Reklama

Krzysztof Fronczak - wspomnienia zwycięzcy Drapieżnika 2008

21/06/2008 15:21

Po Międzynarodowych Otwartych Zawodach Spinningowych Dziennikarzy Drapieżnik 2008 zostały już tylko miłe wspomnienia. Zakończona właśnie edycja, podobnie jak w poprzednich latach, była wspaniałą okazją do zabawy i nawiązania wielu ciekawych, wędkarskich znajomości.
Drapieżnika 2008 z pewnością na długo zapamięta jego tegoroczny zwycięzca - Krzysztof Fronczak. Dziś, specjalnie dla portalu wedkuje.pl, dzieli się wrażeniami z imprezy i opowiada o swojej wędkarskiej pasji.


- Kiedy i w jakich okolicznościach rozpoczęła się Pana przygoda z wędkarstwem?

- Przygodę z wędkarstwem rozpocząłem bardzo wcześnie, bo w wieku 4 lat, kiedy to pierwszy raz mój tata posadził mnie na wiklinowym krzesełku, dając do ręki malutką, bambusową wędkę ze spławikiem i kazał łowić ryby. Przez następne lata już nie wypuściłem jej z ręki i kiedy tylko mogłem jeździłem z ojcem na wspólne łowy. Później, jako starszy chłopak, zacząłem wędkować sam na okolicznych wodach Legionowa. Moimi ulubionymi łowiskami była rzeka Narew poniżej zapory w Dębem, natomiast w czasie wakacji piękne, suwalskie jeziora.

- Dlaczego akurat spinning stał się Pana ulubioną metodą połowu?

- To dłuższa historia. Jak wspominałem, tata uczył mnie łowić głównie na spławik, na Narwii, podpatrując autochtonów próbowałem metody gruntowej. W 1997 roku, pracując w studiu graficznym, poznałem Witka Nowaka i dopiero się zaczęło. Witek zabrał mnie na ryby na Pojezierze Bydgoskie na okonie. Kupiłem nowy spinning, żyłkę, wziąłem pudełko blach i pojechałem na okonie i szczupaki obiecane przez Witka. Okazało się, że moja wędka jest OK, ale kołowrotek i żyłkę Witek wyrzucił, stwierdzając że to sprzet na marliny, a nie na finezyjne łowienie okoni. Dostałem nowy kołowrotek z żyłką, kilka twisterów i pod okiem Witka zacząłem spinningować. Kiedy w leśnej głuszy wydarłem się łowiąc pięknego garbusa słyszeli mnie chyba w Warszawie, a na pewno na całym jeziorze, bo za 10 minut pojawiło się dookoła nas mnóstwo łódek. Od tamtej pory spinning stał się moją ulubioną metodą.

- Od kiedy bierze Pan udział w zawodach dziennikarzy - czy był to Pana debiut czy kolejne już podejście?

- W zawodach Drapieżnika biorę udział od 2005 roku. Każde z tych zawodów uważam za udane, mimo że nigdy nie zająłem tak wysokiego miejsca. Te zawody są szczególne ze względu na ludzi, którzy na nie przyjeżdżają. Z każdej strony Polski ściągają koledzy, którzy oprócz sportowej rywalizacji chcą wspólnie spędzić ten czas. Niektórzy przyjeżdżają sami, inni z żonami, a jeszcze inni całymi rodzinami. Zawody Drapieżnika, bez względu na miejsce, są zawsze udane i miło przeze mnie wspominane.

- Wracając do tegorocznej edycji. Jak ocenia Pan samą rywalizację?

- Na VIII Międzynarodowe Zawody Dziennikarzy dotarliśmy o godzinie 20.00 w piątek. Potem szybkie, sprawne zakwaterowanie i wybór łodzi. O godzinie 21.00 odbyła się odprawa z sędzią, na której dowiedzieliśmy się o regulaminie zawodów, wymiarach ochronnych i przewidzianych limitach. Resztę piątkowego wieczoru spędziliśmy na wspólnych pogawędkach oraz szykowaniu sprzętu na zawody.
W sobotę pobudka o godzinie 5.00 rano, gdy wyjrzałem z domku deszcz padał na całego, ale pomyślałem, że lepiej jak pada, niż miałaby być „patelnia”. Potem szybkie śniadanko i o 6.00 usłyszeliśmy sygnał startu. Patrząc na uczestników widać było, że każdy miał swoją taktykę, my z Grzesiem Czerwińskiem również mieliśmy opracowany plan. Dopłynięcie na stanowisko w strugach deszczu zajęło nam 40 minut, na naszym miejscu byli już inni zawodnicy. Postanowiliśmy książkowo podejść do tematu i obłowić zachodnią stronę podwodnej górki. Już w pierwszych rzutach na moją starą Rapalę połakomił się szczupak, jak go oceniliśmy miał około 2,50 kg. Do końca pierwszej tury złowiłem jeszcze dwa okonki. Pierwsza tura skończyła się o godzinie 12.00, po ważeniu ryb okazało się, że jestem na prowadzeniu i to ze znaczną różnicą, więc szansa na wygraną była spora. Po pysznym i ciepłym obiedzie o godzinie 13.15 ruszyliśmy znowu, zmagając się z drapieżnikiem, tym razem w pięknym słońcu i przy sporym wietrze. W drugiej turze dołowiłem dwa okonie i zakończyłem wędkowanie. Po drugiej turze okazało się, że wygrałem zawody, jak również złowiłem największego szczupaka.
Zawody były bardzo dobrze przygotowane, sędzia nie przepuścił żadnej rybie - każda została zważona i zmierzona. Janusz Niczyporowicz wręczył wszystkim wygranym główne nagrody, pozostali, jak w każdej edycji Drapieżnika, dostali nagrody pocieszenia w postaci drobnego sprzętu wędkarskiego. Według mnie, zawody okazały się kolejną, udaną edycją, a ja z niecierpliwością czekam na 2009 rok , mając nadzieję że spotkamy się w tym samym, a może nawet większym gronie.

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama