Jest sobotni wieczór i teoretycznie powinienem być na rybkach ale niestety temperatura wykończyła nie tylko mnie ale i termometr (zrobiły się przerwy w cieczy) więc wieczór spędziłem przy kompie na Naszej stronce bo dla alergika wyjście w taki ukrop to masochizm :-)
Ale weekend bez wypadu byłby jeszcze gorszym przeżyciem więc decyzja by o świcie wpaść na planety,pobudka 4,00 ,szybka kawka i parę minut po piątej wchodzę w park. Kilkaset metrów dalej poranna kawa dała znać że naturze też coś się należy więc wlazłem w chaszcze za potrzebą i nagle słyszę muzę,patrzę a tu komórka sobie dzwoni,nie zdążyłem odebrać...
Koma w kieszeni i dalej w drogę,zrobiłem może ze dwadzieścia kroków i obok kosza leży paczka po fajkach - myślę co za bałwan nie wrzucił do kosza,podnoszę i okazała się pełna (banan na gębie !)skrót przez łączkę i jestem na ścieżce prowadzącej nad staw gdy znalezisko zaczyna dzwonić-odebrałem..dzwoniącym okazał się właściciel telefonu i po krótkiej rozmowie wytłumaczyłem gdzie ma podejść po zgubę.
Do celu zostało 50metrów ścieżki w połowie patrzę a centralnie na środku leży sobie nowa papierkowa dyszka,podniosłem,pochuchałem i nad staw Zanęciłem i rozkładam sprzęcik po chwili kije w wodzie i racze się "zdobyczną fajką"po chwili znalezisko zakłóca poranną cisze za sprawą pechowca który niezbyt zrozumiał moje położenie i musiał nadrobić niezłe kółeczko ale w końcu dotarł.
Ku mojemu zdziwieniu "pechowiec"okazał się wędkarzem i poprosił o jeden rzut by się uspokoić -myślę a co tam mi zależy -łów ,zarzucił i to całkiem sprawnie czyli nie ściemniał i po chwili wytargał karaśka ,wycałował,wypuścił do wody,jeszcze raz podziękował i odszedł szczęśliwy nie z samej racji odzyskania telefonu ale głównie numerów które miał w nim wpisane...
Mija kwadrans podczas którego zaliczam dwa karasie,myślę szkoda że nie linek ale coś się dzieje.
Chwile potem na ławce siada facet i gwiżdże,po paru sekundach znów (pomyślałem że jakby mnie tak pies olewał to niech zapomni o bieganiu samopas),po chwili znów gwizd i ...ruch w trzinie-oniemiałem bo oto cała kacza rodzinka wylazła z wody i podeszła na wyciągniecie reki do owego faceta człapiąc przez łączkę czekając na "śniadanie"po rozmowie z nim okazało się że tak je sobie wychował wracając dziennie z roboty tą drogą-ot taka ciekawostka.
Ptasi opiekun poszedł swoją drogą bo jak powiedział mi. że jeszcze musi odwiedzić sójki i kosy (podobno też tak zaprzyjażnione) Pomyślałem dzień cudów albo coś jest w powiedzeniu KTO RANO WSTAJE...skupiłem się dalej na łowieniu ale rewelacji nie było poza jednym złotkiem na kuku i kilkoma srebrnymi,linka wymiotło w niedostępne miejsce ale na jego zgubę widoczne ,czyli już mam plan jak go podejść tylko z innymi zestawami..Dochodzi dziewiąta i temperatura przekracza trzydziestkę czyli czas na ewakuację bo nie jestem desperatem :-)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze