Koniec sezonu zbliża się nieuchronnie więc ile razy uda nam się jeszcze wyskoczyć nad wodę. Pogoda coraz częściej płata psikusy z wiatrem a deszcz jest dodatkiem do złośliwości z jej strony. Jest czwartek gdy zaczynam pisać to opowiadanko bo dostałem dwie oferty od kolegów na sobotni wypad na drapieżnika, nie umiem odmówić gdyż to może być ostatni raz w tym sezonie. Halny na nowo rozpędza się momentami do 70-tki więc jak taki będzie w sobotę to po wypadzie .
Powoli muszę nastroić żonę co do soboty a o niedzieli z rana nie wspomnę bo będzie narzekać więc już dzisiaj zaczynam podchlebianie się. Zrobię zakupy w piątek by nie chciała jechać w sobotę ,posprzątam żeby nie narzekała że nic nie robię w domu i tak będzie pewnie do jutra wieczorem aż pokapuje o co mi chodzi więc do dzieła. Mam drugą zmianę w tym tygodniu więc dzisiaj jakiś dobry obiadek to na pewno zarobię jakiegoś punkcika. Jeszcze dzisiaj poodkurzam to też coś do robie ,będzie więcej plusów jak minusów. Po przyjechaniu z pracy coś podejrzewała ale szybko zbiłem żoncie z tropu bo wykręciłem się Bartkiem czyli najmłodszy syn bawił się odkurzaczem więc podkurzaliśmy a z obiadem nie zaskoczyła tylko skomentowała to tak; nareszcie postarałeś się.
Ja zadowolony że mój plan zaczyna działać więc spokojnie jadę do pracy. Po powrocie ku mojemu zaskoczeniu zobaczyłem listę zakupów i od razu wydało mi się to podejrzane że po ptakach z moim planem. Lecz gdy wróciła z pracy w piątek to mi się złapało na grzbiet bo te zakupy miałem zrobić rano więc szybko do sklepu i gotowe. No i masz ci babo placek w sobotę muszę iść do pracy ale tylko do 13-tej więc umawiam się na popołudnie z dwoma kolegami .Pojedziemy więc za sandaczem i posiedzimy gdzieś do 21-wszej bo o poranku w niedzielę też trzeba odwiedzić jezioro może jakiś zębatek połakomi się na ukleję. Sobota ale mną kręci normalnie nie mam miejsca ,koniec pracy jadę do domu zjadam obiad i słyszę od żony ;o której jedziesz i do której będziesz siedział .Aż mnie zatkało, no to koniec, myślę sobie a tu zaskoczyła mnie na całej linii.
Wstąp do tesco i kup jabłek więc uszczęśliwiony pakuję się szybko ,przebieram i chcę wychodzić gdy słyszę pytanie o niedzielę ,chwila namysłu i odpowiadam że tylko z rana na 2-3 godzinki no i posypały się na mnie spojrzenia domowników. Szybkie tłumaczenie że to mogą być ostatnie wypady bo pogoda ma się popsuć a wtedy już będę siedział w domu do wiosny , a żeby trochę załagodzić to dodaję że jedziemy na karpia (bo wiem że lubi) i to troszkę łagodzi spór więc pomału wychodzę i do auta. Jadę ,zabieram po drodze kolegów i opowiadam im zajście z żoną na to jeden mówi że miał to samo a jak wróci bez ryby to jutro ma z głowy wędkowanie bo z takiego łapania nie ma pożytku. Przyjeżdżamy nad jezioro w miejsce wcześniej uzgodnione ,schodzimy ku wodzie i zaskoczeni widzimy że miejsca w których mieliśmy zamiar posiedzieć są zajęte, więc szybka decyzja gdzie jedziemy.
Pada kilka propozycji i wybieramy w miejsce gdzie faktycznie można złapać karpia ale my mamy tylko trochę makaronu i parę czerwonych więc znowu problem trzeba zajechać po kuku. Wypakowujemy sprzęt, chłopaki noszą nad wodę a ja do tesco ,kuku i od razu zakupy. Jest godzina 16-sta zarzucamy 3 kije na ukleje i 3 na makaron ,kuku i czerwonego z dodatkiem pinki. Teraz pozostało tylko czekać kto pierwszy dostąpi zaszczytu pierwszego brania więc otwieramy po piwku ,tradycyjnie STRONG w puszce i siadamy .Dymek z papierosa i piwko plus spokój i cisza to coś pięknego, marzenie nie trwa długo bo zjawia się dwóch krzykaczy i cały czas opowiadają tak głośno że zaczynamy się wkurzać. W pewnym momencie kolega nie wytrzymał i zwrócił im uwagę to na chwilę było cicho ale chyba byli na dobrym gazie gdyż po chwili to samo. Nie zwracamy uwagi na obecność sąsiadów ,siadamy blisko siebie i w swoim gronie wspominamy letnie przygody z wędką których kilka było.
Pierwsza ,druga godzina mija i żadnego brania tylko krzykaczy słychać . Rozpalamy ognisko ,pieczemy kiełbaskę i popijamy piwkiem a czas sobie ucieka . Robi się ciemno a my liczymy na jakieś branie może jakiś sandałek złakomi się na ukleję. Następna godzinka przeleciała jak z bata strzelił a rybki jak nie brały tak nie biorą. Zaczyna padać mżawka i chyba my też zakończymy dzisiejsze wędkowanie więc zbieramy się do domu. Jest 19.00 wracamy i w czasie powrotu umawiamy się na jutro (niedziela) o godzinie 6.00 . Pobudka o 5.00 ,kawa i śniadanie. Jadąc zabieram po drodze kolegów i zmierzamy nad jezioro z nadzieją że jakaś fajne miejsce dzisiaj zasiądziemy i będą brania. Gdy dotarliśmy ,patrzymy a tu tłumy wędkarzy więc dzisiaj będzie lepiej i z taką nadzieją siadamy.
Wędki zarzucone a my robimy zwiad czy coś bierze ale każdy narzeka że jest jesień i takie ciepło więc drapieżnik bardzo słabo żeruje. Potwierdzeniem teorii innych wędkarzy są zerowe wyniki więc i my jesteśmy tylko dodatkiem do wystroju brzegu .I znowu to samo co wczoraj kilka godzin wędkowania bez żadnego brania. Pieczona kiełbaska i piwko poprawia nasze nastroje i zaczynamy sobie żartować że pojedziemy na stawy i jakąś rybkę się kupi a z boku słyszymy komentarz; to po co kartę płacić by potem kupować na stawach. Niestety sąsiad z nad wody nie wytrzymał naszego dobrego humoru i pozbierał się do domu a my jeszcze godzinkę żartem i śmiechem potraktowaliśmy nasze wędkowanie i z dobrymi nastrojami wracamy do rodzin. Jak pozwoli pogoda to za tydzień znowu zrobimy sobie wypad nad wodę i nie koniecznie po ryby tylko na pieczoną kiełbaskę popijaną dobrym browarem. Pozdrawiam wszystkich cierpliwych kolegów po kiju którzy zawsze liczą że następnym razem będzie lepiej.
Komentarze