Reklama

Karp nocą

20/06/2012 09:25
Nad starorzecze Raby w Stanisławicach dojechałem na godzinę przed zachodem słońca. Czasu miałem aż nadto żeby wszelkie niezbędne sprzęty i rupiecie wędkarskie na nocną zasiadkę poznosić na łowisko. Czerwcowe noce /początek miesiąca/ już są ciepłe, ale dla bezpieczeństwa przed zimnem w samochodzie miałem koce, kurtkę, polar i węgiel drzewny na grilla. Biwak miałem blisko postoju samochodu, więc cała lupa sprzętu była łatwa do przeniesienia. Tradycyjnie rozpocząłem od rozłożenia fotelika, wygoda to podstawa, a następnie podpórki, rozłożenie podbieraka /nauczony smutnym doświadczeniem – zawsze go rozkładam jeszcze przed wędkami/, złożenie wędek na widełkach. Teraz czas na namiot bo zapowiadali przelotne opady, a bagaż, jedzenie oraz sprzęt warto zabezpieczyć przed deszczem.
No, wreszcie zaczynam wędkowanie, więc długopis w rękę i … to co jest najgłupsze z całego wędkowania. Wpis do rejestru, data, miejscówka i odkładam biurokrację do namiotu, bo nie wiadomo czy będzie co wpisywać dalej. Uwielbiam nocne łowienie na stojącej wodzie ze świetlikiem.
Pierwsza przygotowywana wędka to spławikówka z wagglerem, do którego zamontuję świetlik. Wędzisko teleskopowe Shakespear`a ma długość 4, 00m, kij swoje już przeżył, ale żywię do niego wielki sentyment za wspólne walki z rybami, jego wspaniałą pracę i wyrozumiałość na moje wędkarskie błędy, które dzięki swej akcji potrafi skorygować.
To starorzecze cechuje niski poziom wody do 1, 50m, dużo mułu, jest zarośnięte roślinnością zanurzoną – jest to ciężkie łowisko, które jednak nagradza pięknymi linami, leszczami i sporadycznie karpiami. Ktoś kto znajdzie sobie odpowiednie dołki, polanki w zarośniętym dnie, może liczyć że zanęta zrobi resztę, ściągnie i zatrzyma ryby. Jednak na kołowrotku mam żyłkę 0,17 a przypon tradycyjnie 0,10 i hak niewielki pod pęczek czerwonych robaczków. Tym zestawem mam zamiar złowić lina, bo od kilkunastu dni czerwonymi robakami sukcesywnie nęciłem na wypatrzonej polance wśród rdestów. Jednak jeżeli podejdzie tutaj karp to miej mnie Panie Boże w swej opiece – czarno widzę hol w tym zarośniętym starorzeczu. Druga przygotowywana wędka to karpiówka Kongera 3,90 długości, z żyłką 0,30, sprężyną zanętową bez obciążenia /starorzecze jest bardzo muliste/ i na przypon plecionka 0,06. Tutaj zakładam na włosie kukurydzę konserwową, w starorzeczu wędkarze nie nęcą kulkami, miejscowi tradycyjnie łowią na kukurydzę z puszki.
Więc czas rozpocząć zabawę, gruntówka już posadowiona w stojaku, zestaw w wodzie a swinger podpięty do żyłki – można i spławikówkę zarzucać.
Jeszcze waggler się dobrze nie ustawił po zarzucie w zanęcone miejsce a w uszach brzmiał mi plusk wpadającego zestawu do wody, gdy nocną ciszę rozdarł przeraźliwy krzyk ptaka. Na tle zachmurzonego nieba coś dużego przeleciało. Z chmur wyłonił się jasno świecący księżyc oświetlając nocnego powietrznego łowcę. Tuż przy krzakach, na pniaku po zwalonej przez bobry wierzbie siedziała wielka sowa z białym podbrzuszem. Ptak był duży, miał około 50cm wysokości, a gdy przelatywał to rozpiętość jego skrzydeł miało około 100cm. Z pewnością mając tak wyczulony wzrok musiała mnie widzieć jeszcze przelatując nade mną, mimo wszystko usiadła w takiej bliskości człowieka. W księżycowej poświacie zobaczyłem że położyła swój łup przed sobą, kilka razy zakrzywionym dziobem uderzyła w niego, po chwili znikła ofiara w gardzieli ptaka. Pierwsza moja myśl to że pewnie złowiła mysz, ale po chwili uświadomiłem sobie że krzyk który przed chwilą słyszałem to mógł być ostatni głos innej pierzastej istoty.
Obserwując sowę, nie zauważyłem że świetlik zamontowany na wagglerze w którymś momencie zniknął pod wodą. Szybkie ale delikatne cięcie i poczułem jak kij się wygina, a żyłka wysuwając się z kołowrotka przy dobrze ustawionym hamulcu delikatnie „gra”. Ryba z pełną premedytacją zmierza w zielsko, a co gorsza tuż obok spławika majaczą się gałęzie zatopionej topoli. Nagle zmienia kierunek i zaczyna płynąć wprost na mnie!
Kołowrotek nawija szybko żyłkę a ja dodatkowo jeszcze manewruję wędką aby mieć odpowiednie napięcie żyłki – wszak przypon to 0,10 , a czuję że ryba waleczna i spora.
Znowu zmiana kierunku, teraz to już jest na pograniczu zielska i prze ku dołowi. Dno tutaj jest specyficzne, muliste ale gęsto usiane resztkami gałęzi po wiatrołomie który poniszczył okoliczne drzewa. Wtem słychać trzask, wędka oddaje do tyłu a ja mam przed nosem migający świetlik. Niestety przypon pęknął, możliwe że na skutek zaczepienia o gałąź w wodzie, możliwe że jednak zbytnio napiąłem wędkę. Jeden do zera dla ryb w tym pojedynku ale pojedynek jeszcze trwa, jeszcze nie czas rzucać ręcznik po tym ciosie.
Wracam na fotelik, gazowa lampa filuje gdy wiążę nowy przypon. Coś mnie korci aby dać żyłkę 0,12 ale wiem że lin, a jestem przekonany że to był lin, jest ostrożny i płochy. Pozostaję przy 0,10 tylko dokładnie sprawdzam węzeł z główną żyłką, sumiennie wiążę haczyk. No i od nowa waggler w wodzie i świetlik migocze. Podnęciłem siekanymi gnojaczkami z małą ilością zanęty.
No to teraz kawa, radyjko i słuchawka do ucha – relaks, oby tak wyglądało nasze niebo, wędkarskie niebo.
Nagle kątem oka zauważam z boku jakiś ruch, uff, to tylko sowa która pomimo tego że wstawałem z fotelika, ruszałem się po brzegu, nie odleciała. Teraz stroszy pióra, czyści je ale coś zauważyła i zerwała się do lotu w kierunku łąki. Jakoś raźniej mi się zrobiło, pewnie i ona coś złowi, pomyślałem że to dobry omen. Kawa wybornie smakuje na zasiadce, kubek ogrzewa dłonie, zaczyna się ochładzać powietrze – patrzę jest godzina 21,30. Podnęciłem przy świetliku, popatrzyłem czy swinger ma odpowiednie napięcie żyłki i zaczynam wspominać walkę którą przegrałem z rybą. Czas już rozprostować nogi, nich coś się dzieje bo usnę. Trzy dni temu wieczorem aż do 23,00 liny pięknie żerowały, a w nocy leszcze i karpie brały jeden za drugim. A może tak będzie i dziś… eh!
Coś się zaczyna znowu dziać bo spławik raz się delikatnie chowa pod wodę, to znowu kładzie na powierzchni. Typowe zabawy lina z wędkarzem, śrucina nad dnem podnoszona jest minimalnie w górę i wyporność kładzie spławi na wodzie. Zielonkawy żar świetlika pięknie tańczy, czekam cierpliwie na dłuższe głębsze przytopienie spławika i zacinam.
Żyłka napręża się, kołowrotek cichutko gra przy każdym odjeździe ryby i dzięki Bogu świetlik pokazuje że ryba idzie w stronę gdzie nie ma zaczepów. Oj niedobrze, chlupnęła spod powierzchni, dość głośno to brzmiało, walczy o wolność a silna i wytrwała w swych harcach. Powoli ściągam ją do brzegu, już spod lustra wody co chwilka płetwa grzbietowa tworzy kilwater. Podbierak w wodzie i lin, bo to większa sztuka, ląduje na brzegu. Pięknie lśni zielonkawo złociście w świetle latarki , duży bo miara wskazuje 52 cm, waga wskazuje 3,10 kilograma. No to czas na sesję zdjęciową, wyciągam aparat i … słyszę mechanizm ale obiektyw marto tkwi w korpusie. Jeszcze kilka razy próbuję uruchomić, przedmuchuję i delikatnie obstukuję a nuż jakaś drobinka piasku blokuje – nic z tego. Szybko rezygnuję z zdjęć bo lin w podbieraku wsadzony do wody zaczyna się coraz bardzie głośno zachowywać.
Odhaczam zdobycz i delikatnie wpuszczam do starorzecza, niech się rozmnaża i w przyszłości mnie raduje kolejnymi odwiedzinami. Już mogę w zasadzie dać sobie spokój z połowem linów. Po tym spławianiu i chlapaniu w podbieraku to linki odpłynęły. Nie ma zdjęcia, nie ma potwierdzenia że jeszcze takie tutaj można złowić.
Przygotowuję w miejsce spławikówki lekką gruntówkę ze sprężyną bez obciążenia, uzbroję ją na leszcza. Na przynętę mam makaron gwiazdki z czosnkiem, haczyk z długim trzonkiem.
Jest godzina 22.15, zaczyna się robić chłodniej a i niebo się przejaśnia i widać gwiazdy.
Coś zaczyna skubać kukurydzę, swinger podryguje i nagle jeeedzie w górę. Zacinam i jest zabawa. Bez dwóch zdań karp i to ładna sztuka. Reguluję hamulec dość twardo, i z miejsca próbuję ściągać. Z początku stawiał opór, ale po chwili ruszył w kierunku zatopionej wierzby. Gdybym nie podregulował hamulca miałbym po rybie, teraz jednak trzeba ją skierować w lewo i bliżej brzegu. Z oporem ale mi się udaje, ryba złapała już drugi raz powietrza i powoli traci siły. Podbierak, mata i odhaczanie – miara 68 cm i waga 6,20 kg.
Co za pech z tym aparatem, fotki by były piękne, tym bardziej że po wypuszczeniu karpia stanął bliziutko brzegu na łasze piasku i zdjęcie by było śliczne.
Do rana jeszcze kilkakrotnie miałem sposobność poznajomić się z karpikami, mniejsze ale równie waleczne jak ten duży. Niestety około 4,00 zaczęło padać, zerwał się silny wiatr a w oddali słychać było grzmoty burzy.
Szybka rejterada, powrót do domu i śniadanko. Trzeba się przyglądnąć aparatowi – zdjęcia muszą być z każdej wyprawy.
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama