Dzień pogodny i bezwietrzny i oczywiście duży apetyt na upolowanie okazu. Około 11:00 udało mi się namówić moją żonę na wyjazd nad wodę, wybór padł na kanał w Przybyszowie. Zaznaczam że zarówno moja żona jak i 12 letnia córka wędkują ze mną i nie boją się robaków. Po krótkich przygotowaniach ok. 14:00 byliśmy na łowisku krótki rekonesans z moim 3,5 letnim synkiem na znalezienie miejscówki i po paru chwilach rozkładamy sprzęt w wąskim przesmyku pomiędzy dwiema olszynami , oczywiście jest prawdopodobieństwo zaczepów ale lepszego miejsca nie ma . Tuż opodal na sąsiednim stanowisku młody wędkarz też rozkłada sprzęt więc wynika z tego że też przed chwilą właśnie przyjechał , tuż przy trzcinach z wody wyskakuje z wody narybek - o ho okoń w akcji ,a może szczupak? Miejscówka w sam raz na płoć no i lin lubi to miejsce. Na haczyk trafia kukurydza, zanęta do wody , wcześniejszy pomiar wskazał 1,20 m do dna, ustawiam 1,15 i teraz się zacznie (myślę w duchu) rzut i tego sie nikt nie spodziewał --NIC Po godzinie dalej-- NIC Po dóch dalej nic , na sąsiednim stanowisku koleś na kukurydzę wyciąga płoć za płocią i wzdręgę za wzdręgą rzucam do wody zanętę , kukurydzę , NIC, zmieniam grunt na sugerowany przez miejscowego wędkarza na 30-40 cm NIC o co chodzi zachodzę w głowę NIC po 4 godzinach niczego pakujemy sprzęt do auta i NIC w końcu jutro też jest dzień. Jedyną zaletą wyjazdu było wspólne spędzenie kilku godzin z rodziną co ostatnio rzadko się zdarza. Ryby miały karys i nie brały, wracamy do domu o kiju.
ps. Koleś na sąsiednim stanowisku wyciągnął ze 4 kg dorodnych płoci i wzdręg.Dziś był Jego dzień.
Komentarze