Grudzień a pogoda jak we wrześniu albo nawet w końcówce sierpnia - ciepło, umiarkowanie słonecznie ale przede wszystkim sucho - więc bez chwili wahania decyzja o wyprawie w celu pomoczenia kija zostaje podjęta. Szwagier i ja mamy do wyboru trzy miejsca - Zalew Sulejowski, rzeka Pilica, lub stosunkowo odległe wyrobisko po kopalniane. Szybka decyzja jedziemy trochę dalej na starą, zalaną kopalnię. Kopalnia jest dla nas łowiskiem nowym nigdy nie łowiliśmy jeszcze w wyrobisku ale trudno "do odważnych świat należy". Przed wyjazdem jeszcze szybkie zerknięcie w internet gdzie dowiedzieliśmy się, że łowisko jest używane przede wszystkim przez nurków do doskonalenia technik nurkowania pod lodowego. Z zasobów sieci wygrzebaliśmy także opinie wędkarzy, że w zbiorniku są ogromne ryby białe jak i drapieżne tylko bardzo trudno je wyciągnąć oraz wywiad z nurkiem, który opisuje, że w tym akwenie widział największe szczupaki w życiu, które pływały wokół niego, nic nie robiąc sobie z jego obecności w wodzie, a wręcz przeciwnie ich rozmiary oraz bliskość powodowały, że sam nurek czuł się nieswojo. Przeczytanie tych informacji spowodowało zaświecenia się ogromnych iskier w oczach szwagra i upewniło nas, że dokonaliśmy dobrego wyboru łowiska.
Po dojechaniu na miejsce i dotarciu do kopalni ukazał się nam widok dosyć dużego zbiornika ogrodzonego pionowymi ścianami, co uświadomiło nam, że nie będzie to typowy wypad na rybki. W celu dostania się w jakiekolwiek miejsce, z którego można by było "rzucić" trzeba było zejść 20 metrów w dół po pionowej ścianie. Po dokładnych oględzinach znaleźliśmy miejsce gdzie ewentualnie można spróbować zejść bez pomocy liny. Kilkanaście minut bardzo ostrożnego schodzenia i w dół i wreszcie jesteśmy nad wodą. Rozkładamy sprzęt i ostrożnie bierzemy się do łowienia wiedząc, że pod nami ogromne ryby ale również 40 metrowa głębia. Kilka pierwszych rzutów i od razu obaj zaczepiliśmy o coś pod wodą sytuacja nie do uratowania i pierwsze przynęty stracone, kolejne rzuty i sytuacja się powtarza. W ciągu kolejnych godzin następne przypony, główki, gumy, blachy oraz woblery zostawione w wodzie. Trochę podłamani sporymi stratami sprzętowymi rozglądamy się za jakimś innym dojściem i widzimy jeszcze jedno możliwe miejsce naprzeciwko nas po drugiej stronie kopalni. Trudno godzina jeszcze młoda więc idziemy. Znowu 20 metrów w górę żeby z drugiej strony ześlizgiwać się 20 metrów w dół i jesteśmy. Wykonujemy kilka wyjątkowo ostrożnych rzutów jest OK. Jednak kolejne godziny są powrotem do przeszłości znowu ogromne straty sprzętowe i żadnych efektów.
Kilka godzin na wyrobisku uświadomiło nam jak ciężkim jest ono łowiskiem oraz jak mało jeszcze umiemy. Straty sprzętowe szybko uda nam się odbudować jednak straty emocjonalne związane ze świadomością, że nie daliśmy rady "Kopalni" pozostaną z nami na długo.
Puenta końcowa szwagra kiedy obchodziliśmy kopalnię wracając do samochodu brzmiała - "Maciek wracamy tu na wiosnę tylko trzeba zabrać dużo przyponów i line aby móc podejść wszędzie" trafiła idealnie w me gusta bo miałem dokładnie taki sam pomysł.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze