„Na przyrost 1kg masy Łososia z hodowli potrzeba 5kg Sardeli”(!) To cytat z reportażu telewizyjnego o wyniszczaniu przez człowieka zasobów mórz i oceanów poprzez nadmierny połów przemysłowy dużych ryb. Tych małych z resztą też, co jest w napisane w przytoczonym cytacie. Po obejrzeniu tego reportażu zacząłem się zastanawiać nad tym, co może zrobić w tym temacie ktoś taki jak ja – wędkarz amator? Można rzec, że to nas, wędkarzy nie dotyczy, bo przecież nie poławiamy przemysłowo i nie prowadzimy takich hodowli. No właśnie, co? I może to nic odkrywczego, ale…pomyślałem, że należy zmienić swój punkt widzenia i (przynajmniej się starać) zarażać nim innych. Oczywiście świadomości i przyzwyczajeń ludzkich (swoich także) nie zmienimy ot tak po prostu. Nie należy też na siłę wpajać innym, że trzeba przerzucić się na spożywanie li tyko pokarmów roślinnych. Lecz kupując (skądinąd smacznego) np. łososia norweskiego w hipermarketach, przynajmniej mieć na uwadze, ile (dziesiątki kg) innych mniejszych ryb trzeba było odłowić do wykarmienia takiego kilkukilowego łososia. A takich okazów w sklepach wielko powierzchniowych są tony. Pamiętać należy przy tym, że kiedyś (przy takiej eksploatacji mórz i oceanów), może nawet w niedalekiej przyszłości, te zasoby się skończą. Dlatego pisząc powyższy tekst chcę zwrócić uwagę na nasze, śródlądowe zasoby fauny, które też, o czym wszyscy zwłaszcza starsi wędkarze wiedzą, mogą się skurczyć poprzez nadmierną eksploatację rzek i jezior przez samych wędkarzy. Wiem, że powiecie o rybactwie śródlądowym. Że to oni (rybacy) właśnie w głównej mierze przyczyniają się do pustoszenia rybostanu w każdej postaci. Przyznam, że ja (i mam na to dowody) myślę tak samo. Nieoznakowane sieci o oczkach przez które z trudem przeciśnie się Ukleja, rozciągnięte i zanurzone poniżej lustra wody w poprzek rzek, rzeczek i kanałów. To wszystko widzimy i na to się oburzamy – MY wędkarze! Dlaczego zatem zgadzamy się lub dajemy ciche przyzwolenie na nadmierny połów przez sąsiada – wędkarza z łowiska obok nas? Często widzę, jak w okresie wiosenno-jesiennym, a i zimowym (spod lodu) też, nasi koledzy łowią na potęgę (czyt. wytępienie) Okonia, Płoć, Szczupaka czy Sandacza. O tzw. sportowej Uklei też należy wspomnieć, bo na zawodach w sezonie poławia się jej tony! Wygrywa się nią (Ukleją) zawody i jest kolejny powód do „dumy”(?) Idę o zakład (dolary przeciw kasztaną), że prawie w 100% te rybki staną się po prostu padliną. Wiem, że do pewnych decyzji trzeba dojrzeć. I nie mam tu na myśli wieku wędkarza. Właśnie trzeba dojrzeć do „innego punktu widzenia” czy postrzegania rzeczy inaczej. Mniej konsumpcyjnie, a bardziej dalekosiężnie. Mam wielu kolegów, co to „muszą” złowić w sezonie tyle ryb, aby się im opłata za kartę wędkarską zwróciła. Bo „przecież zapłaciłem”. Resztę przemilczę. Sam kiedyś (kilka sezonów wstecz) zabierałem złowione przez siebie ryby, głównie pstrągi (inne gatunki też) i wiem, że wyrzutów sumienia nie było! Nigdy jednak nie brałem ich ponad to, co mogłem (nie obżerając się) spożyć na kolacyjkę – skromną. Tego, jak i samego zamiłowanie do fauny i flory zresztą nauczył mnie mój Ojciec już w latach 60-tych. A wówczas, co pamiętają starsi wędkarze (wspominałem) ryb było pod dostatkiem. I takie moje podejście zostało, z małą korektą, że teraz złowione ryby wypuszczam. Wszystkich oczywiście nie da się wypuścić, ba nawet niektórych nie można. Czasem jest ona zbyt okaleczona czy to przynętą czy to samym holem lub chorobą. Ale takich w sezonie jest może kilka. Z reguły jednak wracają w dobrej kondycji do swojego środowiska. Dlatego też dziwię się i dalej będę się dziwił kolegom wędkarzą, co to dziś zabierają pełne reklamówki, a nawet hoboki złowionych przez siebie rybek, z Okonkami czy Płotkami w roli głównej. Celowo piszę o tych rybach zdrobniale, bo często 80% z nich nie ma wymiaru ochronnego, który występuje na danym akwenie. Mnożąc takie ilości przez setki wędkarzy, którzy stoją z wędkami w ręku nad brzegami rzek i jezior daje to pokaźne ilości (moim zdaniem) zmarnowanych ryb. I nie chodzi im o to żeby wykarmić rodzinę (widzę takich i tych samych dziesiątki, co dzień w Szczecinie nad Odrą i okolicy), ale właśnie o punkt widzenia. „Inny punkt widzenia”. Odmienny od mojego.
Komentarze