Na niedzielę zapowiadano ładną pogodę, więc szwagier Andrzej, kolega Arek i ja postanowiliśmy wybrać się na rybki. Sobotni połów żywca nie powiódł się, karasie, jakby się pod muł zapadły, pomimo łowienia na trzy wędki skusiła się jedna sztuka.W tej sytuacji nie zostało nam nic innego, jak sięgnąć głębiej do kieszeni i zrobić zakup odpowiedniej ilości żywców.
Wyjeżdżamy jeszcze nocą, aby skoro świt zameldować się na wytypowanym łowisku, no i wiadomo, żeby być tymi pierwszymi. Meldujemy się o brzasku zadowoleni, bona „MUROWAŃCU” nie ma żywej duszy. Już się umawiamy, gdzie kto będzie łowił. Najpierw jednak schodzimy nad wodę zobaczyć, czy nikt nie zajął wcześniej stanowisk. No i tam jakbyśmy dostali obuchem w łeb, wszystko pozarastane, wypłycone i pełno rzęsy. No wprost nie ma gdzie wepchnąć spławika. Krótka narada i postanowiliśmy jechać na stare koryto Pilicy za Sulejów na tzw. POCIOSEK. Tam wszystko gra, to znaczy brak wędkarzy. Rozkładamy sprzęt i łowimy.
Marnie to nam jednak idzie, przez półtorej godziny żadnego brania. Łowimy na żywce, próbujemy też na pinki, może jakiś leszczyk lub płotka się skusi. Ja postanowiłem zwinąć wędki i spróbować na spinning. Gdzie tam, obrzucałem wzdłuż i wszerz i lipa. Przychodzi szwagier i rzuca hasło – a może by tak na grzybki panowie. Krótka narada z Arkiem i w ten oto sposób wylądowaliśmy - po czterdziestu minutach jazdy - za Inowłodzem.
Nazbieraliśmy po dwie torby maślaczków. Także nasze panie w domu były zadowolone, no może nie z obierania, ale przynajmniej parę słoiczków się zamarynowało. A i kolacyjka ze świeżutkich maślaczków z cebulką i jajeczkiem była przepyszna. Chociaż pewien niedosyt pozostał, ale rybki w wodzie również. Dzięki jesiennej porze można właśnie przyjemnie czas spędzić z kijem lub wiaderkiem w ręku. Pozdrawiam zegar
Komentarze