej przygody, którą to do końca zamierzałem odkryć. Naciągnąłem na zmarznięte stopy, przemoczone od rosy, zimne trampki i ruszyłem przed siebie. Kroki stawiałem wolno chłonąc z gęstej trawy olbrzymie ilości rosy. Ta zdobiła okolicę, otulając dosłownie wszystko, srebrnymi kropelkami. Przeciwległy brzeg był tak piękny tego ranka. Wspomniana mgła unosząc się i falując raz po raz odkrywała zroszone trawy, mieniące się tysiącem odcieni bieli w porannym słońcu. Mgła ewidentnie flirtowała ze słońcem. Odkrywała okolicę by po chwili zasłonić i zmusić do czekania. Czekałem więc, dla takich chwil warto. Chłód nie był dokuczliwy. Wręcz przeciwnie, czerpałem z niego przyjemność wiedząc, że ten dzień też będzie bardzo upalny.

- trzeba złowić dziś sandacza i to koniecznie – pomyślałem. Narzuciłem na siebie kamizelkę wyposażoną w asortyment spinningowy, do ręki wziąłem wędkę i udałem się w górę rzeki. Z zadowoleniem pokonywałem zwalone drzewa i wysokie klify na zewnętrznym jej zakręcie. Teren był naprawdę trudny do wędkowania. W wodzie leżały konary drzew, brzeg także dość gęsto nimi usłany a to wszystko oglądałem z kilkumetrowego klifu.
"Gdzie patyki tam wyniki" – znacie to? Pewnie, że znacie a więc wyobrażacie sobie co mogło na mnie czekać. Gdzie tylko się dało, posyłałem woblerka lub gumę, penetrując wolne od konarów skrawki rzeki. Uszedłem kilkadziesiąt metrów mając wrażenie, że z każdym kolejnym woda jest trudniejsza, bardziej tajemnicza i tym samym ciekawsza.
- jeszcze kilka rzutów i wracam na śniadanie do obozu – zaplanowałem. Wtem poczułem mocne szarpnięcie i luz.
- zerwało plećkę czy jakie licho? - nic z tych rzeczy. Ryba ewidentnie murowała do brzegu chowając się w jamach i konarach drzew.
- to nie będzie proste – skwitowałem z radością. Podjąłem próby pompowania i przygoda rozpoczęła się na dobre. „Lokomotywa” zaczęła odjeżdżać w górę a więc czas na spacer. Nie było szans zatrzymać bestii. Prowadziła mnie jak chciała, czasem tylko zwalniała dając mi pokonać kolejne zwalone drzewo. Dowędrowałem, nieustannie pompując, do olbrzymiego drzewa opadającego w poprzek klifu aż do samej wody. Ryba poszła dołem a ja zostałem po niewłaściwej stronie. Linka oparła się o gałęzie. Jedynym sposobem jaki przyszedł mi do głowy było wejście na drzewo, wiszące nad wodą i przełożenie plecionki za gałęziami. Zadanie nie było proste. Czułem jak ryba kradnie kolejne metry a ja nie mogłem za nią ruszyć. Wdrapałem się na pień i ostrożnie zacząłem się przesuwać w stronę środka rzeki. To wszystko jakieś 4 metry nad wodą a na końcu linki szalejący potwór. Spociłem się mimo tego, że ranek wciąż był chłodny. Tak się zająłem operowaniem wędką wśród gałęzi, że straciłem równowagę i wypuściłem wędkę. Odruchowo chwyciłem się jednej gałęzi ale ta pękła i poczułem, że spadam. Z przerażenia zacisnąłem oczy i zęby oczekując na kontakt z wartką wodą. To się nie wydarzyło, zaczepiłem się kieszenią spodni o sęk i zawisłem nieporadnie głową do dołu.
- psia krew! - zakląłem siarczyście. Nie bardzo umiałem sobie poradzić w zaistniałej sytuacji. Nie mogłem chwycić gałęzi, o którą się zaczepiłem a wisiałem jakieś 1,5 metra nad wodą. Wołanie o pomoc na nic się zda bo byłem na totalnym odludziu, zdjąć spodnie i wpaść do wody, w której są konary też mi się nie uśmiechało. Zdjąłem kamizelkę i rzuciłem w stronę brzegu. Nagle poczułem ukłucie w plecy, potem drugie i trzecie. Spostrzegłem, że z dziury w klifie wyroiły się osy. Zaczęły mnie kąsać a ja wpadłem w totalną panikę. Zacząłem się szarpać, kląć, miotać i znowu kląć. W ferworze spodnie się uwolniły a ja wpadając do rzeki uderzyłem potylicą o podwodną gałąź......
Po chwili oprzytomniałem leżąc głową w dół na stromym klifie. Bolała mnie głowa, którą zdobił olbrzymi guz na jej tyle. Poczułem także, że piecze mnie lewa strona. Obejrzałem się po sobie i dochodząc do siebie  stwierdziłem, że mam cały czerwony bok.
- jak to się do cholery mogło stać? - usiłowałem sobie przypomnieć incydent. Na marne! nie pamiętam!
- zaraz, zaraz jak ja się w ogóle znalazłem na brzegu? Dodatkowo w takiej pozycji? - darmo szukałem odpowiedzi. Spojrzałem w prawo a obok mnie leżała wędka. Pytań coraz więcej a odpowiedzi brak, za cholerę nie pamiętam. Nogi miałem jakieś odrętwiałe.
- cóż ten bok mnie tak piecze? Cholera, wygląda jak poparzony ale od czego? Przecież nie od wody? Może to te osy? - prowadziłem polemikę sam ze sobą. Rozejrzałem się dookoła raz jeszcze. Coś nie dawało mi spokoju. Ranek się jakoś zmienił. Spojrzałem na drugi brzeg i zdrętwiałem cały.
- słońce! Cholera jasna, słońce! Co ono tam robi?  - przed zdarzeniem miałem je za plecami. Stało się jasne, że przeleżałem nieprzytomny niemal cały dzień. Bok mnie piekł bo spaliło go intensywne słońce i te drętwe nogi, to dlatego, że były w górze cały dzień. Tysiące myśli przebiegło mi przez głowę. W pośpiechu spakowałem rzeczy, nawet do końca nie pamiętam jakim cudem udało mi się tak szybko zwinąć namiot złożyć wędki i zapakować do samochodu. Pamiętam tylko, że w aucie poczułem się bezpiecznie. Powróciły pytania. Czy ktoś mnie wywlókł z tej wody i tak zostawił obok kładąc wędkę? Ale czy ktoś zostawiłby nieprzytomnego człowieka i odszedł? Czy ja temu komuś zawdzięczam życie? Czy mam być zły, że mnie nie zabrał? A może nikt mnie nie wyjął? Może ja sam nieświadomy tego co się dzieje wygramoliłem się na brzeg? Tylko skąd ta wędka?

Nie wiem!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama