Dzięki firmie Ark Charter i portalowi www.wedkuje.pl przeżyłam wspaniałą wędkarską przygodę, jaką niewątpliwie jest WYPRAWA NA DORSZE. Kilka dni po dowiedzeniu się, iż to właśnie ja zostałam zwyciężczynią w konkursie na najlepszą fotogalerię, złożyłam wstępną rezerwację rejsu – na miesiąc maj. Jako osobę towarzyszącą wybrałam moją przyjaciółkę Martę, która tak jak ja odnajduje relaks nad wodą.
Po potwierdzeniu rezerwacji oraz dość długiej podróży do Kołobrzegu, przyszedł czas na początek prawdziwej przygody. Zbiórka o 6:00 rano nie jest niczym strasznym, kiedy się wstaje, by stawić czoła nowemu wyzwaniu. Takim niewątpliwie było przekonanie uczestników, że baby też potrafią łowić...
Szczerze mówiąc o wędkowaniu morskim miałam blade pojęcie, tak jak i moja towarzyszka. Można by powiedzieć - cóż to za filozofia? Wędka, kołowrotek, pilker i jedziemy… nic bardziej mylnego! Wzorując się wzrokowo na zestawach zrobionych przez stałych bywalców morskich wypraw, na wypożyczonych wędkach sporządziłam nam pseudo przywieszki . Do ich zrobienia użyłam główek jigowych i twisterów w kolorze seledynowym.
Na około 30 minut po wypłynięciu z portu, przyszła pora na zjedzenie śniadania. Szef załogi serwował kiełbaski z wody ze świeżutkim chlebem. Dodatkowo można było obudzić się kawą lub rozgrzać gorącą herbatą. Tuż po posiłku doszło do naszych uszu głośne trąbienie (jeden ciągły sygnał). Dowiedzieliśmy się, że oznacza on początek połowu, a dwa krótkie dźwięki to nakaz szypra, aby zakończyć łowienie.
Niestety pierwsze dwa napłynięcia przyniosły rybę tylko jednemu uczestnikowi. Po ujrzeniu dorsza na pokładzie jeszcze bardziej zapragnęłam osobiście poczuć hol ryby na własnym kiju. Nie minęła minuta, a dorsz już zawiesił się na moim pilkerze. Nie był duży – miał około 1,5-2 kg, ale sprawił mi dużo radości:). Po kolejnych napłynięciach na łowisko zmieniłam kolor twisterów na motor oil, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Dorsze atakowały i zawieszały się (poprawnie) tylko na przywieszkach. Zaraz także efekty zmiany koloru odczuła moja towarzyszka wyprawy. Przy trzecim wyjmowanym dorszu wołała o pomoc szypra: „Proszę Pana, ja mam rybę, ale nie mam siły jej wyjąć!”. Rzeczywiście, ryby murowały do dna mocno i zaraz mdlały ręce.
Dobry szyper oczywiście pomagał, tak wszystkim przy lądowaniu dorszy i napełnianiu zbiorników do ich przetrzymywania , jak i w szczególności zmęczonej Marcie. Jako jedynej udało mi się wyciągnąć ( na moje magiczne przywieszki) dwa dorsze na raz , czyli dublet. Kiedy zdarzyło się to drugi raz, ktoś z łowiących westchnął : „Znowu ona..?!?” Chwilę później dostałyśmy upomnienie od szypra, abyśmy trochę przystopowały z łowieniem : „Bo się chłopaki denerwują”. Rzeczywiście – wielu z nich miało po 1-2 sztuki, nowicjusz do tej pory nie wyjął nic…
Swój debiut na kutrze uważam za bardzo udany. Razem z przyjaciółką dopłynęłyśmy do portu z dwoma kompletami dorszy. Pod względem skuteczności byłam druga z kilkunastu osób na całej jednostce. Marta miała nawet bliskie spotkanie z diabłem morskim, którego udało jej się wyłowić. Po zakończonych połowach przyszła pora na pyszną grochówkę – lepszą nawet od babcinej.
Moja koleżanka przeszła szybki kurs sterowania kutrem, a ja z obsługi elektroniki znajdującej się na pokładzie. Wróciłyśmy opalone, zadowolone z połowów i pod wielkim wrażeniem, że przyjemność z łowienia na morzu może przewyższać tę, jaką czerpiemy z codziennego, słodkowodnego wędkowania…
Cały czas wracam myślami i pamięcią do tamtej niezapomnianej, morskiej przygody, a już wkrótce zamierzam kolejny raz wybrać się na dorsze do Kołobrzegu. Oczywiście na jednostce Ark i rzecz jasna z Martą, żeby jeszcze raz pokazać, że baby potrafią łowić…także na morzu.
Komentarze