Zaczęło się jak zwykle. Sprawdzenie prognozy pogody, kontrola grubości lodu na jeziorach wokół Szczytna. Wszystko wskazuje, że będzie dobrze. Mrozy mają zelżeć choć ciśnienie będzie niskie i na słońce nie ma co liczyć. Dzwonię do ekipy termin potwierdzony, rezerwacja w agroturystyce na Sasku Małym załatwiona. W czwartek wieczorem, pełni nadziei siedzimy w aucie i gnamy po drodze z Wwy do Szczytna. Po drodze wspominamy dawne przewagi i sukcesy o porażkach staramy się nie wspominać co by nie zapeszyć. Wreszcie Sasek Mały właściciele witają nas bardzo życzliwie, w końcu jesteśmy u n ich w gościach nie pierwszy raz. Po wstępnym rozpakowaniu idziemy na kolację, gospodyni jak zwykle przygotowała „małe wesele” jedzenie domowe takie, że palce lizać. Mniam! Jak kolacja to buteleczka godnej whiskey się znalazła w końcu spotkaliśmy całą paką się po ponad miesiącu no i przybył nam nowicjusz , który postanowił się wkupić. Wiecie my nazywamy się TNP czyli Towarzystwo Nie Pijące! Jak sama nazwa wskazuje skończyło się butelce na głowę, nazwa TNP zobowiązuje ;-)! Noc była ciężka, poranek jeszcze gorszy. Na szczęście, kierowca spożycie skończył po dwóch „lufkach” , więc mogliśmy się wybrać na Jezioro Sasek Wielki. Ruszamy, pada drobny deszczyk na asfalcie „szklanka” odcinek 5 km jedziemy trzydzieści minut. Już widać taflę jeziora, pogoda ponura. Szukamy miejsca do zaparkowania, wszędzie dużo śniegu przy drodze pozostawić - bez szans. Znajdujemy otwartą bramę wjazdową na podwórko, szybka decyzja kto idzie do gospodarza spytać czy możemy zaparkować. Jest dobrze, gospodarz okazał się fajnym człowiekiem i zezwolił na pozostawienie auta. Łapiemy sprzęt i szybkim krokiem do jeziora. Znacie to podniecenie, serce bije szybko! Teraz decyzja dokąd? Gdzie pierwszy odwiert? Mam ochotę pójść na górkę koło miejscowości Dębówko tylko, że to dobry kilometr z hakiem a głowa boli i jakoś tak fizycznie nie za bardzo się chce tak daleko gonić. Patrzę po twarzach pozostałych z paczki dobrze to nie wygląda, wyborna whiskey dała wybornego kaca. Decyzja - zaczynamy od Kobylochy. Wiertła się zakręciły, dziury gotowe. Wędki w rękach, mormyszki w wodzie są pierwsze brania – meldują się pierwsze jazgarze i okonki ale w naszych marzeniach widzieliśmy jakieś większe ryby, znacznie większe. Uwolniliśmy ryby z prośbą, żeby przysłały dziadków a najlepiej pra pra pradziadków. Tym czasem od wsi przybliża się jakaś dziwna para. Kot rudzielec i pies typowy wielorasowiec. Podchodzą nieufnie, czają się kilka metrów od naszych stanowisk. Siadają i patrzą na nasze poczynania. Chyba nie wzbudzaliśmy zaufania, bladzi na twarzach i troszkę roztrzęsieni o specyficznym zapaszku nie wspomnę. Jedyne co wzbudza ich zainteresowanie to moment kiedy wyjmujemy ryby z przerębla, odhaczamy i wpuszczamy z powrotem. Patrzą na nas i po każdym naszym sukcesie zbliżają się coraz bliżej naszych stanowisk. Pierwszy odważył się „rudzielec” powoli podszedł do mnie i po kociemu zaczął łasić się do nogi, Burek zachował się powściągliwie i zatrzymał się jakiś metr od moich klamotów. Kiwok zameldował branie kolejnego „olbrzyma”, zacinam, "bałałajkę" odkładam na bok i szybko wybieram żyłeczkę dłońmi. Płoteczka wyskakuje nad przerębel już mam ją złapać a tu „rudzielec” był szybszy. Skoczył jak tygrys, złapał rybkę w zęby i w długą do najbliższych zabudowań. Za kotem rusza moja wędka. W ostatniej chwili udało mi się złapać za kijek. No i mam jak bajce o rzepce. Kot za płotkę, wędka za kota a ja wędkę. Niestety hol kota trwał krótko cieniutka żyłeczka nie wytrzymała masy i siły „rudzielca”, który pobiegł z łupem do wsi a ja straciłem moją najsłowniejszą mormyszkę. Na placu boju pozostał pies. Ten czekał cierpliwie aż dostał kanapkę, nam i tak nie smakowały. Kot po kilkunastu minutach wrócił. My pomni poprzedniej przygody byliśmy już przygotowani na tak nietypową rybę. Niestety, rekord Polski w kocie na mormyszkę przepadł, tylko czy ten gatunek jest klasyfikowany?
Komentarze