Otwarte pozostawało pytanie, czy jedziemy na dwie noce na Mazury, czy tylko nad Wisłę, na jednodniową „powtórkę z rozrywki”. Gdy się wyjaśniło - decyzja zapadła natychmiast. Jeszcze w pracy, przed szesnastą, zrobiłem przelew opłaty za łowienie przez trzy dni. Jeszcze przed obiadem Dorota zarezerwowała nocleg. I jeszcze przed piątkową nocą dojechaliśmy na miejsce.
Jezioro Maróz robi dobre wrażenie. Woda w nim czysta, a na brzegach stosunkowo mało zabudowań. Strefa ciszy, choć w niedzielę zaskoczyli nas rybacy z gospodarstwa w Swaderkach, którzy postawili sieć, a następnie popłynęli na silniku do domu. Nie nastawialiśmy się na sukcesy, bo ja jeziora nie znam wcale. Poza tym szukaliśmy miejsca na spławikowe wędkowanie, kierując się nie ukształtowaniem dna, ale tym czy przy brzegu wieje wiatr lub świeci słońce.
Niestety taktyczne podejście do problemów było utrudnione. Łódkę można wypożyczyć w ośrodku, tylko, że dużo gorzej z takim jej wyposażeniem, jak ciężarki lub kotwice. Improwizowałem. Sznurek do bielizny i dwa kawałki muru musiały wystarczyć. Brało fajnie. Dużo patelniowych, w większości ponadwymiarowych, plotek. Trafiały się też leszcze. Przez dwa dni nałowiliśmy się tyle, że Dorocie pogłębiła się kontuzja prawego przedramienia. Ale nie pokazywała po sobie, że ją boli. Walczyła dzielnie o każde branie. Rzucała z wiatrem i pod wiatr. I wreszcie poznała wszystkie rodzaje jeziorowych brań: od skubania, poprzez prowadzenie, aż do klasycznego, leszczowego wykładania spławika.
Wystarczyło zanęcić płatkami na sześciu metrach. Łowiliśmy na pęczki białych robaków. Także na tzw. kastery, czyli robaki w drugiej fazie przepoczwarzenia. Zwykle służą do przywabienia sporych leszczy, ale okazało się, że są przysmakiem także dla płotek.
Na pewno wrócimy nad to jezioro. Jeśli nie będzie nam brało, pojedziemy do Swaderek na smażonego szczupaka. A jeśli będą brania takie jak tym razem, z zapamiętaniem będziemy siedzieli na łódce, aż do zmroku.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze